nowości kinowe

Neon Demon. Więcej niż recenzja

Można zarzucić "Neon Demonowi", że o nic w tym filmie nie chodzi i że wszystko jest tu tylko dla chwilowego efektu. Problem w tym, że to film o świecie wielkiej mody, w którym żadne z powyższych oskarżeń nie ma racji bytu.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Pożarte żywcem

Tekst zawiera spoilery.

W poprzednim filmie Nicolasa Windinga Refna, wygwizdanym na festiwalu w Cannes i zmieszanym z błotem przez krytyków Tylko Bóg wybacza, była jedna scena, która wyraźnie odstawała od tego statycznego, niemal pozbawionego dialogów, skąpanego w wizualnych metaforach i gęstych kolorach filmu. Oto grupa zamachowców przybywa do niewielkiej restauracji, by dokonać egzekucji porucznika policji, Changa. Mordercy wyciągają pistolety maszynowe spod ubrań i zaczynają strzelać na oślep do gości. Chang chowa się za stołem i zabija jednego ze zbirów; drugiego, który próbuje uciec, musi już ścigać po ulicach Bangkoku. Polowanie na zamachowca nie przybiera jednak formy szalonej gonitwy – nie chodzi tu o szybkość, ale o spryt; o to, by usłyszeć kroki przeciwnika i wybrać odpowiedni zaułek.

Choć to znakomita, diabelnie intensywna i doskonale przemyślana sekwencja, zupełnie nie pasuje do Tylko Bóg wybacza; zdecydowanie lepiej wpisywałaby się w koncepcję Drive (w którym znaleźć można zresztą analogiczną scenę – otwierającą film ucieczkę przed policją), tytułu o wiele bardziej konwencjonalnego pod względem fabularnym i znacznie przystępniejszego dla oglądających. W Tylko Bóg wybacza nie pełni ona właściwie żadnej roli, jeśli chodzi o rozwój opowiadanej historii. Jest raczej pokazówką umiejętności reżysera i jednocześnie prztyczkiem w nos zadanym widzom, którzy spodziewali się zobaczyć Drive 2. Popatrzcie, mógłbym nakręcić doskonały thriller – zdaje się mówić Winding Refn – ale zdecydowanie wolę nurzać się w moich fetyszach, opowiadać za pomocą kolorów i nieruchomych kadrów, choćbym miał to przypłacić karierą.

Neon Demon to podobny gest, tylko że rozciągnięty do rozmiarów filmu pełnometrażowego.

n2

Początkowo wydaje się, że Winding Refn snuje opowieść, którą znamy doskonale. Szesnastoletnia Jesse (Elle Fanning) przybywa do Los Angeles, by rozpocząć karierę modelki. Dziewczyna uosabia wszystko, czego brakuje w otaczającym ją świecie – jest szesnastoletnią, na pozór naiwną i niewinną dziewicą o sarnich oczach i niebiańsko jasnych włosach, która trafia do lasu zaludnionego przez wielkie, złe wilki: zgnuśniałych projektantów mody, nieczułych fotografów, agresywnych kierowników moteli, zblazowane, pozbawione moralności koleżanki po fachu. Podczas gdy inne modelki uzależniają się od operacji plastycznych, sypiają z każdym, kto może załatwić im prestiżową sesję, i wbijają sobie noże w plecy, Jesse emanuje naturalnym pięknem i zachwyca każdego na swojej drodze – najpierw fotografa-amatora, później kierowniczkę agencji, wreszcie wpływowego projektanta. Komplementy i propozycje trafiają na niedojrzały jeszcze grunt i zmieniają charakter dziewczyny, a Winding Refn pokazuje to za pomocą serii stylowych metafor – najpierw Jesse zostaje (dosłownie) wciągnięta w mrok przez wizażystkę, Ruby (Jena Malone); później w pokoju motelowym nastolatki pojawia się znikąd pantera, co sugeruje przemianę kociątka w dziką bestię; wreszcie, tuż przed wejściem na wybieg, w szalonej wizyjnej scenie Jesse namiętnie całuje własne lustrzane odbicie, a oświetlające ją lampy zmieniają kolor z niebieskich na czerwone.

Doświadczenie podpowiada, że musi się to wszystko skończyć emancypacją lub deprawacją, a najlepiej jednym i drugim – że Jesse zdeklasuje rywalki, przerodzi się w pełnoprawnego łabędzia, ale sama utraci dawne przymioty, a wpływ środowiska zrobi z niej potwora jeszcze groźniejszego i bardziej odrażającego moralnie od innych. Zapowiadają to zarówno kolejne dialogi, które zdradzają, że dziewczyna coraz częściej myśli o sobie jak o ideale piękna, jak i kostiumy: w pierwszych scenach to zwiewne, dziewczęce sukienki o pastelowych kolorach, pod koniec filmu – złoty, błyszczący top z wielkim dekoltem i ciężka czarna suknia z cekinami.

n4

Jesse nie stanie się jednak modowym monstrum, bo zostanie zamordowana i pożarta przez zazdrosne koleżanki, które pragną w ten sposób zagarnąć jej piękno. Grane przez Abbey Lee i Bellę Heathcote modelki zjedzą rywalkę i wykąpią się w jej krwi, jakby zbyt poważnie potraktowały legendy o Elżbiecie Batory. Można by to prawdopodobnie uznać za wyjątkowo makabryczną i przy okazji toporną satyrę na świat show-biznesu, ale wydaje się, że nie o to chodzi. Celem tej nagłej wolty jest raczej to, by obsmarować cały film kinową pulpą, anulować sugerowaną wcześniej głębię, oniryczny dramat psychologiczny zamienić się w Wampiryczne lesbijki, a pozorny arthouse – w kino eksploatacji.

Nie żeby wcześniej nic takiego obrotu spraw nie zapowiadało: wspomniane wyżej wizualne metafory były przecież subtelne jak szlafrok od Versace, a Winding Refn poukrywał po drodze kilka dystansujących żartów. Już utworzone od inicjałów reżysera złote logo w czołówce, przypominające oznaczenia, które widnieją na flakonach perfum, wygląda mocno autoironicznie, a później oglądamy między innymi scenę, w której Jesse mdleje z powodu skaleczenia – choć wszystko dzieje się w obskurnym, zachlapanym krwią pokoju motelowym, dziewczyna upada, trzymając w ręku wspaniały bukiet; z gracją kładzie głowę na dywanie, a kwiaty lądują koło jej ślicznej twarzyczki. Więcej ma to wspólnego z Ofelią Millaisa niż z prawdziwą utratą przytomności. Winding Refn zdaje się kpić nawet z piękna własnej bohaterki.

Do tego dodać należy fakt, że postacie Heathcote i Lee od początku wyglądają, jakby pochodziły z innego porządku – grają słabo i beznamiętnie, mają tragicznie napisane dialogi, poruszają się jak nakręcane lalki. Nie tylko podkreśla to ich sztuczność, zapowiada też poniekąd kierunek, w którym zmierzać będzie Neon Demon – modelki przypominają wszak aktorki ze starych europejskich filmów eksploatacji, ze szczególnym naciskiem na tak zwany eurosleaze, które wybierano zazwyczaj ze względu na przymioty fizyczne, a nie aktorski talent. Cała fabuła Neon Demona to zresztą okrutny żart, który polega na tym, żeby powtarzaną do znudzenia przestrogę o tym, że show-biznes pożre cię, przeżuje i wypluje, przenieść na ekran z morderczą dosłownością.

n5

Wszechobecna ironia poniekąd ratuje Windinga Refna, bo gdyby potraktować Neon Demona na serio, położyć go na kozetce u psychoanalityka i rozłożyć na czynniki pierwsze, rozbilibyśmy się o ścianę złożoną z banałów o terrorze piękna, który demoralizuje, deprawuje i niszczy. Na podobną minę wpakowali się zresztą niedawno twórcy polsko-duńskiej Modelki, którzy historię nieprzeciętnie ładnej dziewczyny wpychającej się w trybiki przemysłu modowego próbowali przedstawiać w kluczu psychologicznego realizmu. Na tym tle manifest Windinga Refna – który jedną woltą stylistyczną odrzuca arthouse i afirmuje eksploatację – wydaje się całkiem buńczuczny i bezczelny, a przy okazji momentami szczerze szokujący, reżyser opowiada wszak swój żart z kamienną twarzą, co buduje trudny do jednoznacznego opisania dyskomfort.

Jasne, można Neon Demonowi zarzucić, że o nic w tym filmie nie chodzi, że wszystko jest tu tylko dla chwilowego efektu, że – uwaga, frazes – mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią. Ale to przecież film o świecie wielkiej mody, w którym żadne z powyższych oskarżeń nie ma racji bytu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane