Za sprawą wielkiego sukcesu Batmana Tima Burtona (1989), w Hollywood nastała moda na filmowe adaptacje znanych i mniej znanych komiksów. Poza sequelem filmu Burtona ciężko uznać większość tego typu produkcji z lat 90. za udane. Marvel wszedł na nieznany sobie rejon z przytupem za sprawą X-Men w reżyserii Bryana Singera (2000). Od tej pory przez kina przetoczyły się dokładnie dwadzieścia trzy filmy na licencji komiksów Stana Lee i innych rysowników/scenarzystów Marvela. Poziom tych produkcji to prawdziwa sinusoida – obok świetnej trylogii o mutantach, najlepszego Punishera (2004) czy Hulka Anga Lee, stoją: infantylna trylogia Spider-Man, głupkowate do potęgi n-tej Fantastic Four czy fatalna dokrętka do tematu X-Menów, czyli Wolverine. Od 2008 roku ruszyła seria filmów „superbohaterskich”, które dzieją się w jednym uniwersum, a za zadanie mają wprowadzić wszystkich bohaterów do planowanych na 2012 rok The Avengers. I mimo świetnych wyników w box office oraz planowanych sequeli, moim zdaniem wyszło to średnio…

Pierwszy zaatakował Iron Man spod ręki Jona Favreau. Film zebrał bardzo pozytywne noty, zgarnął także pokaźną ilość mniej istotnych nagród. Bardzo chwalono wyluzowanego Downeya Jr. w roli Tony’ego Starka oraz Jeffa Bridgesa jako bad guya. Na pewno jest to najbardziej udany z ostatnich filmów na licencji Marvela, choć mnie akurat do zachwytów daleko. Jako adaptacja komiksu, która ma pełnić tylko i wyłącznie funkcję rozrywki, Iron Manowi brakuje – za przeproszeniem – pierdolnięcia. Scen akcji jest mało, są one krótkie i zainscenizowane bardzo oszczędnie jak na film z takim budżetem. Szansa na podreperowanie tego elementu przyszła wraz z sequelem, niestety w „dwójce” poszło w ten element aż za dużo pary, gdyż twórcy zapomnieli o czymś takim jak angażująca historia, dobry antagonista (Rourke był ok, ale nie jego postać), a humor z pierwszej części gdzieś się ulotnił. Jeszcze w tym samym roku co pierwszy Iron Man, swoją premierę miał The Incredible Hulk, będący jednocześnie rebootem po zaledwie pięciu latach od premiery Hulka Lee. Louis Leterrier nakręcił solidną naparzankę, w której świst pocisków i dźwięk gniecionej stali zakłóca każdy dylemat Bruce’a (solidny Norton), a finałowy pojedynek jest owszem, efektowny, jednak pasowałby bardziej do następnej części Fantastic Four. Obraz Francuza nie okazał się lepszy od „starego” Hulka praktycznie w żadnym elemencie, w dodatku Edward Norton w The Avengers nie wystąpi… Po co więc w ogóle nakręcono ten film? Odpowiedź jest oczywista.
W tym roku poznaliśmy kolejnych dwóch herosów: najpierw Thora z Asgardu, a następnie chyba najbardziej amerykańskiego z amerykańskich hirołów, czyli Kapitana Amerykę. Za przeniesienie Thora na srebrny ekran wziął się nie byle kto, bo Kenneth Branagh. Brytyjczykowi całkowicie nie poszło – dostaliśmy banalne filmidło, przy którym aż mdliło mnie od oklepanej historyjki, prostackich zabiegów dramaturgicznych, powtórki beznadziejnego wątku miłosnego z Ataku Klonów z udziałem Natalie Portman, w końcu sekwencje akcji były zwyczajne i pozbawione napięcia. Thor to bezwzględnie najsłabszy film z tutaj opisywanych, ale prace nad kontynuacją już trwają… Na wakacjach można było wybrać się na Kapitana Amerykę: Pierwsze starcie („brawo” dla dystrybutora za polski tytuł), za którego odpowiada hollywoodzki wyrobnik średniej klasy, Joe Johnston. Tym razem nie było tak źle jak w przypadku obrazu Branagha, jednakże Kapitan sprawia wrażenie filmu po prostu odbębnionego. Poza dobrą obsadą i ciekawą stylizacją na steampunk, mamy do czynienia z bardzo przeciętnym blockbusterem. Młody, nieskazitelny protagonista, jego luba, śmierć bliskich mu osób jako motywacja do działania, przerysowany Red „Hail Hydra!” Skull i ponownie średnio efektowne akcje – tylko tyle w zestawieniu z solidnymi X-Men: First Class z tego okresu, i aż tyle, jeśli weźmiemy pod uwagę poziom Thora. Pierwsze starcie zarobiło swoje, więc chyba nie muszę dodawać, że sequel już „się robi”…
„Ilość” nie znaczy „jakość”, dlatego radziłbym szefom Marvela rozważyć opcję, która zakłada wypuszczanie mniejszej liczby filmów, za to z ciekawszą, odważniejszą koncepcją, zamiast seryjnie produkować średniaki, które wraz ze spadkiem popularności doczekają się restartu. Batman oraz prawdopodobnie nowy Superman w osobie Christophera Nolana wiele zyskali – co by o tych obrazach nie pisać, to są/będą  jakieś. Z drugiej strony marki Marvela zarabiają krocie, więc swoje rady mogę sobie wsadzić, ale jeśli zależy nam na dojrzalszych artystycznie, przeto i ciekawszych filmach o superbohaterach, musimy wymagać więcej.
P.S. Śledząc forum KMF oraz strony o tematyce filmowej, zauważyłem, że opisane tutaj filmy odbierane są przez widzów skrajnie różnie. Jeśli zatem macie zgoła odmienne zdanie na ich temat, wyciągajcie sierpy, kosy  i piszcie o tym w komentarzach.