Skyfall Soundtrack | FILM.ORG.PL

Skyfall Soundtrack

Najbardziej zagorzali bondomaniacy i tak będą kręcić nosem, lecz nawet i oni powinni z czasem przyznać, że Newman wyszedł zwycięsko z powierzonego mu zadania








Jacek Lubiński
14.01.2013


Muzyka: Thomas Newman.

Rok produkcji: 2012.

Wytwórnia: Sony.

Czas trwania: 78:49 min.

Na dwudziestą trzecią z kolei odsłonę przygód najsłynniejszego agenta Wielkiej Brytanii przyszło nam trochę czekać. Cztery lata przerwy spowodowane m.in. finansowym dołkiem studia MGM zasiały w fanach zwątpienie, ale i zaogniły oczekiwania, które dodatkowo wzrosły jeszcze, gdy data premiery filmu zbiegła się ze świętowaniem 50-tej rocznicy ekranowej bytności Jamesa Bonda. Największe jednak emocje wzbudziła osoba reżysera. Tym razem bowiem 007 powędrował w ręce mocno wysmakowanego, a przy tym i wymagającego twórcy, Sama Mendesa, do tej pory specjalizującego się w filmach z gatunku suburban drama – a więc kina kompletnie innego od zwariowanych i pełnych akcji przygód agenta MI-6. Co więcej, wybór Mendesa wzbudził także kontrowersję na polu muzycznym… Było bowiem jasne, że do stworzenia ilustracji weźmie on swojego stałego współpracownika, Thomasa Newmana – kompozytora wszechstronnego, o wyjątkowym stylu, który jednakże na pierwszy rzut ucha stoi w opozycji do bondowskiej maniery. Nic więc dziwnego, że puryści od razu podnieśli krzyk.

Na szczęście, jak to często bywa, cały hałas rozbił się o nic. Fakt, Newman to nie Arnold i nie Barry, i to słychać. Ale też na tym polega jego siła – inność i oryginalność, które wnoszą powiew świeżości w tę, nieco wytartą i skostniałą ostatnimi czasy, stylistykę agenta Jej Królewskiej Mości. Partytura Thomasa, jakkolwiek dziwna i nie idąca w parze z legendarnymi scorami ww panów, a także w pierwszej chwili zalatująca z lekka quasi-industrialnym brzmieniem, intryguje swą indywidualnością i nietypowymi pomysłami, a przy bliższym zapoznaniu potrafi wciągnąć i spodobać się. Przy czym nie jest ona aż tak drastycznym odejściem od kanonu, jakby się mogło wydawać.

Co prawda Newman bezpardonowo zrywa tu z tradycją owijania co drugiej ścieżki wokół głównej melodii, tudzież piosenki z filmu (tym razem nieobecnej na albumie z przyczyn techniczno-prawnych – zresztą „Skyfall” jest jednym z niewielu przykładów w historii 007, gdzie kompozytor nie ma nic wspólnego z tytułowym szlagierem, w tym przypadku hitem Adele, co na szczęście nie odbija się czkawką) i mnożenia wariacji na jej temat (w czym lubował się głównie Barry), lecz jednocześnie zachowuje odpowiednio charakterystyczne brzmienie. Dzięki temu nawet w najbardziej osobliwych momentach ścieżki czuć, że ma się do czynienia właśnie z Bondem, Jamesem Bondem, a nie z Bournem, Huntem czy Klossem. Zresztą w odpowiednich momentach kompozytor sięga także po kultową melodię („Komodo Dragon”, „Breadcrumbs”, „She’s Mine”) – i wykorzystuje ją nie gorzej od poprzedników.

Co ciekawe, Newman poszedł tu trochę w innym kierunku, niż niemal dwie dekady wcześniej Eric Serra w „Goldeneye” i zamiast narzucić agresywnie swój styl filmowi, pozwolił by jego muzyka niejako wywodziła się z poszczególnych scen, lokacji, postaci, odpowiednio je uzupełniając i współtworząc charakterystyczny klimat opowieści. Odbiło się to odrobinę na muzycznej poetyce Newmana, który czasem zupełnie nie przypomina tu siebie, ale nie dał się on przytłoczyć kompletnie. Choć jego muzyka w pierwszej kolejności służy ekranowej akcji, to nadal pozostaje jego – wystarczy posłuchać choćby i początkowego „Voluntary Retirement” (którego rytmiczne skrzypki przywodzą na myśl po trosze „WALL-E” i „Finding Nemo”), by przekonać się o iście kameleonowskiej taktyce kompozytora (żonglerka kolorami, przy jednoczesnym zachowaniu kształtu). Trzeba zresztą oddać zarówno jemu, jak i Mendesowi, który mądrze operuje nutami przyjaciela w poszczególnych sekwencjach, iż na dużym ekranie sprawdza się to wszystko wyśmienicie, momentami osiągając niesamowitą wręcz symbiozę audiowizualną i zapierając dech w piersiach (kapitalnym tego przykładem jest choćby akcja w Szanghaju, którą bezbłędnie ilustruje na wpół ambientowe „Jellyfish”).

Na albumie – niestety słabo zmontowanym i ciutkę za długim, acz posiadającym przynajmniej wszystkie najważniejsze melodie – jest trochę gorzej. Choć i tu, przy odrobinie dobrej woli da się wyłapać wiele smaczków.

Oprócz robiącej duże wrażenie muzyki akcji (sceptycy, którzy uważali to za piętę achillesową kompozytora powinni się teraz wstydzić), którą możemy w końcu podziwiać w pełnej krasie, bez efektów dźwiękowych w tle, uwagę przykuwa delikatna liryka, będąca od zawsze mocnym punktem Newmana. Takie momenty, jak „Severine”, „Close Shave”, czy też bonusowe, lekko jazzujące „Old Dog, New Tricks” mogą wydawać się nieco wtórne względem twórczości kompozytora, ale z pewnością nie przynoszą mu ujmy i z łatwością można się przy nich zapomnieć. Gorzej, iż część z tej liryki jest mocno związana z konkretnymi scenami i bez ruchomego obrazu dużo traci na swej sile. Tu najlepszym przykładem bodaj końcowe „Mother” o dostojnym, wręcz elegijnym charakterze, który doskonale dopełnia jedną z najbardziej przejmujących scen filmu. Na albumie natomiast pozostaje niemalże niezauważalny i przemija niczym pierd na wietrze… Ale cóż zrobić – takie prawa muzyki filmowej. A ponieważ takich przerywników znajdzie się tu kilka, toteż nie dziwota, że płyta zbiera więcej cięgów, aniżeli pochwał, gdyż momentami jest zwyczajnie nieatrakcyjna i, pardon my French, cholernie nijaka.

Dlatego też, jakkolwiek autonomicznym dziełem soundtrack może się wydawać, najlepiej sięgnąć po album dopiero po zapoznaniu się z filmem. Nie zamierzam tu co prawda bronić Newmana, który wespół ze swoim wieloletnim montażystą, Billem Bernsteinem odpowiada za ten krążkowy bałagan, ale w tym wypadku odsłuch po kinowym seansie ma zwyczajnie więcej sensu – tak, jak i poszczególne utwory zyskują go po zrozumieniu odpowiedniego kontekstu, wyłapaniu pełnego ich wydźwięku. W przypadku „Skyfall” film wyjątkowo mocno odbija się na muzyce i vice versa, co sprawia, że dość trudno pozostawić je same sobie, bez oglądania się na drugą stronę medalu (powyższa ocena jest więc wypadową obu płaszczyzn). Jestem co prawda przekonany, że najbardziej zagorzali bondomaniacy i tak będą kręcić nosem, lecz nawet i oni powinni z czasem przyznać, że Newman wyszedł zwycięsko z powierzonego mu zadania i nie przyniósł ujmy brytyjskiej legendzie, a jego praca stanowi coś więcej, niźli tylko poprawną ciekawostkę.

P.S. Warto zapuścić sobie płytę w kolejności chronologicznej:

1, 14, piosenka, 2, 15, 3, 18, 10, 5, 6, 7, 8, 9, 17, 31, 13, 12, 4, 16, 11, 19, 20-29.

Zapewniam, że słucha jej się wtedy dużo lepiej.

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Wściekłe psy

Następny tekst

Hitler w Warszawie, czyli ile może być wart nowy film Machulskiego?



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE