publicystyka filmowa

NICOLAS WINDING REFN z kobiecej perspektywy. Kryzys męskości i kobiece ciała?

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

Ostatnimi czasy Nicolas Winding Refn znany jest szerszej publiczności jako reżyser niezwykle wystylizowanych, nasyconych głębokimi barwami filmów z soundtrackami, które szybko zyskują na popularności. Rzadziej wspomina się, że jego styl wyrasta z głębokiej, duńskiej rzeczywistości pełnej mrocznych akcentów. Jednak przede wszystkim twórczość Refna to męskie kino, w którym dotychczas pozornie nie było zbytnio miejsca dla kobiet – owa męskość cały czas szukała potwierdzenia w oczach damskich bohaterek, wręcz wokół nich orbitowała.

Bardzo szybko okazało się, że Refn jest twórcą nieznoszącym kompromisów. Burzliwe początki jego kariery oraz niektóre fakty z życia (na przykład to, że jest daltonistą, co wydaje się niewiarygodne ze względu na stronę wizualną jego dzieł) przypominają jego twórczość: odrobinę nonszalanckie, a przy tym być może nawet przesadzone. Refn na pewno lubi być charakterystyczny. Tak jak Tarantino wyrastał na kinofilskiej miłości do filmów, ze szczególnym zachwytem wobec krwawych jatek i niekiedy wręcz karykaturalnego kina gatunkowego. Już od pierwszych filmów widać u Duńczyka zamiłowanie do stylizacji, którą nadbudowuje na schematach i rozwiązaniach garściami czerpiącymi właśnie z kina gatunków. Być może dlatego tak trudno było i jest szufladkować jego filmy, gdy pojawiają się na kolejnych festiwalach.

Wariacje o brutalności

Mówiąc o Refnie, najczęściej rozpoczyna się od przemocy – zwłaszcza od kiedy stała się ona naturalnym elementem popkultury, a dyskusja wokół niej zaczęła wykraczać poza piętnowanie pewnych postaw. 

U tego twórcy nie jest to tylko bezpodstawna brutalność zabarwiona żartami i czarnym humorem; on uczynił z przemocy niezaprzeczalny składnik swoich filmów, początkowo nie dając widzowi żadnych możliwości, by odwrócił wzrok.

Wszyscy bohaterowie trylogii Pusher są niejako skażeni agresją. Z jednej strony przestała być tylko wyrazem ich negatywnych uczuć, a zadziałała na prawach języka, którym komunikują się między sobą. Z drugiej jednocześnie zaczęła być jak fatum.

Trylogia o dilerach tematem i formą wyrazu idealnie trafiła na swój czas. Pushery są niczym połączenie Psów Władysława Pasikowskiego z założeniami Dogmy 95. Szybko stały się kultowe, bo świat, który przedstawiały, był chorobliwie bliski temu, czego Duńczycy doświadczali w połowie lat 90. Brzydka, chropowata rzeczywistość pełna ludzi, którzy próbują sobie radzić i którzy zarazem chcą dla siebie coś ugrać. Chodzą w dresach, urzędują w zapadłych melinach, królują w ciemnych ulicach i udają lepszych, niż kiedykolwiek dane im będzie mieć możliwość. 

O ile pierwsza część jest niczym niepoprawna, karykaturalna wersja historii miłosnej między dilerem, który miał po prostu pecha w czasie kolejnej transakcji, a prostytutką, o tyle w drugiej Refn dojrzewa do oswajania totalnej beznadziejności sytuacji. Tonny’ego raczej nie da się lubić przez jego głupie zachowania czy wygląd dresiarza z blokowisk. Jest jednak w tej postaci tragizm kogoś, kto chciał żyć wyobrażonym życiem gangstera, co szybko i boleśnie zostało zweryfikowane. Nie dana mu będzie żadna perspektywa odmiany, a jedynie seria upokorzeń oraz dominujące poczucie, że w ten świat nie można się wpasować. Trzecia część przewrotnie rozpoczyna się pozytywnym akcentem, gdyż Milo zamierza utrzymać status dostawcy na swoim rejonie i jednocześnie przestać zażywać narkotyki. Jednak ten jeden akcent, wiara bohatera w zmianę, to za mało, by nie dać się głębiej wciągnąć w bagnisty półświatek. W Pusherach Refn masochistycznie wyolbrzymia prawo silniejszego, wobec którego kobiety są kolejnymi graczami. Stawiane najczęściej w rolach prostytutek i bohaterek erotycznych opowieści, przestają być ofiarami męskiej siły. W podstępny oraz wyrachowany sposób wykorzystują swoje pozycje bądź w drugim planie jedynie upiększają kadr.

Ostatnio dodane