Noc Reklamożerców 2012, czyli co się stało, że się *** | FILM.ORG.PL

Noc Reklamożerców 2012, czyli co się stało, że się ***








Rafał Donica
29.11.2012


W „Nocy reklamożerców” biorę udział od 3 lat. Perspektywa spędzenia kilku godzin  w fantastycznej atmosferze podgrzewanej śmiechem, oklaskami i pociesznymi odgłosami trąbek, także w tym roku sprawiła, że nie mogłem się doczekać tej, w pewien sposób magicznej, nocy pełnej najciekawszych reklam z całego świata. Niestety, tegorocznej edycji bliżej było do stypy niż pełnej fajerwerków radosnej imprezy. Cytując klasyka: „Co się stało, że się zesrało?”

Szkoda, że zabrakło punktów:
• Pięć reklam niemych gratis
• Brak trąbek (i klimatu)
• Jakość obrazu piątej kopii VHS
• Dźwięk jakości patefonu

Coś było nie halo już podczas wchodzenia na salę kinową. Co roku rozdawane były trąbki, będące leitmotivem „Nocy reklamożerców”. Tym razem ich nie było, a obsługa spytana „czemu”, odpowiadała lakonicznie, że „w tym roku nie ma”. Wiem, trąbka rzecz banalna, można mnie nawet posądzić o infantylność, bo po co staremu chłopu tego rodzaju gadżet z urodzin organizowanych w McDonalds. Ale kto był kiedykolwiek na „Nocy reklamożerców”, ten mnie zrozumie, zaś kto nie był, niech posłucha.

Rozwijająca się pod wpływem dmuchu trąbka, to 50% frajdy z uczestnictwa w tej imprezie. Przy jej pomocy budowana jest atmosfera tego niecodziennego, czy raczej nieconocnego spotkania. Podoba ci się reklama – trąbisz głośno i długo. Nie podoba ci się – trąbisz krytycznie: krótko i słabo. Leci nudna reklama społeczna – przerywasz ją złośliwym, nieoczekiwanym trąbnięciem (śmiech na widowni gwarantowany). Właśnie skończył się smutny spot, w którym ktoś umarł albo pokazano nieszczęśnika pod kroplówką, cała sala siedzi w ciszy, kontemplując obejrzaną głęboką treść… I tę natchnioną ciszę ktoś nagle przerywa trąbnięciem tak przeciągłym i głośnym, jakby nasi właśnie zdobyli bramkę. Dochodzi 3 w nocy lub  4 rano, chce ci się spać, jesteś znudzony… twoje trąbienie jest coraz słabsze i brzmi jakbyś właśnie oddawał ducha – reszta widowni już wie, że powoli odpadasz. Prawda jest taka, że trąbka była do tej pory nieodzownym elementem „Nocy reklamożerców”, bez którego nie czuło się integracji z grupą i której brak kastrował zabawę z jej najfajniejszego elementu. W tym roku widzom odebrano możliwość wyrażania emocji i zabrano gadżet służący do wyszumienia, czy raczej wytrąbienia się na cały rok. Tegoroczną sytuację reklamożerców pozbawionych głośnego instrumentu, zrozumieją bez trudu uczestnicy marszów niepodległościowych, którym próbuje się odebrać prawo dostępu do kostki brukowej.

Po przełknięciu tej gorzkiej pigułki, weszliśmy na salę, gdzie na widzów czekały, przygotowane przez sponsorów imprezy, napoje energetyczne TIGER i napoje owocowe FRUGO (audycja zawiera lokowanie produktu). I to był  największy błąd ze strony organizatorów, bo po wypiciu Tigera nabrałem energii, żeby po pierwszym bloku reklam pójść do obsługi i wygarnąć jej wszystko to, czego za chwilę mieliśmy być świadkami.

Otóż pierwsze pięć, czy siedem reklam, zostało puszczonych bez dźwięku! Myślałem przez chwilę, że może jest to blok reklam niemych, wszak różne egzotyczne spoty były już na Nocy reklamożerców puszczane – japońskie śpiewane, bollywoodzkie tańczone itd. Widzowie w absolutnej ciszy patrzyli na ekran i choć polskie napisy pomagały rozumieć te nieme krótkometrażówki, nikt nie kwapił się do śmiechu. Ktoś z dolnego rzędu wyszedł w końcu z sali by poinformować obsługę, że nie ma dźwięku fonii. Obsługa techniczna chciała nam chyba wynagrodzić 10 minut ciszy, bo po 2-3 minutach… jak coś nie jebnie z głośników!!! Włączono prawdopodobnie dźwięk w wersji „krew z uszu”! Reklamy brzmiały tak nieznośnie głośno, że znów nikt się nie śmiał, bo każdy walczył o życie, wijąc się w fotelu jak Arnold Schwarzenegger w „Pamięci absolutnej” odcięty na Marsie od tlenu.

 

Niesiony energią z napoju reklamowanego przez Żelaznego Mike’a udałem się do obsługi kina. W tłumie nie mogłem nikogo sensownego znaleźć, więc ostrzelałem panią handlującą popcornem. Poinformowałem ją, że na sali numer 7 (impreza miała miejsce w warszawskim Multikinie) reklamy zostały puszczone najpierw bez, a później z uszojebnym dźwiękiem i nie daje się tam wysiedzieć, i gdzie nasze trąbki do cholery!? – rzuciłem na odchodne, nie uzyskując odpowiedzi. Wróciłem na salę, a zaraz za mną weszło dwóch panów z walkie-talkie. Opcje były dwie: albo to ochrona mnie szuka i za chwilę wyrzucą mnie z kina za atak na panią od popcornu, albo to techniczni przyszli posłuchać, czy faktycznie jest za głośno. Wygrała opcja druga – ufff – i już za kolejnych 10 minut  dźwięk dał na wstrzymanie. Krwawienie z uszu ustało i już w dwudziestej minucie „Nocy reklamożerców” mogliśmy się odprężyć i świetnie bawić na kolejnych spotach. Niestety, dźwięk, choć już w odpowiedniej ilości decybeli, wciąż pozostawiał wiele do życzenia – brakowało mu basu, był płaski, przeładowany sopranem i nieprzyjemny w odbiorze. I tak już miało zostać już do końca.

Dopiero teraz, gdy porządnie skupiliśmy się na obrazie, zaczęło do nas docierać, że ten wygląda jak z działu VHS Nie Do Zdarcia, prowadzonego przez kolegę Bucho, tylko że  reklamy, nawet te pochodzące z 2011 roku, wyglądają na zdarte do cna, jakby były kopią kopii z kopii kasety VHS . Oglądaliście kiedyś na YouTube filmik z YouTube’a nagrany z ekranu monitora komórką i wrzucony na YouTube’a? Coś mniej więcej takiej jakości zaprezentowano nam w Multikinie.  W dodatku wszystkie sceny z jasnymi tłami zlewały się w jedną masę. Dziewczyna o jasnej karnacji w białej bieliźnie sfilmowana na tle południowego słońca wyglądała jak białe prześcieradło z plamą w kształcie kobiety.

 

Taka mniej więcej była jakość niektórych reklam… na marginesie, chyba nie chciałbym wiedzieć
co dzieje się na powyższym zdjęciu (znalezione w necie po haśle „bad quality” ;)

W przerwie postanowiłem zatem pomęczyć organizatorów również w kwestii obrazu, wołającego nie tylko w mojej opinii, o pomstę do nieba. Dorwałem jakiegoś pana z napisem DIGITAL COŚ TAM na koszulce, a ten spytany o powód złej jakości reklam, odparł beztrosko, że takie dostali płyty i nic nie można z tym zrobić – sorry, ale musi już iść dalej pokazywać się w koszulce z napisem DIGITAL. Spytałem go na odchodne dlaczego ceny biletów nie zostały dostosowane do jakości obrazu i dźwięku (w W-wie kosztowała ta nędzna imprezka prawie 40zł), ale DIGITALMAN wzruszył ramionami i przybrał wyraz twarzy mówiący: „strasznie pana przepraszam za zaistniałą sytuację, czy jest jakiś sposób na wynagrodzenie panu tych niekomfortowych warunków, może darmowa kawa w bufecie, zniżka na bilet, karnet na darmowe seanse…”, w skrócie: „won na salę i oglądaj co dają, niezadowolony natręcie”

Przy drugim bloku reklam jakoś przywykliśmy do, tym razem, ściszonego przesadnie (pewnie dla zatuszowania złej jakości) dźwięku i nędznej jakości obrazu, które sprawiały wrażenie oglądania reklam ze starej zakurzonej kasety znalezionej na strychu…

Tegoroczna „Noc reklamożerców” pozostawiła we mnie wielki niesmak, nie tylko z powodu opisanej powyżej technicznej amatorszczyzny i zlewki organizatorów na pretensje widzów. Same reklamy także nie grzeszyły oryginalnością, a tych naprawdę fajnych / zabawnych i wartych zapamiętania była ledwie garstka. Gwoździem do trumny okazała się plansza z logotypami patronów imprezy wyświetlana w trakcie przerw, podczas gdy jeszcze w ubiegłym roku, w przerwach, z głośników leciał muzyczny kultowy motyw przewodni „Nocy reklamożerców” – jego muzyczna wizytówka, budująca i podgrzewająca sympatyczną atmosferę.

Poniżej kilka reklam, które sobie zanotowałem i odszukałem na YouTube, żeby obejrzeć je w dobrej jakości, no i po to, żeby pokazać je wam. W tym roku widziałem tylko dwa bloki reklam – na więcej nie miałem ochoty. Nie miałem zamiaru zarywać nocy dla tak źle przygotowanej imprezy. Mam nadzieję, że za rok będzie lepiej, ale zanim kupię bilet, dwa razy się zastanowię.

 

Nie wierzę, że to mówię, ale najzabawniejsza okazała się reklama z udziałem Justina Biebera

 

Tu fajny pomysł i niezłe wykonanie

 

Fatalna reklama Coca Coli, ten wielki mikołaj jest przerażający

 

Geniusz tkwi w prostocie

 

Kojarzycie reklamę Renault Clio, w której młody mężczyzna wydziera się w samochodzie myśląc, że śpiewa piosenkę, a obok niego zatrzymuje się starszy facet i patrzy na niego jak na idiotę? Rosyjska telewizja emitowała inną wersję tej reklamy, z innymi aktorami, innym samochodem Renault, ale z taką samą puentą:

 

To pewnie znacie, ale i tak zobaczcie

 

Born to create drama

 

Pomysłowe, wizualnie dopieszczone, dynamiczne, krótkie, brawo!

 

Takich niekonwencjonalnych spotów było w tym roku jak na lekarstwo

 

Koty w IKEA – po tym spocie nabrałem ochoty by kupić sobie kota, a chyba nie o to twórcom tej reklamy chodziło ;)

 

Zaskakujący finał „Egzorcysty”

 

 

Rafał Donica

Rafał Donica

Rocznik 77, od chwili obejrzenia „Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia „Akirę”, „Drive” i niedocenioną „Nienawistną ósemkę”). Miłośnik Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Od seansu „Frankensteina” Jamesa Whale'a – niepoprawny wielbiciel postaci monstrum. Założyciel i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Wieloletni współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE.
Prowadzi blog tematyczny poświęcony klasycznym monster-movies: cinemafrankenstein.blogspot.com
Rafał Donica

Rafał Donica - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • No niestety. Było koszmarnie. Ale chyba dam im jeszcze jedną szansę. Zabrakło u Ciebie spotu z odchudzającym się psem – był fajny.

    • Rafał Donica

      Ale był chyba w ubiegłym roku, razem z dzieckiem-Vaderem ;)

  • Kozas

    Jak to „kupić” kota, najlepsze są dachowce z schroniska ;p






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Pokuta

Następny tekst

Chuligani



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE