Eraser – Expanded Score | FILM.ORG.PL

Eraser – Expanded Score

Silvestri stworzył ciekawą, niebanalną muzykę z klimatem




Silvestri stworzył ciekawą, niebanalną muzykę z klimatem




Jacek Lubiński
30.10.2012


ERASER – EXPANDED SCORE 

MUZYKA: Alan Silvestri
ROK PRODUKCJI: 1996 / 2010
WYTWÓRNIA: La-La Land Records
CZAS TRWANIA: 77:10 min. 

 


01. MAIN TITLE (UNUSED)
02. NEED A LIFT
03. YOU'VE BEEN ERASED
04. SHE'S IN
05. CANDID CAMERA
06. YOUR MUSIC / COMPACT / BALLOON ATTACK
07. KRUGER'S STORY (EXPANDED)
08. CABIN RAID
09. KRUGER GET'S DRUGGED
10. KRUGER ESCAPES
11. IT'S A JUNGLE
12. "YOU'RE LUGGAGE" (A.K.A. HOLD YOUR FIRE)
13. "WHEN I HAVE PROOF"
14. CYREZ BREAK IN (EXPANDED)
15. UNION TROUBLE
16. THE WAREHOUSE
17. THE DOCK FIGHT (EXPANDED)
18. FINAL SHOWDOWN
19. REUNION
20. VAN EXPLOSION
21. THE ERASER (A.K.A. BRILLIANT PIECE OF WORK / FINALE)
      (EXPANDED)

 

Tytułowy "Egzekutor" to pseudonim głównego bohatera filmu w reż. Chucka Russella (ten pan od "Maski" z Carreyem). Ale to także i punkt zwrotny w karierze wcielającego się weń Austriackiego Dębu, tudzież góry mięśni Hollywood, czyli Arnolda o bardzo długim i potencjalnie skomplikowanym nazwisku, które nie sprawia jednakże nikomu problemów. To właśnie od tego filmu Schwarzenegger zaczął się w kinie akcji gubić, eksperymentować i nawet błaznować, a w rezultacie staczać i przygasać na filmowej mapie twardzieli X muzy.

Jak na ironię, jego 'przyjaciel' z czasów "Predatora", Alan Silvestri był wtedy niemal u szczytu formy, z głową pełną pomysłów i wciąż jeszcze na fali po "Forrest Gump" i "Judge Dredd" (na którego pełne wydanie fani nadal czekają z niecierpliwością) – daleko od kryzysu, jaki dopadł go dekadę później. Czym więc zaowocowało ponowne spotkanie dwóch ikon kina? 

Abstrahując od jakości samego filmu, który jednym się podoba, a innym nie (acz wszyscy na pewno się zgodzą, iż został on technicznie przekombinowany w złą stronę), to ilustrację należy uznać za jak najbardziej udaną. Silvestri stworzył ciekawą, niebanalną muzykę z klimatem. Co prawda wyraźnie da się tu odczuć echa wspomnianego Dredda, a całość jest w końcu swoistą pozostałością po odrzuconej partyturze do "Mission: Impossible", lecz nie wpływa to ani na jakość muzyki, ani też na jej odbiór. Jest tu zresztą wystarczająco dużo 'powera' i zwyczajnie fajnego grania, by na dłużej przykuć do słuchawek. Pytanie tylko na jak długo? 

 

 

Opisywane tu bowiem wydanie jest rozszerzoną (i limitowaną do 3.000 kopii – na chwilę obecną wciąż do kupienia) edycją tejże muzyki, która oryginalnie została wydana już przy okazji premiery filmu nakładem wytwórni Atlantic. Ichniejszy album liczy sobie 12 utworów i zamyka się w niespełna 45-ciu minutach. Tymczasem Expanded Archival Collection od La-La Land to prawdziwy, ponad 70-cio minutowy kolos z 21 trackami, z których większość reprezentuje materiał wcześniej nie publikowany, jak i wydłużone wersje znanych z wcześniejszej płyty utworów. I tu właśnie tkwi problem. O ile bowiem oryginalny krążek był zgrabny i stanowił solidną porcję dramatycznego action score'u by Silvestri jakiego lubimy, o tyle wznowienie, mimo kilku ciekawszych, nowych fragmentów stanowi przesyt i zwykłe zmęczenie materiałem – zwłaszcza, że partytura Alana jest dość jednostajna, zawiera dużo pustego underscore'u i niezbyt słuchalnych momentów. 

Już sam motyw główny, otwierający płytkę (tu w wersji ostatecznie nieużytej, która jednakoż nie różni się mocno od finałowej), brzmi tajemniczo i jednocześnie ciężko. A całość, acz posiada kilka luźniejszych fragmentów, charakteryzuje się przesadną powagą (co jednak nie przeszkodziło kompozytorowi na swoiste mrugnięcia okiem – patrz choćby świetne "It's A Jungle", które jest oczywistym przytykiem do przywołanego wyżej "Predatora"). I choć muzyka nabiera tempa i dynamiki wraz z rozwojem akcji na ekranie/upływającym czasem płyty, to już do samego końca zostajemy lekko przytłoczeni jej osobliwą atmosferą i eksperymentami brzmieniowymi. Przypuszczam więc, że nawet największym fanom kompozytora może być ciężko przebrnąć przez album Lali bez przerw i bez przewijania. Ale przyjmijmy, iż jest to drugorzędny problem. 

Znacznie większym, przynajmniej dla niektórych, może okazać się monotematyczność ścieżki. Mimo potężnej orkiestry zmieszanej m.in. z riffami gitary elektrycznej i elektroniką per se, a także ogólnego wrażenia wielkości przedsięwzięcia, całość składa się w zasadzie na dwa tematy, które wzajemnie i nieustannie się przeplatają, prowadząc w końcu do pytania: ileż można?! Przy czym gros muzyki nastawione jest w zasadzie na samą akcję, co także może męczyć już po pół godzinie – szczególnie, że Silvestri się na tym polu nie oszczędza i jego akcja to zawsze pewnego rodzaju nadmiar muzycznych wybuchów, od których nie ma specjalnie kiedy odpocząć (do tych najlepszych należy zaliczyć "She's In", "Kruger Escapes", "Cyrez Break In" oraz "The Dock Fight" – z czego dwa ostatnie sporo tu zyskują względem wcześniejszego wydawnictwa). Dość zresztą powiedzieć, że "Eraser" stanowi na tym polu swoiste podwaliny dla "Van Helsinga" – było nie było jednej z najbardziej monstrualnych ścieżek akcji w karierze artysty.

Generalnie ocenić "Egzekutora", zwłaszcza w jego rozszerzonej wersji, nie jest tak łatwo, jakby się mogło wydawać. Nie ulega wprawdzie wątpliwości, iż Silvestri wysmażył tu kompozycję powyżej przeciętnej, o pół nieba lepszą od wielu innych na rynku (tak ońgiś, jak dziś). Lecz z drugiej strony panuje tu spory dysonans pomiędzy kapitalną akcją, a nijaką, toporną i często asłuchalną resztą materiału (z bardzo średnim "Main Title" na czele), co z kolei nie pozwala ulokować tego tytułu wśród lepszych prac Alana. Co prawda fani kompozytora mają gwarantowane 90% zadowolenia, a i trudno się tą płytą zrazić do jego twórczości, lecz osobom postronnym polecam odrobinę wstrzemięźliwości przed odsłuchem. Sądzę, iż w tym konkretnym przypadku lepszym początkiem znajomości będzie jednak wydanie podstawowe i/lub sam film. Przy czym moja ocena wydania rozszerzonego nie odbiega specjalnie od tej dla pierwszego albumu, sięgając ostatecznie 7. 

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Skyfall

Następny tekst

Gwiezdne wojny na nowo, czyli życzenia, które się nie spełnią



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE