publicystyka filmowa

Only God Forgives (prosto z Cannes)

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Lata temu był sobie Carl Theodor Dreyer, następnie Lars von Trier, a od dwóch lat najbardziej popularnym z duńskich reżyserów jest Nicolas Winding-Refn. W wywiadach twórca wspomina o tym, że w momencie rozpoczęcia przygody z kinem myślał, że będzie kręcił filmy o wrażliwych kobietach, o ich życiu wewnętrznym. Los i inspiracja pokierowały go jednak w zupełnie inną stronę. Kino Refna to scena dla starć pomiędzy brutalnymi mężczyznami. Kadry wszystkich jego filmów – od „Pushera” na „Drive” kończąc aż kipią testosteronem. Nie jest to jednak prosta emanacja przemocą oraz okrucieństwem. W kinie Duńczyka jest miejsce dla całego spektrum innych, bardziej subtelnych emocji. „Drive”, czyli film, który spowodował, że zainteresowanie powstałe wokół Goslinga i Refna sięgnęło szczytu, to z jednej strony kino typowo męskie, brutalne, z drugiej natomiast niezwykle wrażliwe i wręcz idealistycznie romantyczne. Zdaje się, że to właśnie ta prawidłowość odróżnia Duńczyka od twórców popularnych shockerów, w których pojedynczy i jednowymiarowy bohater wytacza vendettę swoim wrogom. U Refna o jednym wymiarze nie ma mowy.

Szum spowodowany premierą „Drive” spowodował, że o kolejnym filmie Refna mówiło się jedynie w kontekście filmu o małomównym kierowcy. W momencie realizacji „Only God Forgives” Duńczyk był tego jak najbardziej świadomy. Świetne trailery oraz krótkie opisy historii, które zaistniały w sieci przed premierą upodabniały oba filmy. Złośliwi mówili nawet o tym, że „Only God Forgives” będzie opowieścią o wycieczce Drivera do Tajlandii. Nic bardziej mylnego.

Nowy film Refna znacząco różni się od opowieści o Goslingu i Mulligan. Bliżej mu raczej do klimatu znanego z „Valhalla: Mroczny wojownik”. Niemal każda scena odbywa się w zwolnionym tempie. W momencie, gdy bohaterowie poruszają się po przestrzeni kadru świat za ich plecami po prostu zamiera. Ludzie znajdujący się w tle wyglądają jak figury woskowe, które nieustannie oświetlone są intensywnym czerwonym światłem. „Only Gos Forgives” jest filmem maksymalnie wystylizowanym. Plan to jedna wielka kompozycja plastyczna zbudowana na kontraście odcieni wspominanej już czerwieni oraz błękitu, który pojawia się niezwykle rzadko, ponieważ jego zadaniem jest podkreślenie ludzkiej strony postaci. Ta z kolei, odsłania się u Refna niezwykle rzadko. W jego wizji Tajlandii dominuje przemoc, która najczęściej związana jest z charakterystycznym dźwiękiem wydawanym przez samurajski miecz tnący powietrze oraz ludzkie ciała (najczęściej znajduje się on w dłoniach doskonałego Vithaya Pansringarma).

W „Only God Forgives” teatr okrucieństwa i śmierci nie zostaje sprowadzony poza kulisy. Jeśli któryś z bohaterów zadaje drugiemu ból, sprawia, że na jego ciele pojawiają się rany, widz widzi to w dużych zbliżeniach. Odcięte kończyny, otworzone klatki piersiowe, przekute dłonie, uda, gałki oczne – w tej wizji Tajlandii to całkowita normalność. Tego typu ukazanie przemocy jest jednak bardzo silnie wpisane w restrykcyjnie opracowaną stylistykę. Śmierć i ból przerywają powolnie, niemal kontemplatywne tempo filmu i popychają historię do przodu.

Założę się, że film Refna sprawi bardzo duży problem widowni i zostanie przyjęty w niezwykle zróżnicowany sposób. Gosling w zasadzie pozostaje Driverem – to postać zbudowana na tej samej oszczędnej mimice, gestykulacji, wylewności. To wciąż bohater niejednoznaczny. Nie ma swojej Mulligan, jej miejsce zastępuje matka, o której miłość zabiega. W „Only God Forgives” Refn przeprowadza jednak coś, co można by nazwać „egzekucją poprzedniego filmu”. To wyraźnie odcięcie się od sukcesu „Drive” i powrót do kina, które sprawia widzowi o wiele więcej problemów (szczególnie poprzez niezwykle powolne tempo i skrajną stylizację, o której wspominałem powyżej). Zresztą, sam Gosling jest zdecydowanie przyćmiony przez Changa, czyli człowieka, który za pomocą samurajskiego ostrza wymierza krwawą sprawiedliwość. To on jest w tym świecie prawdziwym człowiekiem z zasadami.

Niezwykle znacząca jest dedykacja, która pojawia się w napisach końcowych. Duńczyk dedykuje film Alejandro Jodorowskiemu. W momencie, gdy poznamy stosunek Chilijczyka do sławy, pieniędzy oraz rozgłosu doskonale zrozumiemy również motywację Refna. Duńczyk chce robić swoje kino, a nie kolejne „crowd-pleasery”. Ja z „Only God Forgives” jestem niezwykle zadowolony. Ludzie jednak masowo wychodzili z Sali projekcyjnej. Jak słusznie zauważył Karol – „haters gonna hate”. Refnowi chyba właśnie o to chodziło.

Ostatnio dodane