Ranking

NIE TYLKO ŻYWE TRUPY. Filmy George’a A. Romero spoza zombie kanonu

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Zaledwie dwa dni przed nieoczekiwaną informacją o śmierci George’a A. Romero brytyjski dystrybutor, firma Arrow Films, ogłosił wydanie pakietu trzech filmów, jakie słynny reżyser nakręcił pomiędzy swymi wybitnymi horrorami, Nocą żywych trupów a Świtem żywych trupów. Zaskakujący to przypadek, choć jednocześnie bardzo pożądany, jeśli zastanowić się nad dorobkiem Romero. Tak jak pozostanie on w pamięci większości widzów jako twórca klasycznych, wyjątkowo krwawych, ale pełniących również funkcję przenikliwych komentarzy społecznych opowieści o żywych trupach, warto pamiętać o jego twórczości spoza tego cyklu. Zwłaszcza że urodzony w Nowym Jorku reżyser może się pochwalić jednym z najbardziej oryginalnych filmów o wampirach, flirtem z twórczością Stephena Kinga oraz uczynieniem z Eda Harrisa aktora pierwszoplanowego. Oto pięć pozycji, jakie każdy fan George’a A. Romero znać powinien.

Szaleńcy (1973)

Sukces Nocy żywych trupów pozwolił Romero na realizację filmów o całkiem innej tematyce oraz gatunku, lecz zarówno romantyczna komedia There’s Always Vanilla oraz feministyczny thriller ze współczesnymi czarownicami Season of the Witch spotkały się ze znikomym zainteresowaniem. Reżyser wrócił zatem do kina grozy, kręcąc Szaleńców, opowieść o zainfekowanych przez śmiertelny wirus mieszkańcach małego miasteczka oraz próbach powstrzymania epidemii przez wojsko i polityków.

Film w dużej mierze skupiony jest na fragmentarycznym opisie coraz to bardziej szokujących aktów przemocy, ukazując niemoc wszystkich stron konfliktu, brak (i często niechęć) porozumienia oraz błyskawiczny rozpad społeczeństwa. I choć budżet Szaleńców był zdecydowanie zbyt niski, aby w pełni zaprezentować koszmar pozbawionego swoich praw obywatela, którego cała ta sytuacja bardziej niż toksyny wprawia w obłęd, film ten stanowi niejako pomost pomiędzy Nocą a Świtem żywych trupów, ukazując kierunek rozwoju słynnego cyklu.

Martin (1978)

Tytułowym bohaterem jest młody mężczyzna przekonany o tym, że jest najprawdziwszym wampirem. Atakuje kobiety, usypiając je, a następnie podcina żyletką żyły w nadgarstkach i wypija krew ofiar. Oglądamy również jego wizje (a być może wspomnienia), w których wciela się w klasycznie wyglądającego krwiopijcę, romantycznego kochanka, niczym z filmów z Belą Lugosim.

Martin zawieszony jest między typowym dla ówczesnego Romero realizmem i chropowatością oprawy, a fantastycznym konceptem stawiającym znak zapytania w kwestii potworności głównego bohatera. Czy bierze się ona z faktycznego bycia wampirem, choroby umysłowej, a może niezrozumienia świata, w jakim przyszło mu żyć, i braku akceptacji tego świata dla jego osoby? Ironiczny finał wprawi w zdumienie niejednego widza, potwierdzając, że Martin jest filmem grozy zaskakująco niejednoznacznym, uciekającym od typowej dla horrorów rzezi (choć pełnym momentów autentycznie drastycznych) na rzecz pogłębionego portretu człowieka o mrocznej duszy.

Rycerze na motorach (1981)

Chyba najbardziej zaskakujące dzieło w filmografii Romero, nie tylko dlatego, że nie jest horrorem. Rycerze na motorach są współczesną opowieścią o wędrownej trupie, której przewodzi Billy (Ed Harris w swej pierwszej głównej roli), żyjącej zgodnie z arturiańskim kodeksem. Zamiast koni mają motocykle, w kolejnych miastach dają pokazy swej rycerskości organizując pojedynki, jednocześnie starając się, aby prawdziwy świat jak najmniej ingerował w ich życie. Ale wkrótce dochodzi do rozpadu grupy – za sprawą pieniędzy oraz uczuć Billy traci swe królestwo.

Trudno zaklasyfikować ten film. Niepozbawiony mistycyzmu dramat o próbie wcielenia ideału w życie, wyzbycia się wszystkiego, co może prowadzić do korupcji, piękny w swej wymowie i bezkompromisowy, podobnie jak jego bohater. Ale również rozwlekły (prawie dwuipółgodzinny metraż), skupiony na niepotrzebnych wątkach zamiast odysei Billy’ego. Prawdopodobnie dlatego Rycerze zaliczyli klapę w amerykańskich kinach, każąc swojemu twórcy zaprzestać poszukiwań poza gatunkiem horroru. Mimo to oryginalna wizja Romero, w której średniowieczne myślenie zostaje poddane kapitalistycznej lewatywie, robi wrażenie i na długo pozostaje z widzem.

