Muzyka filmowa

MUZYCZNA POMARAŃCZA. Top najlepszych soundtracków w marcu 2018

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Od naszego ostatniego spotkania minęło dokładnie 36 dni. Przez ten czas dużo się wydarzyło – między innymi Kształt wody dostał Oscara za muzykę. Jej autor Alexandre Desplat doczekał się w marcu wydania kolejnej swojej pracy. I to od niego zaczniemy nasze comiesięczne podsumowanie rynku muzyki filmowej – tym razem w formie nieco bardziej zwartej i przystępnej, bo swoistego topu najlepszych soundtracków miesiąca.

Mowa była, rzecz jasna, o Wyspie psów – projekcie znacząco odmiennym od poprzednich napisanych dla Wesa Andersona. Tym razem score nie jest tak lekki i przyjemny. Maestro oparł tu nuty na dalekowschodniej stylistyce, stawiając głównie na basowe chóry i bębny taiko. Być może dlatego jego muzyka wydaje się nieco cięższa oraz bardziej posępna niż zazwyczaj, a przy tym odrobinę monotonna. Te fakty nijak nie zabijają jednak ogólnej radości z odsłuchu, tradycyjnie uzupełnionego także utworami innych wykonawców i zapodanego w przystępnej czasowo formie. Podejrzewam, że sporo do odbioru wnosi znajomość filmu, ale ogólnie to kolejna niebanalna, podszyta ironią praca tego kompozytora.

Skromną rewelacją miesiąca pozostaje jednak dla mnie Czerwona jaskółka, która doczekała się iście koncertowej ilustracji od Jamesa Newtona Howarda. Twórca sam przyznał, że napisał ją w taki sposób, aby mogła służyć zarówno za podkład dla narracji, ale też funkcjonować jako… balet. I rzeczywiście, całość otwiera imponująca Owertura godna kompozycji Czajkowskiego. Potem bywa różnie, bo płyta jest ogółem dość długa i dominują na niej też znacznie mniej frapujące fragmenty. Ale warto uzbroić się w cierpliwość, bo końcówka albumu jest równie fascynująca co jej początek. Bardzo pozytywne zaskoczenie.

O tym, że lata 80. i elektroniczny podkład są dalej w modzie, przekonuje Gangsta Hannesa De Maeyera. Rzut okiem na okładkę mówi w tym wypadku absolutnie wszystko. Jest klimat, jest moc, jest bezustanne brzmienie syntezatorów oraz nieodzowna dawka swoistego kiczu. I raz jeszcze się to sprawdza. Nie jest to w żadnym wypadku novum, bo też i na nią o jakieś trzydzieści lat za późno. Ale te trzy kwadranse mijają jak z bicza strzelił i pozwalają wozić się ekstra autem po zachodzie słońca i niebezpiecznych dzielnicach bez wychodzenia z domu. Wystarczy zapuścić jakąś nutę i zamknąć oczy (a na wszelki wypadek także zamek w drzwiach), a od razu poczujemy napływ pozytywnej energii z kolorowej przeszłości. Bardzo spoko krążek.

Na zupełnie przeciwległym biegunie leży skromne Happy Birthday Kostantisa Papakonstantinou. Choć i tu znajdziemy kilka niespodzianie agresywniejszych i/lub tanecznych rytmów, to generalnie atmosfera jest dość relaksująca, nuty – głównie gitarowe z dodatkiem elektroniki – w swoim tempie sączą się z głośników, a zaledwie pół godzinny album z hakiem stanowi przyjemne oderwanie się od szarej rzeczywistości. To często muzyka kontrastów, ale utrzymanych we wspólnej granicy tytułowej radości. No i ostatni utwór dziwnie uzależnia. Na poprawę humoru propozycja to jak znalazł – nawet jeśli nie zagrzeje na stałe miejsca w sercu.

Powrócił sezon drugi Jessiki Jones, powróciła też muzyka Seana Callery’ego do tego serialu. Stylistyka pozostała bez zmian, więc znów rządzą jazzowo-bluesowe improwizacje w duchu kina noir. To się podoba, takie granie odpręża i tego najzwyczajniej w świecie nieźle się słucha. Owszem, momentami wymaga to większej cierpliwości oraz nastroju i warunków, żeby odpowiednio wejść w muzykę. Mimo swej nieoczywistej urody jest to jednak miła alternatywa dla większości ścieżek głównego nurtu – zwłaszcza tych opatrzonych logo Marvela – zatem wszelkie mankamenty odpowiednio wynagradza. Koneserzy tego typu rytmów i fani serii powinni być zadowoleni. Reszta może spróbować lub zakończyć swoją przygodę na piosence promującej całe show.

Rosyjska Matylda to coś, co może zainteresować polską widownię z uwagi na fakt, że tytułową rolę zagrała znana z Córek dancingu Michalina Olszańska. I również towarzyszy jej tam ciekawa muzyka – tym razem w wykonaniu Marco Beltramiego. To kino kostiumowe, więc z automatu nie ma miejsca na takie dźwiękowe hipsterstwo jak w przypadku Córek…. Niemniej ta godzinna ilustracja też potrafi porwać. Tematy są w miarę żywe, wpadają w ucho i dla zwolenników konwencjonalnych brzmień o romantyczno-przygodowym zacięciu będą jak młyn na wodę. Nie znajdziemy tu co prawda nic przełomowego na miarę rewolucji październikowej, lecz to nad wyraz solidny i zarazem naprawdę dobrze zmontowany album, który można jedynie polecić.

Odrobina artystycznej zadumy, smutek czający się w pięknych melodiach oraz przejmujące solówki skrzypiec Joshui Bella – to tylko niektóre z atutów ścieżki dźwiękowej Max & Me autorstwa Marka McKenziego. To kolejny akcent polski, bo muzyka pochodzi z animacji opowiadającej o Maximilianie Kolbe, więc echa Listy Schindlera są tu jak najbardziej wyczuwalne. Pod względem emocjonalnym to zresztą podobny poziom ekspresji – z tą różnicą, iż tutaj znajdziemy jednak więcej optymistycznie nacechowanych melodii. Złośliwi stwierdzą pewnie, że to kolejne nudne smęty, ale nie ulega wątpliwości, że to jedna z najlepszych i najważniejszych pozycji sezonu.

Niespełna trzydzieści minut podzielonych na w większości dość krótkie utwory oferuje nam Aleksey Aygi na swoim soundtracku do Młodego Karola Marksa. Tytuł nie powinien zniechęcać, bo nie ma tu napuszonych chórów śpiewających po rosyjsku, ani w ogóle patosu jako takiego. Wręcz przeciwnie – ilustracja to chwilami zaskakująco intymna, spokojna. Co nie znaczy, że mdła i pozbawiona atrakcyjności. Kompozytor potrafi zaserwować parę żwawszych fragmentów i pobudzić odpowiednie struny u odbiorcy. W jednym z utworów słychać wyraźnie mocną inspirację Cienką czerwoną linią Hansa Zimmera, ale poza tym Aigui gra własną poetyką – słodko-gorzką z odrobiną nostalgicznego zabarwienia. Jeśli ktoś lubi odkrywać nowych, nieznanych szerzej twórców, to zachęcam. Czas nie będzie stracony.

Nie oglądam serialu Zawód: Amerykanin, który liczy sobie już sześć sezonów. Jednak wydana dopiero teraz muzyka Nathana Barra od razu zwróciła moją uwagę. Jak na tak długo obecny na antenie serial materiału jest tu stosunkowo niewiele, ale to dobrze, bo dzięki temu dostaliśmy wybór chyba najciekawszych fragmentów powstałych na potrzeby stacji FX. Są tu różnego rodzaju melodie – od całkiem niezłego tematu przewodniego, przez subtelne, liryczne tło oraz czysty suspens, a na dynamicznej muzyce akcji skończywszy. Całość jest generalnie w miarę wartka i nie pozwala się specjalnie nudzić. Czuć tu nieco świeżości oraz, przede wszystkim, twórczą pasję, co przekłada się na przyjemnie spędzone trzy kwadranse.

Tradycyjnie w tym miesiącu nie obyło się również bez wznowień starych tytułów. Tutaj wyróżnić należy przede wszystkim muzykę Brada Fiedela do dramatu z Jodie Foster, z 1988 roku – Oskarżeni. To pierwsze wydanie tej ilustracji w ogóle, a odpowiada za nie La-La Land Records. Nie jest to pod żadnym względem dzieło przełomowe, ale te nieco ponad czterdzieści minut grania, dostępnego w limitowanej edycji 1 500 egzemplarzy (część z autografami kompozytora), to solidna pozycja, z którą spokojnie można się zapoznać.

Ostatnio dodane