The Room - artykuł o najlepszym złym filmie | FILM.ORG.PL

Najstraszniejszy pokój w historii kina








Filip Jalowski
31.10.2014


Strach niejedno ma imię. Michael Myers czający się za kolejnym ciemnym zakrętem, Jason Voorhees koszący maczetą zastępy nastolatków, Freddy Krueger przedostający się do świata śmiertelników w momencie, gdy są najbardziej bezradni, podczas snu. To tylko trzy ikony w morzu kinowych szaleńców, potworów i wszelakiego typu pomiotów diabła, które czyhają na życia i dusze drżących ze strachu śmiertelników. Halloween jest świętem wszystkich postaci, które w ciągu dekad, z wielkim zamiłowaniem oddają się żmudnej sztuce zabijania. Tego dnia filmowa strona sieci tonie w morzu krwi, po którym z szaleńczymi uśmiechami dryfują wampiry, nieumarli, wilkołaki, duchy, demony oraz zabójcze ryjówki. Istnieją jednak rzeczy, przy których nawet Drakula posrałby się w gacie. Z racji tego, że w KMF nie uznajemy kompromisów, w chłodny, halloweenowy wieczór zabieram was do świata, który rzuciłby na kolana niejednego specjalistę od przetrwania w czasach zombie-apokalipsy. Na nic zdają się tu osinowe kołki, krzyże, główki czosnku czy księża odprawiający egzorcyzmy. To świat opuszczony przez boga i ludzi posiadających jakikolwiek talent. Witajcie w najstraszniejszym pokoju na świecie, Panie i Panowie – The Room.

room-1

Architekt

Każde posępne zamczysko ma swojego architekta. Podobnie rzecz ma się z pokojami. Przy Tommym Wiseau, twórcy The Room, blednie historia niejednego z kinowych mistrzów zbrodni. Nikt nie wie, skąd pochodzi, nikt nie zna daty jego urodzin. Sam, świadomie lub nie, na przestrzeni lat proponuje różne opowieści na temat swojej przeszłości. Z wielu źródeł, na które składają się wywiady, sesje Q&A oraz publikacje, w tym jedna publikacja książkowa – The Disaster Artist Grega Sestero, wieloletniego znajomego oraz jednego z głównych bohaterów The Room – możemy spróbować powiedzieć coś na temat architekta tego potwornego świata.

Wiseau sugeruje, że urodził się gdzieś około roku 1968/1969. Współpracujący z nim aktorzy twierdzą jednak, że jest osobą o wiele starszą. Sestero przyznaje się do tego, że za pośrednictwem żony brata Tommy’ego wszedł w posiadanie kopii jego papierów emigracyjnych, z których wynika, że urodził się on w latach pięćdziesiątych, w krajach bloku wschodniego. Wiseau istotnie wspominał, że pierwszy oddech złapał w Europie, w bliskim sąsiedztwie Związku Radzieckiego, nigdy nie przyznał się jednak, który ze znajdujących się tam krajów jest jego prawdziwą ojczyzną. Poszukiwania internautów doprowadziły do tego, że z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że miejscem narodzin Wiseau była Polska (aż ciarki po plecach przechodzą). Wszystko za sprawą nazwiska jego wujostwa, które opiekowało się nim podczas dorastania w Luizjanie (internauci dotarli do ich nekrologów). Krewni Wiseau nazywali się Wieczor („o” straciło zapewne ogonek dla uniknięcia urzędowych problemów). Młode lata spędzone w Luizjanie stworzyły kolejny mit wokół osoby Tommy’ego. Wiele osób widziało w nim Cajuna, czyli przedstawiciela francuskojęzycznej grupy etnicznej zamieszkującej południowe tereny stanu ze stolicą w Nowym Orleanie. To jednak nie wszystko…

room-2

Tommy podróżował ponoć pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi. I tu powstają niejasności, bo z jednej strony istnieje teza (propagowana przez Wiseau, bardzo wybiórczo), wedle której dorastał w Luizjanie, z drugiej natomiast ta, która po emigracji z tajemniczego państwa na wschodzie Europy przenosi go do Strasburga.* W Niemczech młody Wiseau miał żyć dzięki pracy na zmywaku. To właśnie w kraju podzielonym murem miał również przyjąć nowe imię – Pierre. Wedle tej wersji dopiero z tego miejsca ruszył on do USA, a dokładniej do San Francisco, gdzie utrzymywał się ze sprzedaży zabawek w kształcie ptaków. I tu pojawia się wątek zmiany nazwiska. Ze względu na sprzedawane gadżety lokalni mieli nazywać go „The Birdman”, czyli „Człowiek-ptak”. Tommy Pierre wziął to sobie do serca i postanowił dostosować nazwisko do nadanego mu przydomka. Z francuskiego słowa „oiseau” (ptak), usunął pierwszą literę, zastępując ją początkową literą swojego rodowego nazwiska (najpewniej brzmiało ono Wieczór). Tak powstać miał Tommy Pierre Wiseau. Mindfuck godny klasyków gatunku.

Oczywiście nie kończymy. Choć w tym momencie należy wyraźnie zaznaczyć, że wszystkie opowieści mogą być zarówno fałszywe, jak i prawdziwe. Problem w ich interpretacji wynika głównie z tego, że Wiseau właściwie nie używa dat, nigdy nie odwołuje się do liczb. Jego pojęcia czasu są maksymalnie mętne i przybierają formy w stylu „bardzo dawno temu”, „kiedy dorastałem” itd. Ostatecznie chronologia sypie się zatem do tego stopnia, że umiejscowienie konkretnych wydarzeń na osi czasu staje się niemal niemożliwe. Wróćmy jednak do Francji, ponieważ Wiseau twierdzi, że „bardzo dawno temu” (a jakże) żył na jej obszarze. Tommy mieszkał ponoć w hostelu młodzieżowym. Traf chciał, że jego współlokatorzy byli zamieszani w handel narkotykami. O współudział podejrzewano również jego. Francuska policja przetrzymywała Wiseau i miała go nawet torturować. Po tym incydencie rzekomo uciekł do Luizjany i zamieszkał z wujostwem, tylko skoro Francja była „bardzo dawno temu”, a Tommy „dorastał w Luizjanie”, to w jakim wieku posądzono go o handel narkotykami, gdy bez opieki osób dorosłych zajmował pokój w hostelu? No i kiedy pracował na zmywaku w Strasburgu i sprzedawał ptasie zabawki w San Francisco?

room-3

Nic to, ważne, że Wiseau jakimś cudem urządził się w Ameryce. Imając się najróżniejszych zajęć, wśród których wymieniał chociażby fuchę boya hotelowego czy fizycznego pracownika na terenie szpitala, Tommy w dziwny sposób dorobił się małej fortuny. Gdy pytano go o to, w jaki sposób udało mu się zebrać pieniądze na realizację The Room (budżet filmu wyniósł aż sześć milionów dolarów), odpowiadał pokrętnie, wcale lub po prostu głupio, twierdząc na przykład, że duża część wydatków została sfinansowana z oszczędności uciułanych na handlu jeansowymi spodniami sprowadzanymi z Chin (Tommy najwyraźniej zapełniał nimi całe statki). Przed rozpoczęciem prac nad najstraszniejszym filmem w historii kina był jednak jeszcze wypadek. Ponoć to on uświadomił Wiseau, jak kruche jest życie i skłonił do tego, aby podążać za swoimi aktorsko-reżyserskimi marzeniami.

W 2001 roku powstał dramat sceniczny The Room, nikt nie chciał go jednak wystawić. Wiseau nie dawał za wygraną, zmienił dramat w ponad pięciuset stronicową powieść, której nikt nie chciał wydać. Przyszedł czas na kino.

You’re Tearing Me Apart, Lisa!


Zdjęcia do The Room trwały nieco ponad sześć miesięcy. Budżet filmu przekroczył sześć milionów dolarów. Na liście płac widniało około czterystu nazwisk. Wiseau figurował jako scenarzysta, reżyser, aktor, producent oraz producent wykonawczy. Grono producentów zasilały jeszcze dwa nazwiska. Sestero twierdzi jednak, że posiadacz jednego z nich w ogóle nie był zaangażowany w projekt, a drugi odszedł z tego świata jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Finanse zebrane na film nie do końca zadowalały ambicje Wiseau, który przez cały etap kręcenia marzył o tym, aby zakończyć film w dość niecodzienny sposób. Po wszystkich potwornych wydarzeniach mających miejsce na ekranie, jego bohater miał wejść na dach budynku (ach, ten dach), wsiąść w zaparkowanego tam Mercedesa i odlecieć. W scenie szybowania nad miastem miało okazać się, że Tommy jest wampirem. Wiseau jest ponoć zafascynowany tymi stworzeniami (biorąc pod uwagę jego wygląd, mętną historię życia, w której czas nie ma znaczenia oraz niejasne pochodzenie sytuujące jego rodzinną ziemię gdzieś na wschodzie Europy, robi się dość dziwnie). Sekwencja lotu nad miastem znacznie przekroczyłaby budżet The Room. Wiseau zrezygnował z mrożącego krew w żyłach finału, choć ten, który znalazł się w filmie również może przyprawić o zawał mięśnia sercowego.

room-4

W trakcie realizacji filmu jednym z głównych problemów był sam Tommy, który bardzo ciężko zgadzał się na jakiekolwiek kompromisy. Osoby pracujące nad przygotowanym przez niego skryptem łapały się za głowę i nie tyle kreśliły, ale wyrywały z niego dziesiątki stron nic nie wnoszących i bełkotliwych monologów. Tommy początkowo głośno protestował, potem zorientował się jednak, że nie jest w stanie spamiętać nawet krótkich linijek tekstu. Niektóre sceny z jego udziałem musiano powtarzać po kilkadziesiąt razy, co i tak nie przyniosło pożądanych rezultatów. Właśnie z tego powodu niektóre kwestie dograne są w The Room w fazie postprodukcji. Mimo wysiłków specjalistów, scenariusz The Room wciąż straszy i znajduje się zapewne na indeksie ksiąg zakazanych niejednej ze szkół filmowych. Pełno w nim uroczo bezsensownych wątków, które pojawiają się jedynie po to, aby za sekundę zniknąć z filmu na zawsze, bez żadnego wyjaśnienia. Tak dzieje się chociażby z wątkiem raka piersi, o którym dowiaduje się matka jednej z głównych bohaterek (informację o chorobie przekazuje córce niczym plotkę o sąsiadce zasłyszaną na mieście), czy mrożącym krew w żyłach fragmentem, w którym okazuje się, że ulubieniec Tommy’ego i jego „przyszłej żony” jest zamieszany w narkotyki (zapewne wspomnienie Francji). Zresztą, w The Room jest cała masa tego typu perełek. Genialna scena gry w futbol w stroju wieczorowym, przyjacielska rozmowa w chwilę po próbie morderstwa jednej ze stron, żarty i beztroska na chwilę po wybuchu złości i załamaniu nerwowym. I ten most Golden Gate, ach ten most Golden Gate…

Scenariusz nie jest jedyną straszną rzeczą, jaka przydarzyła się temu filmowi. Mając sześć milionów dolarów, można było pokusić się o zatrudnienie profesjonalnych aktorów, może nie światowej czołówki, ale zawsze aktorów. Wiseau, po – jak twierdzi – setkach godzin castingów wybrał chyba najgorszą obsadę w historii filmowego rzemiosła. Prym wiedzie oczywiście sam Tommy. Jeden z krytyków amerykańskich stwierdził, że jego gra wygląda tak, jakby Borat usiłował naśladować Christophera Walkena wcielającego się w pacjenta szpitala psychiatrycznego. Niezwykle interesujące porównanie. Niewiele ustępuje mu pozostała część wesołej gromadki. Denny, który ma być chyba nastoletnim dzieciakiem, a zachowuje się i wygląda jak dwudziestoparoletni onanista pakujący się do łóżka cioci i wujkowi. Mark, o którym wiemy tylko tyle, że nieźle klei się do Lisy, a do jego łapy nieźle klei się piłka futbolowa. No i Lisa, czyli kobieta fatalna, dosłownie i w przenośni. Horror, horror, horror…

room-5

Przecząc wszelkim prawom logiki, film powstał. Nie obyło się oczywiście bez przygód i anegdotek, wśród których znajdują się również te z rodzaju pikantnych. Przykład? Juliette Danielle, odgrywająca rolę „przyszłej żony” Tommy’ego (w filmie nigdy nie pada słowo „narzeczona”/„dziewczyna”, zawsze „przyszła żona”), przybyła na plan po nakręceniu pewnej partii zdjęć. Po jej zjawieniu Wiseau nie pozwolił nawet na zapoznanie z resztą ekipy, ponoć od razu zarządził przejście do kręcenia sceny łóżkowej z jej udziałem (niektórzy z członków zespołu potwierdzają tę informację, inni jej zaprzeczają, więc mamy do czynienia z typowym dla Wisseau dylematem – sami zdecydujcie, co jest prawdą). Tajemnicą pozostawało również nieustannie finansowanie produkcji. Sprawa stała się tym bardziej interesująca, że po oficjalnej premierze film okazał się być klapą, która przyniosła zyski rzędu dwóch tysięcy dolarów. Mimo to, kosztujący pięć tysięcy dolarów za miesiąc, afisz The Room wisiał w Los Angeles jeszcze długo po jego premierze. Duża część ekipy twierdzi, że projekt Wiseau był po prostu sposobem na wypranie brudnych pieniędzy. Szczerze mówiąc, ma to ręce i nogi.

Too Weird To Live, Too Rare To Die!

Na ratunek The Room nadszedł charakterystyczny dla USA rynek midnight-movies. Film Wiseau grano po nocach w kinach, które specjalizują się w pokazywaniu widzom rzeczy dziwnych, niepodobnych do tego, co ogląda się w wielkich multipleksach. Na przestrzeni lat produkcja stała się tytułem kultowym, który po dziś dzień regularnie zapełnia sale wybranych kin. Mimo tego, że w trakcie realizacji The Room Wiseau nie za bardzo rozróżniał, o co chodzi z taśmą 35MM i cyfrowymi kamerami HD, dlatego kręcił film symultanicznie w dwóch formatach (dublując liczbę operatorów), udało mu się stworzyć swój upragniony pomnik. Wprawdzie nie z brązu czy spiżu – tak naprawdę, to cholera wie z czego, ważne, ze stoi. W wywiadach Tommy często porównuje się do Orsona Wellesa, a The Room lubi widzieć jako wariację na temat Obywatela Kane’a. Normalnie powiedziałbym, że to skrajny egocentryzm i idiotyzm, ale w przypadku Wiseau to wszystko wydaje się być tak szczere, że aż ujmujące. Gdyby żył parę ładnych dekad wcześniej, przybyłby zapewne do USA na statku wypełnionym szczurami, wśród martwych marynarzy, skryty pod wiekiem dębowej trumny. Zbyt dziwny by żyć, zbyt rzadki by umrzeć, cały Tommy.

Olejcie zatem wszystkie horrory i dajcie zaprosić się do najstraszniejszego pokoju w historii kina. Kiedy po pełnym wrażeń seansie przyśni się wam Tommy, Danny, Mark, Lisa i piłka futbolowa możecie być pewni, że Freddy Krueger nie śmie wam przerywać, a żaden wampir nie zapuka w okno z prośbą o zaproszenie do domu. To nie ich liga.

* W komentarzach użytkownik Commando słusznie wyłapał, że Strasburg leży na terenie Francji, dlatego jedna z przedstawionych w tekście nieścisłości biograficznych staje się odrobinę bardziej logiczna. Ze względu na konieczność zbyt mocnej ingerencji w tekst postanowiłem zaznaczyć błąd w przypisie, unikając edycji po publikacji. Za błąd przepraszam. (FJ)







  • Mefisto

    W Luizjanie mógł dorastać mentalnie :) A że się nie udało…
    A tekst dobry, setnie się ubawiłem, choć nie wiem czemu, bo przecież powinienem płakać.

  • Commando

    Strasburg leży w Alzacji, czyli we Francji, a nie w Niemczech. No chyba, że chodzi o jakiś inny
    Strasburg…

    • Fidel

      Nie będę udawał, że pomyłka to przypadek. Całe życie wydawało mi się, że Strasburg leży po prawej stronie Renu. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Zaznaczę w tekście pomyłkę.

  • Patryk Głażewski

    Coś jest z tymi wampirami. Tommy chciał podobno nakręcić o nich horror, a tak żyje z zasiłku w postaci kolejnych seansów The Room…

  • momo

    Pierwszy raz oglądając ten film przyszła mi myśl „pranie lewej kasy”, jak widać pierwsza myśl zawsze jest najtrafniejsza :D

  • TomaszJozefowski

    A stolicą Luizjany jest Baton Rouge a nie Nowy Orlean






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

The Rover

Następny tekst

[Rec] 4: Apokalipsa



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE