Muzyka filmowa

MUZYCZNA POMARAŃCZA. Luty 2018

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Kontynuujemy nasze comiesięczne (TU rozpoczęte) muzyczne zbliżenia. Niecałe trzydzieści dni jak z bicza strzeliło i oto, czym w muzyce filmowej obrodziło. A ciągnąc dalej te rymy: przed wami nuty, które przyniósł luty. Słuchawki włóż!

Na początek skaczemy od razu Na głęboką wodę. Ta ścieżka dźwiękowa zmarłego nagle na początku miesiąca Jóhanna Jóhannssona (pamiętne Sicario i Nowy początek) niesie ze sobą sporo odprężenia. Ale też i wiele melancholii, posępnej samotności ukrytej w nutach. Muzyka bywa więc w jednym momencie figlarna i przyjemna, by za moment pójść w bardziej kontemplacyjne klimaty. Co ciekawe, na soundtrack ten składają się także starsze prace kompozytora – fragmenty z dokumentów Copenhagen Dreams i Uwolnij umysł. Mimo to całość brzmi niezwykle spójnie. To zgrabne epitafium dla całej twórczości maestro – choć na premierę czeka jego ostatnia ukończona przed śmiercią praca – Maria Magdalena, po której spodziewać można się jeszcze głębszego grania na emocjach.

Muzyka jest jednym z nielicznych elementów całej produkcji, do którego nie można się przyczepić.

A skoro już o premierach i uczuciach mowa, to trudno przejść obojętnie także obok ilustracji Cartera Burwella do Trzech billboardów za Ebbing, Missouri. Ta skromna praca uciekła wcześniej mojej uwadze, gdyż jest to pozycja o wiele lepiej sprawdzająca się w samym filmie, a co za tym idzie, dopiero po jego obejrzeniu jest w stanie wywrzeć na odbiorcy odpowiednie wrażenie. Podobnie jak w przypadku poprzednich projektów duetu Burwell–McDonagh, również i tutaj mamy do czynienia z połączeniem piosenek i niewielkiej ilości score’u. Ten ostatni ma bardzo fajny, westernowy sznyt, choć na pierwszy plan wychodzi on jedynie w kilku fragmentach. Utwory śpiewane całkiem sprawnie spajają natomiast frapującą, na poły sensacyjną, słodko-gorzką atmosferę (do pełni szczęścia na albumie zabrakło jedynie Chiquitita ABBY). Zdecydowanie kciuk w górę.

Cichą gwiazdą miesiąca jest z kolei Bear McCreary. Wpierw dość nieoczekiwanie wypłynął w świat Paradoks Cloverfield, w którym artysta podtrzymuje zapoczątkowany w poprzednim filmie serii styl, jednocześnie dodając mu nowej jakości i sprawiając, że jego muzyka jest jednym z nielicznych elementów całej produkcji, do którego nie można się przyczepić. Następnie wydano jego kompozycję do trzeciego sezonu serialu Outlander. W tym ostatnim przypadku da się już odczuć pewną wtórność oraz zmęczenie materiału, ale ponieważ klimaty celtyckie są zawsze w cenie, toteż jest to kolejna pozycja, która wchodzi w uszy, jak w masło. A oba tytuły od „Pana Niedźwiedzia” mogę jedynie odpowiednio ciepło polecić.

Bardzo fajną niespodzianką okazał się też dla mnie soundtrack Marka Ishama do filmu Upadli. Ruchomego obrazu co prawda nie znam (i niespecjalnie mam ochotę to zmienić), lecz uwięziony w ostatnich paru latach na mocno wątpliwych jakościowo obrzeżach mainstreamu kompozytor doskonale wywiązał się ze swojego zadania, tworząc śliczną ścieżkę o romantycznym zabarwieniu i odrobinie mistycyzmu. Kobiece chórki, solowe partie fortepianowe, odrobina niepokojącej elektroniki – niby nic odkrywczego. Niemniej zapodane jest to w bardzo przystępnej, kojącej duszę formie.

Podobnie łagodzi obyczaje Siddhartha Khosla i jego płyta z muzyką do popularnej serii NBC Tacy jesteśmy. Tu też rewolucji nie ma, bo to proste tematy, rozpisane najczęściej na gitarę i elementy perkusyjne. Ale do potupania nóżką i polepszenia samopoczucia nadają się wręcz perfekcyjnie. Co prawda z czasem ten godzinny album robi się odrobinę monotonny, niemniej łatwo przy nim odpocząć. To pisząc, nieco lepiej bawiłem się jednak na Cudach życia Davida Schweitzera – bardzo czarownym podkładzie do miniserii przyrodniczej BBC. Dokument zawsze był wdzięcznym gatunkiem dla kompozytorów i ta pozycja to potwierdza, sprawiając żywsze od poprzednika wrażenie. Tu też da się znaleźć chwytliwe, podnoszące na duchu melodie. Jednocześnie maestro nie rezygnuje z nieoczywistych eksperymentów dźwiękowych – również tych mniej przyjemnych dla ucha, z pogranicza elektroniki i ambientu. Miszmasz stylistyczny jest tu zresztą duży, bo ogółem to ilustracja równie kolorowa co sama natura.

Pozostając przy ożywczych dziełach, to spokojnie mogę polecić również przygodowe Les aventures de Spirou et Fantasio (Przygody Spirou i Fantasio) Érica Neveux. Tu stylistyka czysto Bondowska miesza się z westernową otoczką i okazjonalnymi piosenkami rockowymi. To oczywiście jawna zabawa muzyczną estetyką kina szpiegowskiego, lecz nieporzucająca powagi brzmienia, niepopadająca w tanią zgrywę. I być może dlatego dobrze jej się słucha. To zaledwie czterdzieści minut lekkiego, skocznego i niezobowiązującego grania – jak znalazł do zapuszczenia sobie w wolnej chwili, choćby nawet tylko gdzieś w tle.

Gdyby jednak ktoś szukał czegoś poważniejszego i z większym nerwem, to warto wpisać w Google Operation Red Sea i Elliota Leunga. Rozbuchane kino wojenne z Chin oferuje podlaną niezbędnym patosem dynamikę, która mimo niemal zerowego braku oryginalności, jak najbardziej może się podobać. Gdy zarzucimy sobie ten album w drodze do/z roboty, nasze auto ani tym bardziej autobus miejski nie zmieni się magicznie w prujący przed siebie na potęgę czołg, ale na pewno sama podróż wyda się dalece bardziej ekscytująca i być może również nieco krótsza niż zazwyczaj. Szczególnie że jest tu kilka muskularnych, niepozwalających na złapanie oddechu tematów.

Ostatnio dodane