Oksymoron Allena | FILM.ORG.PL

Oksymoron Allena








Rafał Oświeciński
16.04.2012


 

Poszukując pierwiastka błyskotliwości na nowojorskiego Żyda zawsze można liczyć. Facet robi filmy już od 43 lat i zaprawdę powiadam Wam – bez większych wpadek. Ba! Bez jakiegokolwiek wyraźnego jakościowego zjazdu w dół, co przy filmografii zawierającej bodaj 43 tytuły, jest wyczynem godnym co najmniej literackiego Nobla (wszak Allen to autor bezbłędnych scenariuszy, za których całokształt powinien zostać nagrodzony, bo dlaczegóż nie?).

Na początek trzeba sobie uczciwie powiedzieć jedno – wystąpić u Allena to zaszczyt, ale zarobić na Allenie to się tak łatwo nie da. Fakt, robi filmy niedrogie, których budżet oscyluje średnio wokół 20-25 zielonych baniek, więc koszt jest pokrywany maleńkimi zyskami z ogólnoświatowej dystrybucji. Ale fakt drugi jest nie mniej istotny – choć Allen w Ameryce od wielu lat traci naznaczeniu, to gwiazdy wciąż do niego lgną. Z prostego powodu: występ u Allena to aktorski lans budujący pozycję w piramidzie aktorstwa – praca na planie to jedna wielka improwizacja, którą w zgrabną całość pakuje na końcu reżyser, ukrywając nie raz warsztatowe słabości aktorów i aktorek lub wzmacniając potencjalny talent.

Coś o kasie
Jak popatrzymy na wyniki kasowe, to mniej więcej od 1986r. i sukcesu „Hanny i jej sióstr” każdy film – abstrahując od ich jakości – był mniejszą lub większą wtopą, która stawała się nieco mniejsza po zaprezentowaniu jej na europejskiej ziemi (tutaj producenci zbierali blisko 80% kasy). Dopiero „Match Point” z 2005 roku okazał się większym sukcesem zarabiając w sumie 83 miliony. I tak od tego czasu co czwarty film Allena odnosi sukces szczególnie frekwencyjny, z apogeum w postaci „Midnight in Paris” z zeszłego roku, który zarobił prawie 150 baksów, a samego Woody’ego nagrodzono (zasłużenie) Oscarem za najlepszy scenariusz oryginalny. W międzyczasie jego filmy zarabiają niewiele, co najwyżej oscylując wokół poniesionych kosztów.
Coś o jakości
O jakości można mówić wiele, co zasugerowałem we wstępie – Allen jest wyjątkowo równy, wciąż tak samo błyskotliwy i wciąż… allenowski. Innymi słowy – wierny własnej idei filmowego intelektualizmu.
Jakiś czas temu Allen wpadł na pomysł wyrwania się z okowów Wielkiego Jabłka i ruszył na podbój Starego Kontynentu, co zaowocowało całkiem niezłymi produkcjami, które – szczególnie pod względem finansowym – stały w opozycji do doświadczeń na jankeskiej ziemi.
Największy hit Allena – łatwy, chwytliwy, przyjemny, zdrowy. Z dala od allenowskich chorób.

 

Najpierw Allen podbił Londyn świetnym „Match Point”, o którym wspomniałem wyżej w kontekście największego hitu od wielu lat. Następnie nieśmiało próbował zdobyć  Europę dość przyzwoitymi „Scoop” oraz „Snem Kassandry”, które okazały się kasowymi niewypałami, o których niewielu dziś pamięta. Następnie „Vicky Christina Barcelona”. Hit, wiadomo. Nawet wielu rodaków się wybrało. Muzyka, historia, kataloński klimat były wyśmienite. To był pierwszy tak naprawdę film Allena, który podobał się wszystkim, nie tylko krytykom – wysublimowany dowcip i intertekstualne gierki zostały schowane trochę głębiej, a na pierwszy plan wydobyto ciekawie zaaranżowany romans między Scarlett, Penelope a Javierem. To się udało. Nie udał się za to powrót do neurotycznycznych snujów nowojorskich, czyli „Whatever works” (z głupim polskim tytułem „Co nas kręci, co nas podnieca”), choć to było odświeżające, bardzo klasycznie allenowskie filmidło. Jeszcze gorzej w oczach publiczności wypadł „Poznasz przystojnego bruneta”, który był kręcony wHiszpanii. No i przyszedł czas na największy hit w karierze – „O północy w Paryżu”, który zobaczyć powinien każdy, bo to prosta, optymistyczna historyjka, która nie może się nie podobać. Nawet fani Allena, psioczący na poziom jego filmów w XXI wieku, musieli zdjąć czapki z głów i odszczekać wiele gorzkich i niepotrzebnych słów.

Teraz czas na oksymoron
Teraz czas na kolejny film. Biorąc pod uwagę jakościowy cykl, czekają nas 2-3 lata słabszych obrazów od Allena, czego zwiastunem jest nakręconyw Rzymie „To Rome with Love”, rozczarowujący krytyków, którzy mieli okazję obejrzeć tę romantyczną komedię na bazie „Dekamerona” w ostatni weekend. Nie wierzę w oskarżenia o niechlujstwo, nie wierzę w słaby scenariusz, a jeszcze mniej wierzę w uwiąd twórczy – to niepodobne do autora „Zeliga”. Ale wierzę w bezcelowość niektórych zagrań Allena, który rzeczy naprawdę wartościowe tworzy raz na jakiś czas, w między czasie zadowalając głównie swoich europejskich fanów.
Tym razem jednak „To Rome with Love” jest jednak miażdżony dość mocno i wyraźnie, szczególnie za nachalną pocztówkowość wprost z turystycznych katalogów. Dodatkowo film idzie tym samym prostym i optymistycznym tropem, co poprzednik, ale już nie tak pomysłowo i zgrabnie, i właśnieto pójście na łatwiznę jest również wytykane.
Czy obecność Benigniego, Cruz, Eisenberga, Page i samego Allena może zniechęcać widzów do obejrzenia komromu z Koloseum w tle? Chyba nie. I tu jest cały pies pogrzebany – Allen odnalazł klucz do dusz widza masowego. Obsada super, widoczki ładne, można westchnąć, można się uśmiechnąć. Ale całość taka miałka. A miałki Allen to najwyższej klasy oksymoron.
Fani mogą się bać?
Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • tomashec

    Oczywiście nowego Allena łykam bez popitki. W końcu po latach znów i sam miSZCZ przed kamerą! Ale.. trochę irytuje mnie to ostentacyjne reklamowanie kolejnych miast Europy, z obowiązkową nazwą w tytule (coby ludziska byli pewni, że to jednak w Paryżu). Niemniej wybaczam, i czekam na "Beautiful Warsaw" czy też "Awesome Szczecin" ;)

  • Motoduf

    Wydaje mi się, że podstawowym problemem Allena jest brak umiejętności selekcjonowania własnych pomysłów. Czasami mam wrażenie, że Allen chce zrealizować dokładnie wszystko, co mu tylko przyjdzie do głowy, a to raczej niezbyt dobra strategia, bo lepiej nakręcić dwa znakomite filmy niż pięć przeciętnych. Tymczasem spora część jego filmów jest najzwyczajniej w świecie zbędna i obawiam się, że podobnie będzie z "To Rome with Love".

    Tak czy owak, czekam na "Midnight in Bydgoszcz" albo "Wiktoria Krystyna Kraków" ;)

  • Anonymous

    z całym szacunkiem, ale Allen już nie ten sam i chyba już nie będzie, a autorowi artykułu niestety zabrakło obiektywizmu

    fanka Allena

  • Rafał Oświeciński

    autorowi na pewno zabrakło obiektywizmu. Oczywiście, że dzisiejszy Allen to nie ten sam Allen, który zrobił "Manhattan", ale to wciąż intrygujący i jedyny w swoim rodzaju twórca.

  • Anonymous

    ja też tęsknię za "Zeligiem", czy "Miłością i śmiercią", ale niestety to już przeszłość, a Mistrz jest już tylko exMistrzem… i bardzo mi brakuje intertekstualnych konwersacji prowadzonych z widzem, intelektualnego humoru, który mnie (i wielu innych)tak zachwycił i którego próżno szukać we współczesnych produkcjach, ale badzmy szczerzy-ostatnie obrazy exMistrza to już cień jego dawnego potencjału, gdzie prawdziwie ocierał się o geniusz…

    fanka Allena

  • Kazik

    Chyba sobie stroisz żarty. Allen był naprawdę dobry kilkanaście lat temu. Mam na myśli jego komedie w których sam występował – pomysłowe, świetnie napisane, zabawne. Po jakimś czasie Woody zdążył się poważnie zestarzeć i niczym śliniący się satyr zaczął tłuc komedie romantyczne wespół z przystojnymi panami i ładnymi paniami, którzy czują do siebie miętę, wypada dziękować jeszcze, że miał na tyle godności aby nie obsadzać siebie w głównej roli. „Wszystko gra” było ostatnim, naprawdę dobrym filmem Allena. Cała reszta to całkowicie tuzinkowa twórczość, bez większego polotu. Gdyby nie była sygnowana nazwiskiem Allen – nikt by się tym nie zainteresował. Allen niestety nie wie kiedy zejść ze sceny. Kolejne wypuszczane filmy dokładnie odmierzają jego upływajace lata. Pisanie , że facet nigdy nie zaliczył żadnej wpadki jest zwyczajnie śmieszne.

    • bez wiekszego polotu, racja, ale bardzo jednocześnie przyzwoita, wyraźnie podpisana przez Allena i mogąca sprawiać dużo frajdy. Nie jest to poziom „Annie Hall”, ale zgrzytać zębami nie jestem w stanie.

  • Kazik

    A ja zgrzytam bo zauważ, że on po prostu tłucze romantyczne komedyjki rodem z naszego rodzimego „Dlaczego Nie?”. Jeszcze brakuje Anny Cieślak do spółki. Te filmy są wymuszone – raz, banalne – dwa. Po prostu bije z nich ta starcza chęć oglądania zakochanych ładnych panienek i nijak się to ma do takich perełek jak „Strzały na broadwayu”, „Klątwa Skorpiona” „Drobne cwaniaczki ” czy nawet naprawdę bardzo dobre „Wszystko gra”. Ten facet po prostu już nie ma żadnej kontroli nad tym co robi.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

The Divide

Następny tekst

Cierń



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE