publicystyka filmowa

Nieustraszeni pogromcy wampirów (1967). Brawurowy pastisz

Autor: Rafał Grynasz
opublikowano

Tekst z archiwum film.org.pl.

Muszę przyznać, iż pierwsze „amerykańskie” przedsięwzięcie Polańskiego (A.D. 1967) miało co najmniej niekonwencjonalną i odważną koncepcję fabularną (co w efekcie odbiło się na późniejszym odbiorze filmu). Postarał się o parodię horroru, ściślej rzecz ujmując, konserwatywnego horroru wampirycznego. Za punkt wyjścia obrał zamierzchłe legendy, które wnet ożyły w dość nietypowych okolicznościach pastiszu.

Swój projekt przyprawił wiadrami świeżej krwi, niespotykanie ostrymi kłami, ich właścicielami, mającymi nieodparty pociąg do szyj, oraz kilogramami lekkostrawnego komizmu, absurdu i ironii, skonfrontowanymi z surowym kinem grozy. Nie zabrakło także mrożącego krew w żyłach napięcia, nagłych zwrotów akcji i dramatycznych sytuacji, samo zaś zakończenie ma wydźwięk wręcz katastroficzny – warto więc się zastanowić nad czystością gatunkową tej komedii. Wszak wampiry to nie jest temat do żartów!

W filmie doświadczamy tego, co wampirycznemu filmowi przynależy. To mianowicie pełna ortodoksja w dziedzinie legend, bajań i innych protoplastów (głównie Stokera) tegoż zjawiska, kreujących nienaganny wizerunek wampira i gamę „obrzędów” z nim związanych. To nie żadne niesmaczne abstrakcjonizmy a’la „Blade”  czy „Dracula 2000” . Polański naprawdę się postarał, aby oddać całą „rekwizytornię” i ikonografię gatunku, dając tym samym wyraz doń przynależności. Zestaw miejsc, postaci, zależności i innych motywów został więc zachowany, jednakże nieco zmodyfikowany. Akcja filmu wędruje wraz z parą głównych bohaterów do zapomnianej i mrocznej Transylwanii, tak dobrze znanej z poprzednich osiągnięć w tym temacie.

Nie jest to jednak Transylwania z krwi i kości, czyli sceneria przerażająca i odludna, skąpana we mgle i permanentnej ciemności, której oblicze rysują pasma czarnych szczytów, cmentarze nagich drzew i niesamowite gotyckie zamczyska górujące nad krainą, zatopioną w poświacie złowrogiej tarczy księżyca… Przedstawiony świat jest niezwykle malowniczy, iście bajkowy. Sielanki dopełnia pogodna zimowa sceneria i beztroskie słoneczne promienie. W takich okolicznościach przyrody przyjdzie się zmierzyć łowcom nie z jednym, ale wręcz zgrają wampirów. Nie wyjdzie im to zdrowie. Na szczęście dla nich i całego ludzkiego istnienia, zagrożonego działalnością krwiopijnych kreatur, łowcy posiadają sporą wiedzę o przeciwniku, a także specjalistyczny arsenał, skuteczny w eksterminacji wampirzego pomiotu.

Stosując się do kanonu wiedzy o wampirach, w filmie zachowane zostały praktyczne akcesoria, niezbędne do unicestwienia nachalnej bestii: najstraszliwsza broń, czyli efektywne osinowe kołki, krucyfiks czy czosnek, ten ostatni w filmie używany w nadmiarze i zbyt dosłownie. Również wampir zachował swoje podstawowe cechy: siejące popłoch uzębienie, z łatwością przegryzające pulsujące aorty w szyjach pięknych niewiast, wrodzone uzależnienie od krzepkiej krwi, nieśmiertelność i wiekowość, brak własnego odbicia oraz zapadanie w letarg za dnia. Obserwujemy także swoistą hierarchię społeczną: senior – wiekowy hrabia, jego uprzywilejowany potomek, podporządkowane wampiry mniejsze oraz słudzy (kreowany na Igora Garbus – bardzo nieprzyjemny, wulgarny i obleśny typ odwalający czarną robotę).

Nie da się ukryć, iż film „Nieustraszeni pogromcy wampirów” stylizowany jest na modłę mrożących krew w żyłach treści zawartych w „Draculi” Brama Stokera, swoistego kanonu wampiryzmu i źródła nieskończonej inspiracji. Z klasycznego schematu tej powieści korzystano już u zarania gatunku. Pierwsze dziecko horroru wampirycznego – „Nosferatu – symfonia grozy” pochodziło z ogarniętych brutalnym i frywolnym ekspresjonizmem Niemiec i nosiło widoczne znamię dzieła Stokera. Późniejsze filmy nie odbiegały zbytnio od tej tendencji, powielając i rozwijając jedynie znakomite wzorce. To zaś pozwoliło na swoistą emancypację tegoż gatunku grozy, tworząc utarty i niepowtarzalny w innych odłamach świat, postacie i klimat. Film Polańskiego możemy więc uznać za spadkobiercę i propagatora chlubnych tradycji i niezatartych motywów filmu wampirycznego. Już sama konstrukcja fabuły pozwala nam zaobserwować niewątpliwe artystyczne powinowactwo i analogię.

Główni bohaterowie, reprezentujący stronę dobra, podejmują ryzykowną misję zgładzenia sił ciemności, nastających na życie niewinnych ludzi. Oprócz pobudek altruistycznych, pogromcami kierują także osobiste ambicje. Dr Ambrosius, stylizowany z wielkim przymrużeniem oka na dr. Van Helsinga, jest zafascynowany wampirzą naturą i zjawiskiem wampiryzmu. Możemy się o tym przekonać, kiedy wygłasza hrabiemu „fascynujący” wykład na temat lunatykujących nietoperzy. Z kolei jego uczeń Alfred (w tej roli znakomity Polański) zakochuje się w córce karczmarza (w tej roli przepiękna rudowłosa Sharon Tate), która wraz z pierwszym przejawem wampirzej aktywności zostaje porwana przez krwiopijnego księcia. Postacie te możemy śmiało przyrównać do pary głównych bohaterów „Draculi” , Miny i Jonathana, tyle tylko, że u Polańskiego Alfred nie jest romantycznym, nieustraszonym i zdeterminowanym kochankiem, lecz bojaźliwym wymoczkiem mdlejącym na sam widok kołka.

[quote]Inaczej także przedstawia się związek uczuciowy na płaszczyźnie człowiek-wampir. Ukochana Alfreda nie okazuje się być obiektem fascynacji i pożądania hrabiego, jest nim zaś sam… Alfred.[/quote]

Syn księcia (i tu pierwszy wampiryczny zgrzyt, bo wątpliwą kwestią jest posiadanie przez wampiry potomstwa) czuje nieodparty pociąg do młodego pogromcy, co burzy niejako samą ideę romantycznej i tragicznej miłości (choć w kwestiach czysto estetycznych jest ona zaprawdę tragiczna). Same postacie zostają więc ukazane w krzywym zwierciadle… cóż, to może niezbyt trafne określenie dla postaci filmu wampirycznego, w końcu wampiry ciężko ukazać w jakimkolwiek zwierciadle, ale tak właśnie jest. Zapomnijmy o złudnym ironicznym tytule i walecznych pogromcach, mających zgładzić potwora. Los świata zostaje złożony w ręce największych nieudaczników i fajtłapów, przekomicznego Ambrosiusa i tchórzliwego Alfreda. Również wampiry tracą na swojej grozie i dekadenckiej wyniosłości. Dla scementowania wątków i podbudowania zaplecza komizmu, Polański wplata w fabułę postać Yorgiego, prostego karczmarza, z czasem zasilającego zastępy nietypowych wampirów, co determinuje wiele zabawnych sytuacji.

Komedia to pełną gębą, w jednej chwili subtelna, w następnej rubaszna i prześmiewcza. Reżyser bawi się konwencją, zmurszała legenda nabiera w jego rękach rumieńców i nowego komediowego oblicza, nie zostaje jednak zdeformowana. Film podparty zostaje przede wszystkim niezwykle klimatyczną, zróżnicowaną muzyką wysnutą spod batuty Komedy oraz wyjątkowym warsztatem Polańskiego, pełnym precyzji, kunsztowności i klimatu. On sam spełnia się w roli aktora, wymarzonej przez niego profesji, która zaniechana została na rzecz reżyserii. Trzeba przyznać, iż z nałożonych na siebie funkcji (reżysera, aktora i współautora scenariusza) wywiązał się koncertowo, sam film natomiast (wersja europejska – reżyserska) w przeciągu niespełna trzydziestu lat dorobił się epitetu „kultowy” (w kręgach gotów, jak mniemam), stał się swoistą filmową perełką i poniósł komercyjne fiasko (nic nie szkodzi). Szkoda, iż zabrakło zacięcia grozy i koncepcji horroru, że mimo wszystko to prędzej komedia niż horror. Mówię tak, gdyż jestem pewien, że Polański w dziedzinie czystego horroru wampirycznego mógłby stworzyć coś na miarę swoich dokonań w materii horroru satanistycznego lub dzieła Coppoli. Tym czasem uraczył nas brawurowym pastiszem, i za to cześć mu i chwała.

Ostatnio dodane