Creepshow (1982)

O tym wspólnym projekcie Romero oraz Stephena Kinga pisałem niedawno przy okazji prezentacji najciekawszych horrorów nowelowych, dlatego pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z tamtego tekstu.

Creepshow to pełen czarnego humoru i makabry hołd groszowym komiksom z lat pięćdziesiątych wydawanym przez EC Comics. Pięć historii (plus klamra z kilkuletnim synem Kinga w roli głównej) z bardzo zabawowym zacięciem, bez względu na to, czy epizod dotyczy powrotu z martwych znienawidzonego ojca, meteorytu o zaskakujących właściwościach czy też obrzydliwie bogatego staruszka, którego apartament atakują karaluchy. Najlepszymi nowelami są dwie środkowe, w pewien sposób ze sobą korespondujące – w pierwszej Leslie Nielsen postanawia zamordować swoją żonę i jej kochanka w bardzo innowacyjny sposób, zaś w następnej Hal Holbrook próbuje uczynić to samo ze swoją partnerką. Etyka i zdrowy rozsądek sugerują, że obaj powinni skończyć podobnie, ale tak się wcale nie dzieje, bo kodeks moralny w tego typu historiach pozwala na wyjątki. Dlatego zły mąż zostanie ukarany, a dobry mąż nagrodzony, chociaż obaj dopuszczą się morderstwa.

Romero nie przyzwyczaił nas do zabawowej tonacji w swoich wcześniejszych filmach, dlatego Creepshow stanowiło taką niespodziankę, również i dziś zaskakując nowych widzów. Z Kingiem reżyser spotkał się jeszcze dwukrotnie – przy Creepshow 2 (1987) pełniąc już tylko funkcje producenta oraz scenarzysty (reżyserię powierzył swojemu operatorowi, Michaelowi Gornickowi), ale wracając za kamerę Mrocznej połowy (1993). W tym nie do końca udanym horrorze główny bohater, popularny pisarz, staje się celem ataków swojego alter ego, sobowtóra, który przybrał sobie jego książkowy pseudonim. Do nowelowej grozy zaś Romero wrócił przy okazji Oczu szatana (1990), do spółki z Dario Argento kręcąc po jednej opowieści na motywach prozy Edgara Allana Poego.

Małpia intryga (1988)

Po chłodnym przyjęciu Dnia żywych trupów (1985) następnym projektem Romero stała się Małpia intryga. Ta pozbawiona jakichkolwiek ambicji historia sparaliżowanego mężczyzny, który do pomocy otrzymuje inteligentną małpkę, wkrótce zdradzającą mordercze instynkty, była pierwszym studyjnym filmem twórcy Nocy żywych trupów. Niestety narzucone przez producentów zakończenie, znaczące skrócenie nakręconego materiału, przemontowanie go bez wiedzy reżysera oraz późniejsza porażka w kinach sprawiły, że Romero wrócił do niezależnej produkcji.

Mimo to powstał horror zaskakująco rozrywkowy, nieprzypadkowo dzięki niedorzecznościom fabuły oraz wielu fantazyjnym (nierzadko na granicy śmieszności) pomysłom. Czego tu bowiem nie ma – jest telepatyczna więź między głównym bohaterem a zwierzęciem, zaborcza miłość, przeszczepienie tkanki ludzkiego mózgu małpie oraz wyjątkowo makabryczne sceny śmierci. Nie można traktować tego wszystkiego na poważnie, dzięki czemu Małpią intrygę ogląda się nie gorzej niż jawnie komediowy Creepshow. I nawet jeśli sam Romero nie był zadowolony z efektu końcowego, trudno odmówić filmowi uroku b-klasowej grozy, bardzo efektywnej, należy nadmienić.


Ostatnim filmem George’a A. Romero niepoświęconym żywym trupom była Maska diabła (2000), opowieść o młodym, poniewieranym biznesmenie, który pewnego dnia budzi się z białą maską zamiast twarzy i postanawia wykorzystać tę anonimowość do odpłacenia się ludziom, którzy go do tej pory gnębili i oszukiwali. Nie udał się reżyserowi ten horror z egzystencjalnym wręcz zacięciem, bo i temat został potraktowany w sposób rozczarowujący, idąc w stronę mało interesującego kina zemsty. Nic więc dziwnego, że Romero w końcu wrócił do swoich żywych trupów, kręcąc kolejno Ziemię (2005), Kroniki (2007) oraz Survival (2009) tychże, i zataczając tym samym swoiste koło własnej twórczości.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane