Jest Wigilia roku 2002. Jestem z wizytą u rodziny gdzie mój kuzyn chwali mi się swoim prezentem otrzymanym pod choinkę, a jest nim kaseta video o tytule „Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia”. Wówczas ja, wówczas jeszcze gówniarz i kompletny filmowy ignorant dla którego szczytem filmowych arcydzieł są jeszcze „Mroczne Widmo” (bo stare „Gwiezdne wojny” są GÓPIE) i „Kosmiczny mecz” (bo Kaczor Duffy jest fajny), zadaje iście zatrważająco brzmiące pytanie „A co to?”. Chwilę później zasiadamy przed ekranem. Pamiętam że zdążyliśmy obejrzeć tylko około 10 minut i musiałem wracać do domu, ale przed oczami pozostało mi kilka imponujących obrazów. Najpierw było coś o wykuwaniu jakiś obrączek, potem pojawił się jakiś podrasowany Lord Vader, a potem na ekranie był generalny rozpierdziel, gdzie ludzie naparzali się z jakimiś potworami. Vader też walczył, ale ktoś mu uciął łapę i wyleciał w powietrze…

Jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że widziałem właśnie film, który wpłynie niezwykle na moje życie.
Jakiś czas później w moje ręce trafiły trzy tomy „Władcy Pierścieni” J.R.R. Tolkiena. Trochę przerażony ich gigantyczną objętością, ale zachęcany ogólnym szałem na punkcie tych książek zacząłem czytać…i czytałem, czytałem i przestać nie mogłem. Całą trylogię pochłonąłem w około 2 tygodnie, a potem szybko pożyczyłem od kuzyna video z „Drużyną Pierścienia”, błyskawicznie przegrałem i zacząłem łapczywie chłonąc ten film, oglądając go aż do momentu nieodwracalnego uszkodzenia taśmy. Czułem przy każdym seansie niesamowite emocje, które jeszcze podsycało oczekiwanie na kolejne premiery kolejnych części na video (do kina nie chciałem iść bo orki były zbyt straszne). Potem były kolejne seanse, w końcu przerzucenie się na dvd, potem „downloading” wersji reżyserskich, w międzyczasie lektura „Hobbita”, „Silmarilionu”, „Dzieci Hurina”…
Dzisiaj całą dekadę później, będąc już studentem, patrzę na to wszystko z uśmiechem. Zmieniło się u mnie sporo. „Mroczne widmo” zanotowało gigantyczny spadek w moich rankingach, dając się wyprzedzić przez znakomitą Starą Trylogię, zamiast „Kosmicznego meczu” decyduje się na spotkania z klasyką, takie jak ubiegłotygodniowy seans „Osiem i pół” Felliniego (znakomity swoją drogą), a „Władca Pierścieni”…
A „Władca…” wciąż zajmuje ważnie miejsce w moim życiu. Co prawda już wystarcza mi jak obejrzę go raz na rok, efekty choć wciąż imponujące niekiedy nieco się zestarzały, zdarzają się dłużyzny, a niektóre akcje Legolasa nie są już przeze mnie przyjmowane z taką rezerwą jak kiedyś, ale…to wciąż wielkie kino. Wielkie w najlepszym tego słowa znaczeniu, emocjonujące, epickie, wzruszające. I mimo, że później widzieliśmy już niejedną superprodukcję to tak powalającego rozmachem kina nie zobaczymy jeszcze długo…
No może jednak nie tak długo…
Ten filmik to najlepsze potwierdzenie tego, że jednak po wielu miesiącach niepewności, wielu problemach, w końcu jest to pewne. Peter Jackson znów zabierze nas do Śródziemia, tym razem jednak adaptując swoisty prequel „Władcy…” czyli „Hobbita”. Co prawda tą książkę można uznać za zdecydowanie mniej poważną, ale nie wątpię, że znów Peter Jackson stworzy film wielki. A ja sam znów poczułem ten dawno nie odczuwalny dreszczyk emocji związany z oczekiwaniem na film i łapałem się na tym, że kiedy w filmiku pojawiały się znajome motywy muzyczne z „Władcy…”, kiedy Andy Serkis był przygotowywany do roli Golluma, kiedy pojawiła się znajoma twarz Iana Mckellena, kiedy Peter Jackson spacerował po makiecie Rivendell, kiedy pojawił się Martin Freeman, czyli przyszła gwiazda tego filmu, czy w końcu kiedy Peter Jackson obserwował na ekranie kręcenie sceny znalezienia pierścienia przez Bilbo na mojej twarzy mimowolnie pojawiał się uśmiech. Czekam na kolejne przecieki z planu, a siebie i czytelników pozostawiam z nadzieją, że ten krótki filmik jest początkiem pięknej filmowej historii, która stworzy się na naszych oczach i jej efektem będzie znakomite widowisko:)