publicystyka filmowa

METROPOLIS (1927)

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Gdy pierwsza wojna światowa wydawała z siebie ostatnie tchnienia, gdy pierwsze hausty powietrza łapała paryska konferencja pokojowa, mająca wkrótce wydać na świat dokument stabilizujący sytuację powojennej Europy, w Niemczech na ulicach panoszyły się strach i niepokój. Niepewne jutra społeczeństwo dalekie było od optymistycznego spoglądania w przyszłość, o której mieli decydować wojenni przeciwnicy. Sztuka, niczym zwierciadło duszy, odbijała niemiecki stan umysłu i powróciła do nurtu, który już przed wojenną zawieruchą nazwany został ekspresjonizmem.

Kontrkierunek dla naturalizmu i realizmu, był serum idealnym na szarą niemiecką rzeczywistość doby pertraktacji paryskich i ładu powersalskiego. Ekspresjonizm, obok miejsca w plastyce, muzyce czy literaturze, zajął zaszczytną pozycję w annałach będącej wówczas w powijakach niemieckiej kinematografii, którą na ten czas władała powołana na wniosek niemieckiego Sztabu Generalnego potężna wytwórnia filmowa, UFA.

metropolis-1

Niemiecki ekspresjonizm filmowy przenosił widza w świat – jak głosił podtytuł jednego ze sztandarowych dzieł nurtu – „widziany oczyma wariata”. Twórcy rezygnowali z naturalistycznego spojrzenia na otoczenie. Gardzili nim do tego stopnia, iż zaniechano zdjęć w plenerze – zdecydowano się ograniczyć filmową rzeczywistość do płóciennych dekoracji rozwleczonych na drewnianych stelażach, rozłożonych w odciętym od świata atelier.

W wyniku tego powstało coś, co śmiało nazwać można antyrzeczywistością. Miejscem, w którym fundamentalne prawidła, obowiązujące nas od dziecka, ulegają skrajnej dewaluacji. Oglądając tę brutalnie zniekształconą rzeczywistość, faktycznie czujemy się uczestnikami fantazji chorego na umyśle człowieka. Niemniej pomiędzy fantazyjnymi kształtami surrealistycznych dekoracji odnaleźć możemy elementy przypominające nam, że film stworzony został przez człowieka zdrowego, że świat wykreowany w atelier ma swoje niewyraźne odbicie w codziennym życiu, pulsującym za jego drzwiami.

metropolis-2

„Metropolis” Fritza Langa jest dziełem schyłku nurtu ekspresjonistycznego, miało swoją oficjalną premierę w roku 1927. I mimo tego, iż w latach jego produkcji popularność zaczęły zyskiwać filmy utrzymane w konwencji realistycznej, chociażby kino według Georga W. Pabsta, należy uznać go za jeden z monumentów niemieckiej stylistyki powojennej. Przenosi nas do XXI wieku, który na kolejnych klatkach filmowej taśmy jest nakreślony w sposób iście apokaliptyczny. Społeczeństwo dzieli na dwie kasty – robotników, którzy niczym horda bezpłciowych kreatur obsługują maszynerię, znajdującą się w podziemiach tytułowego megalopolis, i posiadaczy, zamieszkujących nadziemne partie miasta.

Świat znajdujący się powyżej poziomu morza to ziemski Eden, uderzający nas swą bielą, nowoczesnością i monumentalnością. Podziemia przypominają ciemne, ciasne korytarze drążone przez mrówki pomiędzy grudkami ziemi, i porównanie to nie jest przypadkowe, ponieważ robotnicy, niczym wspomniane insekty, wyglądają niemalże identycznie, a jedyną wyróżniającą się jednostką jest Maria, odpowiednik królowej mrowiska. Maria w oczach robotników, traktowanych przez posiadaczy niczym kolejne trybiki martwej maszynerii, jest kimś, kto w dzisiejszych czasach zyskałby miano proroka. Głosi tezę, wedle której nadejdzie człowiek, który za pomocą serca połączy ręce (metafora robotników) i rozum (metafora posiadaczy), tworząc działający w symbiozie organizm ludzki (metafora szczęśliwego społeczeństwa). Obok proroka pojawiają się zazwyczaj mistyfikatorzy, próbujący wykorzystać jego pozycję społeczną. W „Metropolis” mistyfikatorem stanie się maszyna, wykonana z taką dokładnością, że nie można odróżnić jej od istoty żywej.

metropolis-3

Historia napisana przez T. von Harbou, długoletnią małżonkę Fritza Langa, uderza widza swoją aktualnością. To, co kilkadziesiąt lat temu wydawało się być fantastyką naukową, w otaczającej rzeczywistości zaczyna powoli ewoluować w codzienność. Czy nasze życie nie jest czasem zależne od ton metalowej maszynerii? Jest, a zatem rodzi się pytanie, jak długo będziemy w stanie ową maszynerię okiełznać? Kiedy nadejdzie dzień, w którym ktoś gdzieś skonstruuje swoją „fałszywą Marię”, która, niezauważona, zacznie funkcjonować na równych prawach z przedstawicielami gatunku ludzkiego?

Przerażające jest to, że autorka scenariusza na kilka lat po powstaniu filmu dała porwać się ideom narodowego socjalizmu. Czy wizja świata przedstawiona w „Metropolis” nie krytykuje czasem systemów totalitarnych, czy ludzie odziani w jednolite fartuchy pielgrzymujący codziennie do morderczej pracy nie przypominają więźniów obozów koncentracyjnych? Czy przesłanie „Metropolis” nie jest czymś zgoła antyhitlerowskim?

Jak w większości filmów sygnowanych znakiem „niemiecki ekspresjonizm filmowy”, oszałamia głównie scenografia. Film Langa nie jest wyjątkiem, apokaliptyczne miasto wybudowane w zaciszu niemieckiego atelier wprost zapiera dech w piersiach. Porażające nowoczesnością okolice „nowej Wieży Babel” czy wszechpotężna podziemna maszyna, żywiąca się trudem i znojem rzeszy robotników, mogą znaleźć swój dekoracyjny odpowiednik jedynie w dziełach monumentalizmu włoskiego, i to tych pokroju „Cabirii” Pastrone.

metropolis-4

Niemniej, „Metropolis” wyraźnie zaczyna tracić ducha swych znakomitych poprzedników („Gabinet doktora Caligari”, „Nosferatu”). Porzucając fascynację bohaterami niemalże szalonymi, rezygnując z onirycznych dekoracji tworzonych przez twórców surrealizmu, staje się filmem monumentalnym, ale zarazem i nieco naiwnym. Naiwnym w swej wizji społeczeństwa, w swej wizji pojednania, wreszcie naiwnym ze względu na porzucenie „bohatera ekspresjonistycznego”. Takim mianem można określić jedynie twórcę „fałszywej Marii”, demonicznego doktora Rotwanga.

Mimo iż „Metropolis” Fritza Langa nie jest najwybitniejszym osiągnięciem ekspresjonistów niemieckich, jest filmem, który na stałe wpisał się w historię X muzy. Jest filmem, którego echo cały czas rozbrzmiewa w szeroko pojętej sferze popkultury. Zobaczymy go wśród azjatyckich produkcji anime, wśród teledysków legendarnego zespołu Queen, a ostatnimi czasy na ekranach kin studyjnych w swej najbardziej kompletnej wersji (oryginał uległ zniszczeniu). O ile teledyski brytyjskiej legendy czy DVD animowanego „Metropolis” pozostaną w obiegu, o tyle możliwość podziwiania giganta na srebrnym ekranie może powtórzyć się dopiero po 81 latach, bo właśnie tyle musieliśmy czekać na jego polską premierę. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak udać się do kin i dać porwać się XX-wiecznej wizji czasów współczesnych.

Tekst z archiwum film.org.pl (2008).

Ostatnio dodane