publicystyka filmowa

Od trzech lat nie widziałem dobrego filmu…

Autor: Adam Sobieski
opublikowano
To prawda. Od trzech lat nie widziałem filmu, który by mnie porwał, oczarował, który mógłbym spokojnie nazwać arcydziełem. Ostatnim był „Avatar” Jamesa Camerona. To nie efekty specjalne czy 3D oczarowało mnie w tym filmie, lecz fabuła. Prosta, epicka, baśniowa. Istny sen na jawie. Rozrywka, której się doświadcza – nie ogląda.


Na dniach do kin powróci „Titanic” również w reżyserii Camerona. Mój najukochańszy film, niekwestionowany numer jeden. Zwiastuny, zapowiedzi internetowe i relacja z premiery rozbudzają moje wyczekiwanie jak żaden inny film do tej pory. Dlaczego? „Titanica” znam przecież na pamięć. Każdy kadr, każda pojedyncza klatka obrazu jest dla mnie dziełem sztuki. Konstrukcję fabuły również znam na pamięć, potrafię dostrzec każde powiązanie, każdy niuans na drugim planie. Dlaczego więc czekam? By zobaczyć go w 3D? Nie. By ponarzekać na minimalną, ale dla mnie, wyraźną zmianę kolorystyki? Też nie. Czekam by zobaczyć ukochany film po raz pierwszy w życiu na srebrnym ekranie. Arcydzieło, którego nigdy nie dane mi było zobaczyć w kinie – jak Bóg nakazał.


Mam mętlik w głowie – film, który znam na pamięć, chcę obejrzeć jeszcze raz. Dosłownie pochłaniam zwiastuny w nadziei, że kolejny pokaże jakieś nowe ujęcie. Zaraz – przecież ten film znam wzdłuż i wszerz! O co więc chodzi? Sam nie wiem, ale czuję się tak jak przed laty, gdy wyczekiwałem kontynuacji „Piratów z Karaibów” czy kolejnego Indiany Jonesa…

I tu nadchodzi smutna część owego wpisu. Oglądając relację z prapremiery „Titanica” czułem się lepiej niż podczas wyczekiwanej co roku gali Oscarowej. Czułem się jak dziecko w sklepie z zabawkami po raz pierwszy od…. no właśnie. Od dość dawna. Uświadomiłem sobie, że ostatnim filmem, który dosłownie mnie porwał był wspomniany „Avatar” w 2009 roku. I od tego momentu dosłownie żaden film mi się nie podobał. Były jakieś dramaty, które wysoko oceniłem, ale do żadnego z nich nie wróciłem. Żadnego nie pragnę obejrzeć jeszcze raz. Był co prawda pojedynczy wyskok w postaci „Toy Story 3”, ale to nie to samo. JA CHCĘ FILMU FABULARNEGO, NIE ANIMACJI!

Oglądałem kolejny raz stare, kultowe widowiska: „Doktora Żywago”, „Lawrence’a z Arabii”, Ben-Hura”. Podczas seansów czułem skalę przedsięwzięcia, ogromny wysiłek włożony w stworzenie owych fresków, a ostatnio co mamy? Same kolorowe jatki. „Johna Cartera”, „Iron Many”, „Battleship”. Kolorową papkę pełną wybuchów. Zero emocji. „Titanic” był jednym z ostatnich filmów nakręconych w starym stylu: w ogromnych dekoracjach, z tysiącami statystów, z rozsądnie wykorzystanymi efektami specjalnymi. I na taśmie. Potem był tylko „Pearl Harbor” i „Władca Pierścieni”, ale tu akurat z każdą częścią kolorowej jatki było coraz więcej, aczkolwiek idealnie wyważonej. Czyżby to był już koniec postępu technologicznego w kinematografii? Koniec twórczego podejścia do tworzenia filmu? Czy już nigdy nie zobaczymy nic nowego, poza coraz bardziej „kosmiczną” kolorystyką obrazu? Czy już nigdy nie będzie nic przełomowego chociaż pod względem technicznym, gdzie z pasją będę mógł obejrzeć, nie film, a jedynie same dodatki mu towarzyszące?


Wpis pozostawię bez wyraźnego podsumowania. Zwyczajnie nie mam weny opisywać swojego filmowe rozczarowania. Dwa dni temu obejrzałem pierwszy odcinek „Gry o tron” – podoba się. Może kolejna terapia serialami coś da? Wątpię … lepiej obejrzę jeszcze raz materiały promujące „Titanica” w 3D, bo te przynajmniej przywracają mi wenę twórczą. Weny, której nie miałem od…. eh… nieważne.
 

Ostatnio dodane