Muzyka filmowa

HANS ZIMMER LIVE, czyli całkowita satysfakcja. Relacja z koncertu

Autor: Łukasz Budnik
opublikowano

Nadszedł w końcu ten długo wyczekiwany moment. Hans Zimmer i jego zespół wrócili do Polski, by zagrać koncerty w trzech miastach. Dni odliczał każdy, bez względu na to, czy szedł na koncert po raz pierwszy (jak ja), czy któryś z kolei. Balon oczekiwań rósł z każdym dniem, by wreszcie w dniu koncertu przybrać rozmiar wręcz niebotyczny. Świadomość, że usłyszę na żywo ścieżki dźwiękowe słuchane od wielu lat w domowym zaciszu i że zobaczę ich autora, nie pozwalała mi usiedzieć w miejscu. Gdzieś podskórnie bałem się rozczarowania, tego, że coś pójdzie nie tak i balon pęknie brutalnie i z hukiem. Nic takiego nie nastąpiło. Ani grama zawodu.

Od razu udzieliła mi się pasja i radość, którą kompozytor miał potem promieniować przez cały koncert.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem na twarzy tak szeroki uśmiech jak w momencie, gdy Hans Zimmer wyszedł na scenę, ukłonił się i wśród aplauzu widzów zaczął grać na pianinie. Chyba od razu udzieliła mi się pasja i radość, którą kompozytor miał potem promieniować przez cały koncert. Po oklaskach Zimmer zagrał pierwsze dźwięki, fragment z Wożąc panią Daisy, a chwilę później zaczęli do niego dołączać kolejni członkowie zespołu. Niedługo potem, gdy kończyło się Zoosters Breakout z Madagaskaru, scena była już pełna muzyków, nad którymi górował chór.

Na pytanie, czy ten skład spełnił ogromne oczekiwania i zapewnił absolutnie niezapomniane przeżycie, odpowiadam od razu i bardzo wyraźnie: TAK, Hans Zimmer Live to pełna emocji, zostawiająca w poczuciu zachwytu, niesamowita podróż przez muzyczne dokonania kompozytora, który kontaktem z publicznością udowadnia, jak sympatycznym, wygadanym i całkowicie oddanym swojej życiowej ścieżce jest człowiekiem.

Starałem się zdecydować, który fragment koncertu podobał mi się najbardziej, ale jest to wybór bardzo trudny, bo każda z sekcji wywoływała nieco inne emocje, a jednocześnie doskonale uzupełniała się z pozostałymi. Miałem duże szczęście siedzieć blisko sceny, więc oprócz słuchania była okazja przyjrzeć się samym muzykom podczas gry. To niesamowite, jak ci utalentowani ludzie zatracają się w swoim świecie podczas występu. Widać, że muzyka to ich życie i że zwyczajnie i szczerze kochają to, co robią. Skrzypaczki jednocześnie wzruszają i elektryzują, wirtuozka wiolonczeli Tina Guo z gry na tym instrumencie robi wspaniałe show (segment z Piratami z Karaibów to mistrzostwo świata), perkusista rozsadza głośniki swoimi uderzeniami, wreszcie flecista dzielnie dmie w instrument i wydaje się, jakby miał nieskończone pokłady powietrza w płucach. Gdzie nie skierować wzroku, sami perfekcjoniści.

Przesympatyczny, skromny facet, który chce się dzielić muzyką ze światem. To ona jest w centrum wszystkiego.

Pośród nich Hans Zimmer we własnej osobie, przeżywający muzykę tak, jakby sam słyszał ją po raz pierwszy, zachwycający się występami swoich przyjaciół, opowiadający o nich historie i akcentujący, jak wiele dla niego znaczą. Nie można go nie polubić. Nie dość, że można się jedynie skłonić przed jego talentem i wyobraźnią, to, jak wspomniałem, jest to zwyczajnie przesympatyczny, skromny facet, który chce się dzielić muzyką ze światem. To ona jest w centrum wszystkiego. Pierwsza część koncertu prowadzi słuchaczy i widzów przez w większości starsze dokonania kompozytora, w drugiej znajdziemy więcej nowości, a jednocześnie utworów, które na koncercie mają właściwie rockową aranżację. O ile pierwsza godzina porusza klasycznym pięknem muzyki, o tyle druga to już jazda bez trzymanki, feeria dźwięków, świateł i obrazów na telebimach. Nie sposób oderwać wzroku. Każdy aspekt przyciąga, elektryzuje i wciąga całkowicie. Oprawa jest bezbłędna.

Pomiędzy utworami Zimmer opowiada anegdoty z produkcji filmów, komplementuje reżyserów filmowych i kolegów z zespołu oraz przytacza historię ich znajomości. Nie przepuścił też okazji i podczas grania Aurory (utworu powstałego na cześć pamięci ofiar strzelaniny w kinie podczas seansu Mroczny rycerz powstaje) oddał hołd ofiarom niedawnego zamachu w Manchesterze, a także ciepło wspomniał Heatha Ledgera podczas opowieści o bat-trylogii Christophera Nolana. Zero w tym fałszu, jedynie dowód na to, jak wrażliwy to człowiek. Kompozytor odniósł się też do polskich słuchaczy, komplementując ich serdeczny stosunek do twórców muzyki filmowej (z innych rodzimych akcentów: na początku padło oczywiście „dobry wieczór” i „dziękuję”, a jednym z członków zespołu był znany z zespołu Afromental Aleksander Milwiw-Baron). 

Czy poszedłbym jeszcze raz na to wydarzenie? Bez chwili zastanowienia. Cudowne, niesamowite, niezapomniane – to tylko niektóre z przymiotników, którymi mógłbym określić to, co myślałem i czułem po zakończeniu koncertu utworem Time. Jako osoba, która zawsze uważała Zimmera za swojego ulubionego kompozytora, wyszedłem z sali całkowicie usatysfakcjonowany (a usłyszenie na żywo wokalu z pierwszej sceny Króla lwa sprawiło, że mimowolnie uniosłem ręce w górę; tak to właśnie działa). Piękne, bezbłędnie zagrane i zaaranżowane show. Brawa biję w myślach do teraz.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane