Muzyka filmowa

Magia do potęgi. Relacja z HARRY POTTER IN CONCERT

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Fenomen przygód Harry’ego Pottera trwa już kilkanaście lat i nic nie zapowiada, żeby zmierzał ku końcowi, szczególnie, że w zeszłym roku ruszyła nowa seria w uniwersum stworzonym przez J.K. Rowling – Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Tymczasem fani magicznego świata dopieszczani są na inne sposoby, a jeden z nich dotarł również do Polski – trwa właśnie seria koncertów Harry Potter in Concert, wydarzeń, podczas których orkiestra gra na żywo muzykę do filmu wyświetlanego za nimi na wielkim ekranie. Póki co polscy widzowie uraczeni zostali częścią pierwszą, do której wspaniałą muzykę stworzył niezastąpiony John Williams, autor motywu głównego serii, Hedwig’s Theme. Przyjemność uczestniczenia w tym wydarzeniu miało dwóch członków naszej redakcji. Wrażenia?

KAROL:

Przyznaję zupełnie szczerze – Harry Potter nigdy mnie nie fascynował, mimo że teoretycznie byłem idealnym targetem dla tych opowieści. Przeczytałem kilka pierwszych książek, obejrzałem wszystkie filmy, ale tylko część w kinie. Lubię je, jedne bardziej, inne mniej, doceniam za wiele aspektów. Jednak potteromaniakiem nie byłem i pewnie już nie będę. Na Harry Potter in Concert czekałem, acz bez wielkiej ekscytacji. Pierwszej części sagi daleko do poziomu choćby Więźnia Azkabanu, wydawało mi się, że Kamieniem filozoficznym trudno będzie zachwycić się dorosłemu facetowi, który nigdy nie należał do fanów sagi. Wyszło na to, że bardzo się myliłem.

To kompozycje Williamsa tworzą połowę klimatu filmów. Koncert podniósł tę magię do potęgi.

Ta cała „magia” związana z filmami o Potterze przejawia się nie tylko w fabule, ale i samym stylu opowiadania – i to akurat jest kwestią wspólną dla wszystkich części. Dzięki wykonywanej na żywo muzyce magia ta została podniesiona do potęgi. Nie ma się co oszukiwać, kompozycje Williamsa w dużej mierze odpowiadają za to, jak odbiera się pierwsze trzy filmy. To one tworzą połowę klimatu. Harry Potter i kamień filozoficzny oglądany z czynnym udziałem Sinfonietta Cracovia jest przeżyciem na zupełnie innym poziomie. Szczególnie końcówka, na czele ze słynną partią szachów, wzbudza niesamowite emocje.

Widowisko Harry Potter in Concert jest gratką przede wszystkim dla wielkich fanów czarodzieja z charakterystyczną blizną. Na widowni można było zobaczyć osoby z namalowaną na czole błyskawicą, z czerwono-żółtymi szalikami Gryffindoru albo różdżkami w dłoniach. Oni wszystkie filmy widzieli zapewne kilku(-nasto?, -dziesięcio?)krotnie. Choć dyrygent namawiał do tego, aby żywo reagować na to, co dzieje się na ekranie, duża część publiczności po prostu znała przebieg wydarzeń na pamięć i trudno było w ich przypadku o spontaniczne reakcje. Ciarki na plecach mieli jednak na pewno. W trakcie przerwy słychać było, jak wielu ludzi z wypiekami na twarzy opowiada o o swoich wrażeniach. A spektrum widzów było naprawdę bardzo, bardzo szerokie.

Na koncercie pojawiły się też oczywiście bardziej „przypadkowe” osoby i sporo z nich zachowywało się tak, jakby po prostu przyszły na seans do kina. Niestety, część widzów opuściła salę przed napisami końcowymi lub nawet jeszcze w trakcie ostatniej sceny (ach, te szybko blokujące się wyjazdy z parkingu) – a przecież film był jedynie dodatkiem do koncertu, nie na odwrót. Orkiestra w trakcie napisów dała zresztą prawdziwy popis. Na pewno był to mały zgrzyt, ale sytuację uratowały osoby, które w dużej liczbie podeszły wtedy pod scenę, słuchając muzyki do samego końca, a następnie długo oklaskując artystów. To były bardzo zasłużone brawa – Sinfonietta Cracovia zapewniła filmowo-muzyczne doznanie, o którym długo będę jeszcze pamiętać.

ŁUKASZ:

Mnie akurat Potteromania nie ominęła; na dziesiąte urodziny dostałem dwa pierwsze tomy powieści i świat ten pochłonął mnie wtedy całkowicie. Z czasem fascynacja zelżała, ale w kinie obejrzałem każdą część, natomiast sympatia do serii pozostała mi do dzisiaj. Wobec tego z niecierpliwością czekałem na możliwość obejrzenia pierwszej części z muzyką na żywo, zwłaszcza że nigdy wcześniej nie miałem okazji uczestniczyć w podobnym wydarzeniu.

Zgadzam się, że oglądanie w takiej formie wynosi doznania na nowy poziom. Kamień Filozoficzny nie jest wysoko w moim rankingu ulubionych filmowych części, ale wczorajszy pokaz sprawił, że spojrzałem na niego przychylniej. Magia momentu zadziałała, a parę scen zrobiło dużo większe wrażenie niż kiedykolwiek wcześniej (wspomniane przez Karola szachy, ale również mecz quidditcha dostarczył sporo emocji). Słuchając muzyki na żywo łatwiej zresztą wyłapać pewne niuanse i złożoność całej kompozycji Williamsa. Orkiestra grała pięknie, bez fałszywej nuty, choć wywołało to pewien paradoks.

Otóż ogrom hali, na której miało miejsce wydarzenie, i roznoszący się w efekcie dźwięk sprawił, że wyświetlany na ekranie film skupiał czasem uwagę większą niż sama orkiestra. Muzycy grali na tyle dobrze i tak bardzo jak w oryginale, że łapałem się nieraz na tym, że zapominam o fakcie, iż ścieżka dźwiękowa wybrzmiewa na żywo. Chociaż koncert mi się podobał, a film zyskał, to zastanawiam się, czy brak obrazu i sprowadzenie wydarzenia do poziomu koncertu symfonicznego per se nie uczyniłoby go jeszcze lepszym. Ewentualnie zachowanie obecnej formy, ale na mniejszej przestrzeni.

Wydarzenie wyjątkowe i warte uwagi. Zapowiadana magia rozniosła się po sali wraz z dźwiękami wydawanymi przez instrumenty.

Piękną kulminacją i momentem, w którym całkowitą uwagę można było skupić na muzykach, były napisy końcowe i finałowa suita. Niestety, jak zostało już wyżej wspomniane – o ile orkiestra dała prawdziwy popis, tak nie popisali się zupełnie ludzie, którzy tłumnie zaczęli wychodzić z hali w momencie rozpoczęcia napisów, a ci, którzy zostali, siedzieli i rozmawiali (zresztą podczas samego filmu też, a bywało, że mamy czytały swoim dzieciom dialogi…). Zdaje się, że niektórym faktycznie wydawało się, że są w kinie, a nie na koncercie. Szkoda, bo orkiestra zasłużyła na owacje od kompletu osób, a nie tej części, która jeszcze została na swoich miejscach.

Pomijając jednak nieadekwatne zachowanie publiki, to sam pokaz na pewno był wydarzeniem wyjątkowym i wartym uwagi, a zapowiadana magia rozniosła się po sali wraz z dźwiękami wydawanymi przez instrumenty. Raduje fakt, że coraz więcej w Polsce tego typu wydarzeń, wszak jeszcze w tym roku zobaczyć i usłyszeć będzie można koncerty Hansa Zimmera, James Newtona Howarda, jak i drugą część Harry’ego Pottera właśnie. Nic, tylko czekać.

 

Autorzy relacji:

Karol Barzowski

Łukasz Budnik

Ostatnio dodane