Maczeta zabija. Tylko po co? | FILM.ORG.PL

Maczeta zabija. Tylko po co?








Grzegorz Fortuna
24.03.2013


Kiedy Robert Rodriguez przychodził na ten świat, trzymał w rękach kamerę; kiedy stawiał pierwsze kroki, poszedł do kina; kiedy wypowiedział pierwsze słowo, brzmiało ono „cięcie!” – można by tak bez końca, twórca „Desperado” jest bowiem żywą definicją urodzonego filmowca. Wystarczy obejrzeć jego debiutanckie, kompletnie amatorskie filmy, takie jak krótkometrażowy „Bedhead” czy późniejszy „El Mariachi”, żeby zrozumieć, że talent do kręcenia, komponowania kadrów, montowania i utrzymywania odpowiedniego tempa fabuły reżyser wyssał z mlekiem matki. Wspomniane „El Mariachi” z 1992 roku to do dzisiaj jeden z najlepszych zerobudżetowych filmów gatunkowych w historii kina, a karkołomne pomysły, jakie reżyser wprowadzał w życie, żeby jego produkcja wyglądała możliwie najbardziej profesjonalnie, godne są niejednej nagrody.

Później było jeszcze lepiej: zrealizowane według scenariusza Quentina Tarantino „Od zmierzchu do świtu” to jeden z najbardziej szalonych filmów lat dziewięćdziesiątych, „Desperado” bawi tak samo nawet po pięciu seansach, a „Sin City” jest jedną z najlepszych ekranizacji komiksów, jakie powstały, w dodatku znakomicie oddającą klimat papierowego oryginału.

W pewnym momencie coś jednak poszło nie tak.

I nie chodzi nawet o to, że Rodriguez rozmieniał swój talent na drobne w czterech częściach „Małych agentów” i „Rekinie i Lavie”, bo fakt, że niejako „na boku” kręcił dość tandetne produkcje dla dzieci specjalnie mi nie przeszkadza. Gorzej, że każdy kolejny film z głównego nurtu jego twórczości jest gorszy od poprzedniego. „Pewnego razu w Meksyku” można było jeszcze uznać za wypadek przy pracy, ale już ten obraz uwydatniał problem, na który cierpią także późniejsze filmy Rodrigueza: przeładowanie szalonymi pomysłami, które być może wyglądają dobrze na papierze, ale po przeniesieniu na taśmę wypadają po prostu idiotycznie.

Największą (jak do tej pory) wpadką Rodrigueza była jednak żenująco słaba „Maczeta”, czyli pseudo-grindhouse’owa produkcja, która zaczęła swój żywot jako fałszywy zwiastun, oddzielający „Death Proofa” od „Planet Terror”. Choć dyptyk Tarantino i Rodrigueza sprzedał się w amerykańskich kinach słabo, idea przywracania do życia zapomnianego kina klasy B okazała się modna i elektryzująca. Na fali tej popularności Rodriguez zatrudnił około tuzina znanych gwiazd (na ekranie mogliśmy oglądać m.in. Roberta De Niro, Dona Johnsona, Stevena Seagala, Jessikę Albę, Toma Saviniego i Lindsay Lohan) i napisał scenariusz, który nie miał nic wspólnego z dobrą zabawą – zbyt dużo było w nim niepotrzebnych nudnych wątków, zbyt wielu kosmicznie przerysowanych bohaterów, a sceny akcji zostały przedstawione w sposób tak wydumany, że aż denerwujący.

Nie zrozumcie mnie źle: lubię złe filmy. Seans „Trolla 2” wspominam jako jeden z najmilszych w życiu, a do „Ghost Ridera 2” mógłbym napisać odę. Ale w przypadku „Maczety” czy „Pewnego razu w Meksyku” (w o wiele mniejszym stopniu – ale jednak – dotyczy to także „Planet Terror”) sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Te filmy tak usilnie starają się być złe, tak namolnie próbują rozbawić widza, że w efekcie wyglądają jak pijany kretyn, opowiadający suchary w zadymionym barze. Nie ma w nich energii, której potrzeba to zrobienia dobrego złego filmu. Jest tylko sucha kalkulacja podlana splendorem gwiazdorskiej obsady.

Podczas gdy Tarantino z pietyzmem dobiera składniki, które dodaje do swoich filmowych hołdów, Rodriguez wrzuca do filmowego kotła wszystko, co w danym momencie przyjdzie mu do głowy. I – patrząc na denny plakat, przedstawiający Sofię Vergarę z maszynowym stanikiem – mogę założyć się o sto pesos, że powstająca właśnie „Maczeta zabija” będzie kolejnym gniotem, przeładowanym nudnymi, niepotrzebnymi bohaterami i równie nieciekawymi wątkami pobocznymi. Rodriguez znowu zatrudnił pół miliona gwiazd (w tym wypadku: Charliego Sheena, Sofię Vergarę, Lady Gagę, Vanessę Hudgens, Mela Gibsona i Amber Heard) i prawdopodobnie znowu napisał scenariusz, do którego na siłę je wszystkie powpychał. Wielka szkoda, że reżyser takich filmów jak „Desperado” czy „Sin City” nagle nie rozumie, że w dobrych złych filmach nie chodzi o to, żeby bohaterowie mieli karabiny zamontowane w odbycie. Chodzi o szczerość, zabawę i umiejętne operowanie kiczem. Czyli o wszystko to, co potrafili osiągnąć twórcy „Hobo with a Shotgun” z Rutgerem Hauerem (czyli innego filmu, za bazę którego posłużył fałszywy zwiastun), a czego nie było w „Maczecie”.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • kazik

    Gratuluję profesjonalizmu, obrzuca film błotem, choć jeszcze go nie widział…

    • Jokullus

      Zawsze na posterunku, gdy dzieje się źle! Gratulacje, Panie kazik.

  • Jakuzzi

    Nic dodać, nic ująć, moje odczucia są dokładnie identyczne.
    Albo dodam jedną rzecz, która mnie potwornie irytuje w ostatnich w ostatnich produkcjach Rodrigueza – zatrudnianie „upadłych” i obsmarowanych na wszystkie sposoby gwiazd Hollywoodu (m.in. Lohan, Sheen, Gibson) jako prostacka zagrywka marketingowa.

    • Grzegorz Fortuna

      Bardzo słuszna uwaga :). To jest tani chwyt i też go nie popieram. Do tej grupy dodałbym jeszcze Stevena Seagala.

  • Czukulus

    Zeby nazwać Machete filmem słabym, trzeba nie kumać czaczy!

  • JCS

    Osobiście na maczecie bawiłem się lepiej niż na większości komedii

  • SonnyCrockett

    Robert Rodriguez totalnie zagubił wyczucie momentu kiedy czegoś jest za dużo, choroba ma już początki w „Od zmierzchu do świtu” ale była hamowana przez mądrzejszego Tarantino a w pełni toczy umysł R.R. od czasu Desperado 2 a taki Maczeta to już pełne objawy bezmyślnego nieśmiesznego i bezcelowego nie mającego polotu campu.
    „Sin City” to mikra zasługa Rodrigueza bo sposób przetworzenia komiksu na film był tak dosłowny że nie było miejsca na jego „pomysły” i całe szczęście.
    Jego paluchy czuć też w „Predators” gdzie Nimrod Antal był tylko wykonawcą woli. Dla mnie R.R. zaczął i skończył się w „Desperado” jedynym naprawdę dobrym filmie jaki spłodził.

  • Dawid Sosin

    wg mnie maczeta jest doskonalym przykladem kina typu „spoof”

  • Krolik Pudding

    Również się zgodzę. Hobo with a Shotgun był świetny (bo nie jego|:), Planet Terror miał świetne momenty, ale ogólnie już bywał męczący, Maczeta, choć fałszywy trailer był zajebisty – absolutnie mu nie sprostała…a Desperado 2 było już tak przeładowane bohaterami i akcentami że było po prostu niestrawne, . Szkoda autora swietnego Desperado 1…

  • Jerry

    Zgadzam się w 100% (o czym już kiedyś pisałem). Moim zdaniem na „Maczecie” najlepiej bawiła się ekipa, bo ja wynudziłem się niemiłosiernie, co przy filmie tak naładowanym (pseudo) akcją jest dużą sztuką. Słuszna uwaga też co do „Hobo” te filmy są niby duchowo podobne, a ale RR ile razy widzi okładkę swojego dvd z Hobo myśli „K(!$ tak powinna wyglądać Maczeta”. Ja też uwielbiam złe kino, ale „Maczeta” (ale tez i „Planet terror”) są tak fałszywe i nieszczere, że robią się nieoglądalne. Złe kino staje się dobre między innymi przez swą uroczo szczerą naiwność, a nie chłodną kalkulację.

  • Guest

    Mam kompletnie inne zdanie na ten temat. Nie przepadam za kinem tego typu ani za Rodriguezem, na Maczetę trafiłem przypadkowo na Nocy Kina, wchodząc do sali bez żadnych oczekiwań, zresztą zawiedziony już poprzednim filmem, a tymczasem bawiłem się świetnie i chętnie zobaczę część drugą :).

  • Pingback: Lato zjadaczy popcornu, czyli przegląd blockbusterów | Film.org.pl()

  • Pingback: Lato zjadaczy popcornu, czyli przegląd blockbusterów | Filmowa baza wiedzy()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Woody Allen. Neurotyczny konkurs.

Następny tekst

Leonardo DiCaprio - W pogoni za Oscarem



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE