Woody Allen i jego filmy cz.9 (2006-2012) | FILM.ORG.PL

Woody Allen i jego filmy cz.9 (2006-2012)








Piotr Han
19.08.2013


Zapraszamy do lektury ostatniej część zestawienia filmów Woody’ego Allena. W „ostatnim zestawie” tradycyjnie znalazło się miejsce dla komedii („Gorący temat”, „Co nas kręci, co nas podnieca”, „O północy w Paryżu” i „Zakochani w Rzymie”) oraz nieco poważniejszych pozycji („Sen Kasandry”, „Vicky Cristina Barcelona, „Poznasz przystojnego bruneta”). Miłej lektury!

– You are a cynical crapehanger who always see the glass half-empty!

– No, you’re wrong. I see the glass half full, but of poison.

W 2005 roku Woody Allen napisał aż trzy scenariusze przeznaczone do realizacji w Londynie. Pierwszy odrzucił, gdy okazało się, że opisywane przez niego zjawisko nie występuje w Wielkiej Brytanii. Punktem wyjścia drugiego skryptu była scena, w której mężczyzna chce popełnić samobójstwo wyskakując przez okno, ale tylko skręca sobie kostkę. Allen przekazał ten tekst swojej producentce (i przy okazji siostrze), Letty Aronson, która stwierdziła, że scenariusz, choć nie mający wiele wspólnego z jego prawdziwym życiem, może zostać odebrany jako niemal autobiograficzna spowiedź Woody’ego.Allen nie chciał, żeby widzowie tak interpretowali ten film, więc tekst trafił do kosza. Wtedy okazało się, że do rozpoczęcia produkcji został jedynie miesiąc, a nie ma jeszcze gotowego scenariusza. Woody zakasał więc rękawy, zajrzał do swojej szuflady z pomysłami, wyciągnął z niej dwie idee i zamknął się w pokoju sam na sam z maszyną do pisania.

Joe Strombel, wybitny dziennikarz śledczy (Ian McShane) niespodziewanie umiera. W drodze na tamten świat dowiaduje się, że sławny multimilioner, Peter Lyman (Hugh Jackman), jest w rzeczywistości seryjnym mordercą. Tak gorącego tematu nie przepuści nawet w obecnym stanie, ucieka więc śmierci i daje cynk młodej dziennikarce, Sondrze Pransky (Scarlett Johansson). Ta z pomocą iluzjonisty, Sida Watermana (Woody A.), podejmuje się rozwiązania tej sprawy.

Wydawać by się mogło, że na podstawie napisanego na kolanie scenariusza nie można nakręcić dobrego filmu. Allenowi ta sztuka się jednak udała. „Gorący temat” jest filmem lekkim i pozbawionym głębszej treści, ale mimo to ogląda się go bardzo dobrze. Właśnie ta bezpretensjonalność wydaje się jedną z najsilniejszych stron „Gorącego tematu”. Jest to jeden z najlepszych „lekkich” filmów Allena, który nie próbuje sprzedawać żadnych gorzkich prawd na temat związków międzyludzkich. Mamy tutaj do czynienia z jednym z niewielu filmów Woody’ego, w którym nie przewija się wątek niewierności (może okularnik o nim zapomniał, a gdy się zorientował, to było już za późno, żeby dopisać?).

Oczywiście nie da się nie zauważyć, że wątek Iana McShane’a jest nieco na siłę „przyszyty” do reszty opowieści, jednak fakt ten nie irytuje, lecz dodaje całemu filmowi swoistej bezpretensjonalności. Co ciekawe, „Gorący temat” w zabawny i ironiczny sposób kontruje „Wszystko gra”. W obu filmach przewijają się podobne motywy, tutaj jednak są one ukazane niejako w krzywym zwierciadle i z dystansem.

Aktorstwo nie stoi na oszałamiającym poziomie. Jest tak nie ze względu na braki warsztatowe odtwórców głównych ról, lecz z powodu specyfiki scenariusza. Postacie są dwuwymiarowe, bo w założeniu takie właśnie miały być. Celem Allena nie było tutaj kreślenie skomplikowanych portretów psychologicznych, lecz zabawa. Świadczy o tym chociażby przezabawna i ironiczna scena, którą Woody spuentował swój występ! „Gorący temat” to bardzo lekki filmy, który naprawdę dobrze się ogląda. Czego nie można powiedzieć o następnej produkcji sygnowanej nazwiskiem nowojorskiego artysty.

-After all I’ve done for you, it should be automatic. Family is family! Blood is blood! You don’t ask questions. You protect your own.

„Sen Kasandry” jest trzecim kolejnym filmem Allena, który został nakręcony w Wielkiej Brytanii. „Wszystko gra” odniosło spektakularny sukces kasowy (jak na standardy późnego Woody’ego oczywiście) oraz artystyczny; „Gorący temat” okazał się klapą. „Sen kasandry” podzielił niestety los tego drugiego. Poniósł klęskę tak wielką, że ogółem zarobił więcej pieniędzy w Polsce (!) niż w Stanach Zjednoczonych. Mamy tutaj do czynienia chyba z jednym z niewielu takich przypadków w historii amerykańskiego przemysłu filmowego, dlatego też ta ciekawostka – zamiast trafić na koniec niniejszego opisu – znalazła się na jego początku.

Dwóch kochających się braci (granych notabene przez Szkota, Ewana McGregora, oraz Irlandczyka – Colina Farrela) na gwałt potrzebuje pieniędzy – jeden musi spłacić gigantyczny dług karciany, drugi szuka funduszy, aby założyć własny biznes i stać się „kimś”. Z prośbą o pożyczkę idą do swojego bogatego wujka. Ku ich zaskoczeniu, krewny zgadza się dać im pieniądze, ale pod jednym warunkiem – muszą zabić pewnego bardzo niewygodnego dla interesów wujaszka człowieka.

Takie zawiązanie mogłoby zwiastować pełen akcji i trzymających w napięciu scen dreszczowiec. Allen jednak nie byłby sobą, gdyby obrał oczywistą drogę. „Sen Kasandry” jest więc opartym głównie na dialogach moralitetem. Stanowi również allenowską wariację na temat greckich tragedii (na wypadek, gdyby widz się nie zorientował, to antyczny dramat wspomniany jest w jednej z ekranowych dyskusji – dzięki, Woody!). Osią fabuły są relacje między braćmi, a większość filmu składa się de facto z ich rozmów.

Rzecz jasna nie jest to zarzut. Te konwersacje są naprawdę dobrze rozpisane. Już pierwsza rozmowa braci o zakupie łodzi, na którą ich absolutnie nie stać, stanowi małą perełkę scenopisarstwa. Allen w ciągu dosłownie kilku minut zarysowuje portrety psychologiczne bohaterów, pozwala również w pewien sposób nawiązać z nimi więź. Większość autorów potrzebowałaby na to kilku lub nawet kilkunastu scen (a niektórym nie starczyłoby na to całego scenariusza). Akcja nie gna jednak na złamanie karku, intryga budowana jest – podobnie jak we „Wszystko gra” – bez pośpiechu. Allen powoli, z bezlitosną precyzją zaciska pętlę na szyi (szyjach) swoich bohaterów.

Dialogi są świetne, jednak jest ich nieco za dużo. Woody w pewnym momencie serwuje nam długi ciąg scen, w których irlandzko-szkocki duet dyskutuje na ten sam temat. Rozumiem, że sceny te nie miały posuwać akcji do przodu, lecz jedynie budować napięcie i nastrój paranoi, jednak czegoś tutaj zabrakło. W czasie seansu nie czułem „ciężkości” ani swoiście pojmowanego dyskomfortu, który, jak mi się wydaje, chciał wywołać u widza Allen.

Wina nie leży wyłącznie po stronie scenariusza – aktorstwo również pozostawia sporo do życzenia. Z całym szacunkiem dla Farrela i McGregora, ale ich role wymagały takiego talentu aktorskiego, że mało który aktor by im podołał. Oni nie dali rady. Tyczy się to zwłaszcza Farrela, który nie był w stanie wiarygodnie przedstawić obłędu, w jaki osuwa się jego bohater.

Podsumowując: jest to nieszablonowy, dobrze zrealizowany film. Jednak – trzymając się antycznej analogii – katharsis nie było. Film pozostawił mnie z otwartą buzią. Nie był to jednak efekt wrażania, jaki na mnie wywarł, lecz skutek uboczny delikatnego ziewnięcia.

Ciekawostka: Scenariusz filmu został luźno oparty na napisanej przez Allena kilka lat wcześniej sztuce teatralnej.

Ciekawostka 2: Colinowi Farrelowi imponowało tempo pracy Woody’ego. Aktor wspomniał, iż przy kręceniu jednego ujęcia „Miami Vice” musiał robić więcej dubli niż przy całym „Śnie Kasandry”. Może Allen wiedział, że dokrętki i tak już w niczym mu nie pomogą?

-Why not? Life is short. Life is dull. Life is full of pain. And this is a chance for something special.

Po trzech wizytach w Londynie Woody postanowił kolejny swój projekt również zrealizować na Starym Kontynencie. Skłoniły go do tego rzecz jasna kwestie finansowe. Nie chodzi tutaj jednak o pieniądze, które miałyby zasilić prywatne konto Allena, lecz o fundusze potrzebne do nakręcenia filmu. Woody – mimo, że uważany jest za jednego z największych artystów kina – nigdy nie był chodzącym z głową w chmurach marzycielem. Łączy on w sobie pracowitość i „artyzm” ze zdolnością dostosowywania się do aktualnej sytuacji. Dlatego też, gdy dowiedział się, że istnieje możliwość zrealizowania filmu w Barcelonie, to nie marudził, tylko szybko wziął się do roboty (dwa miliony euro od władz miasta i regionu piechotą w końcu nie chodzą).

Pracowity Woody zajrzał do swojej słynnej szuflady, aby znaleźć jakiś pomysł, który mógłby się przerodzić w następny film. Poszukiwania poszły bardzo dobrze, gdyż Allen znalazł… gotowy scenariusz! Jego akcja toczyła się w San Francisco, więc Woody musiał go tylko przepisać z uwzględnieniem katalońskich realiów oraz dodać kilka scen w najpiękniejszych miejscach Barcelony – aby zadowolić szczodre władze miasta – i scenariusz był już gotowy. I co z tego wyszło?

Vicki (Rebecca Hall) szuka w miłości spokoju i stabilizacji, podczas gdy Christine (Scarlett Johansson – trzeci i jak na razie ostatni jej występ u W.A.) zależy bardziej na pasji, żarze i namiętności. Dziewczyny wspólnie przyjeżdżają do Barcelony, aby spędzić lato u znajomych. Poznają tam Juana Antonio (Javier Bardem), czarującego malarza, który niedawno rozstał się niezrównoważoną emocjonalnie żoną (Penelope Cruz).

Daje się odczuć, że scenariusz „Vicky Cristiny Barcelony” oryginalnie został napisany kilka dekad temu, gdyż poruszane są w nim kwestie, które interesowały Allena na wcześniejszych etapach jego twórczości. Podobnie jak we „Wnętrzach” oraz w „Hannah i jej siostry” główne bohaterki diametralnie różnią się charakterami i reprezentują inne podejście do życia. Vicky twardo stąpa po ziemi, Christina jest marzycielką, która próbuje wyrazić swoje uczucia poprzez sztukę. Allen nie serwuje tutaj jednak łatwych odpowiedzi i nie wskazuje, która postawa jest słuszna. Bardziej skłania się oczywiście w stronę Christiny, woli bohaterkę, która poszukuje i walczy, nie jest jednak powiedziane, czy uda się jej kiedykolwiek odnieść sukces i znaleźć szczęście. Może to jednak bojąca się ryzyka Vicky lepiej wyjdzie na swoim asekuranctwie? Zdaje się, że żadna ze ścieżek nie prowadzi do szczęśliwego zakończenia. Ta swoista niejednoznaczność jest zdecydowanie najmocniejszą stroną tej celuloidowej reklamy Katalonii.

Pora na kilka słów o aktorstwie. Scarlett Johansson i Rebecca Hall poprawnie wywiązują się ze swoich zadań, ich wyczyny wypadają jednak blado na tle ról Javiera Bardema I Penelope Cruz. Hiszpański duet wypada zdecydowanie lepiej, jednak ma on ułatwione zadanie – ich postacie są ciekawsze, bardziej „krwiste”; dostali oni również do wypowiedzenia najlepsze kwestie. Rola Cruz jest praktycznie samograjem – aktorzy mawiają, że najłatwiej gra się szaleńców, bo zawsze są bardzo wyraziści. Osobną kwestią jest jednak to, czy Penelope zasłużyła na Oscara. Myślę, że nie do końca jest to kreacja o aż takiej mocy rażenia. Z drugiej strony, Akademia nagrodziła w swojej historii wiele słabszych występów, więc nie ma o co kruszyć kopii.

– The human race. They’ve had to install automatic toilets in public restrooms, because people can’t be entrusted to flush a toilet.

[Nie mam żalu do dystrybutorów, rozumiem, że ich celem jest jak najlepsze sprzedanie filmu, a krzykliwy tytuł bardzo w tym pomaga. Oni swój cel osiągnęli – „Whatever Works” przyciągnął do kin sporo polskich widzów. Ja jednak pozwolę sobie używać oryginalnej nazwy. Wiem, że konsekwencja wymagałaby, abym w poniższym opisie używał polskiego tytułu tego filmu, ale mam nadzieję, że czytelnicy mi wybaczą.]

„Whatever Works” jest kolejnym wyciągniętym z szuflady projektem Allena. Pierwsza wersja scenariusza powstała w późnych latach siedemdziesiątych. Główną rolę miał zagrać znany chociażby z „Producentów” Mela Brooka Zero Mostel. Plany pokrzyżowała jednak niespodziewana śmierć aktora. Skrypt trafił do szuflady na wiele lat. Woody wydobył go dopiero, gdy znalazł się w kryzysowej sytuacji. W 2008 roku wszystkie znaki na niebie mówiły, że aktorzy ogłoszą strajk. Dlatego też, aby zdążyć przed paraliżem, Allen zmuszony był rozpocząć zdjęcia trzy miesiące wcześniej, niż zakładał. Nie było czasu na napisanie oryginalnego scenariusza, Woody wyciągnął więc zapomniany tekst i praktycznie nic w nim nie zmieniając zabrał się do kręcenia. Do strajku zaś oczywiście nie doszło.

Uznany fizyk Boris Yellnikoff (Larry David) zasadniczo nie lubi nikogo i niczego. Delikatnie rzecz ujmując, nie jest pozytywnie nastawiony do życia. W wyniku wielkiego zbiegu okoliczności wprowadza się do niego młoda, piękna i niezbyt inteligentna dziewczyna z Południa USA (Evan Rachel Wood). Po jakimś czasie do Nowego Jorku przybywają też jej konserwatywni rodzice, którzy na skutek pobytu w wielkim mieście zmieniają się nie do poznania.

W „Whatever Works” przewija się wiele motywów obecnych w „Annie Hall” i „Manhattanie”. Daje się odczuć, że scenariusze tych filmów powstawały mniej więcej w tym samym okresie. Podobnie jak w „Annie…”, mamy do czynienia z przełamywaniem czwartej ściany – bohater mówi wprost do widzów. Temonologi są zabawne i jednocześnie skłaniające do refleksji – kolejny dowód na potwierdzenie tezy, że w latach siedemdziesiątych bohater tego artykułu był w doskonałej pisarskiej formie.

Woody porusza tutaj cały szereg typowo „allenowskich kwestii” – pytania o sens życia, poszukiwania miłości itp. Ogląda się to lepiej niż dobrze. Całość jest dowcipna i doskonale napisana. Boris Yellnikoff jest jedną z najciekawszych postaci powołanych do życia przez Woody’ego. Nie przypomina typowego neurotycznego bohatera, który pojawia się w większości filmów Allena. Duża w tym również zasługa Larry’ego Davida, który stworzył naprawdę świetną i zapadającą w pamięć kreację – był agresywny i rozczarowany światem, ale jednocześnie wzbudzał prawdziwą sympatię. Gdyby „Whatever Works” powstało w latach siedemdziesiątych, to David miałby w kieszeni minimum nominację do Oscara (oczywiście w tamtym okresie nie miał szans na dostanie tej roli, ale nie o to mi tutaj chodzi).

Odgrzewanie kotleta sprzed trzydziestu lat zakończyło się niespodziewanym sukcesem. Może Allen – zamiast pisać nowe scenariusze – powinien przeszukać dokładnie swoją szufladę? Kto wie, jakie perełki może ona jeszcze skrywać.

– Another life. I just have to shed the old one and try again.

„Poznasz przystojnego bruneta” składa się z kilku przeplatających i krzyżujących się wątków. Bohaterowie się rozwodzą, żenią, zrywają zaręczyny, zdradzają, oszukują, piją alkohol, chodzą do wróżki, kłamią, rozmawiają, dyskutują, milczą oraz się kłócą. Kolejność dowolna. Wbrew pozorom jest to jednak jeden z bardziej oryginalnych filmów Woody’ego Allena, tzn. wyróżniających się na tle reszty jego twórczości.

Zasiadając do oglądania, spodziewałem się, że będzie to kolejna intelektualna komedia romantyczna a la Woody. Pierwsze sceny utwierdziły mnie w tym przekonaniu, wszystko wyglądało tak, jak się tego spodziewałem. Z czasem jednak ton „Przystojnego bruneta” stawał się coraz poważniejszy. Sekwencje komediowe przeplatały się dramatycznymi. Summa summarum tych drugich było chyba nawet nieznacznie więcej. Oczywiście Allenowi czasami zdarzało się już łamać zasadę dekorum w swoich filmach („Hannah i jej siostry”, „Zbrodnie i wykroczenia”), ale w tamtych filmach poważne wątki były kontrowane przez te lżejsze. Tutaj zaś wolty zachodzą w obrębie poszczególnych historii. Szczególnie zwróciła moją uwagę scena finałowej konfrontacji dwóch bohaterek, z których jedna grała jak najbardziej „na serio” (prawie jak we „Wrześniu), druga zaś zachowywała się niczym żywcem wyjęta z np. „Strzałów na Broadwayu”. Nie powiem – spodobał mi się ten dysonans.

Zasadniczo „Poznasz przystojnego bruneta” jest ironicznym hymnem na rzecz życia w iluzji. Wszyscy bohaterowie, którzy dążą do szczęścia, prędzej czy później muszą doznać zawodu. Jedyna osoba, która na końcu filmu wychodzi na plus, znajduje pocieszenie w ezoteryce. Allen zdaje się tutaj stwierdzać, że tylko oszukując się i tworząc sztuczne normy można odnaleźć szczęście. W szerszej perspektywie można to (nad)interpretować jako allenowską alegorię religii. Jednak nasz Woody, jako zatwardziały ateista, zmusił swoją ezoteryczną bohaterkę do popełnienia małego świństwa w imię swojej „religii”.

„Poznasz przystojnego bruneta” w niebanalny sposób porusza frapujące kwestie. Czyli musi być dobrym filmem? Niestety nie. Na poziomie – przepraszam za wyrażenie – intelektualnym wszystko gra. Jednak jako film i opowieść nie sprawdza się zbyt dobrze. Rozwój wszystkich wątków już po pierwszych minutach da się przewidzieć. Ciężko również polubić któregokolwiek z bohaterów. Jest to spory wyczyn, jeżeli weźmie się pod uwagę, że Allenowi udało się zaangażować takich charyzmatycznych aktorów, jak Anthony Hopkins, Josh Brolin i Antonio Banderas. Niestety żaden z nich na nie miał ani zbyt ciekawej, ani zapadającej w pamięć roli do zagrania. Muszę jednak zwrócić uwagę na fakt, że postacie kreowane przez Hopkinsa i Brolina mogłyby stać się kolejnymi wcieleniami typowego bohatera „w stylu Woody’ego Allena”, jednak tym wybitnym aktorom udało się wyjść cało z tego niebezpieczeństwa.

Pora na poważne osobiste wyznanie: bardzo nie lubię, gdy głos z offu w filmach tłumaczy widzom to, co się właśnie dzieje na ekranie. Narrator z „Poznasz przystojnego bruneta” niestety cierpi na tę przypadłość. I choć nie wypowiada on zbyt wielu kwestii, niesmak pozostaje.

– That’s what the present is. It’s a little unsatisfying because life is unsatisfying.

Pomysł na „film o Paryżu” chodził za Allenem od kilku lat. Problemem były jednak pieniądze. Żeby zrealizować ten scenariusz, potrzebne były nieco większe fundusze od tych, za które Woody kręcił swoje filmy. W 2006 roku wydawało się, że problemy finansowe zostały przezwyciężone – Allen już nawet niemal skompletował obsadę. W ostatniej chwili posypał się budżet i nie doszło do realizacji projektu. Nasz Woody nie porzucił marzeń – w 2011 roku dopiął swego. Cierpliwość została nagrodzona – „O północy w Paryżu” zostało uhonorowane Oscarem za scenariusz; dodatkowo film ten stał się największym przebojem kasowym w karierze Allena (oczywiście bez uwzględnienia inflacji – „na czysto” jego filmy z lat siedemdziesiątych zdecydowanie przodują w stawce).

To film z serii „Amerykanie na wakacjach”. Gill (Owen Wilson) jest wziętym scenarzystą. Praca przy komercyjnych hollywoodzkich projektach nie zaspokaja jednak jego literackich ambicji – chce napisać prawdziwą powieść.Wraz z narzeczoną i jej rodzicami przyjeżdża do Paryża, następnie w wyniku tajemniczego zbiegu okoliczność przenosi się w lata dwudzieste, gdzie nawiązuje znajomość z wielkimi artystami tamtego okresu, którzy pomagają mu w pracy nad książką.

Pomysł konfrontacji głównego bohatera z Hemingwayem, Dalim i spółką jest genialny w swojej prostocie. Seans filmu przypomina wizytę w wesołym miasteczku – za każdym rogiem czekają niesamowite atrakcje. „O północy w Paryżu” dosłownie mieni się scenami-perełkami (spotkanie z surrealistami!); w czasie seansu ze zniecierpliwieniem oczekiwałem kolejnych wycieczek w przeszłość. Allen jest wielkim iluzjonistą,któremu udało się mnie (i pewnie kilka innych osób) zaczarować. Nie była to jednak tylko pusta wydmuszka – wnioski, do których dochodzi główny bohater, są nieoczywiste i nieco sarkastycznie kontrują jego początkową postawę.

Niestety, „O północy w Paryżu” nie jest filmem do wielokrotnego oglądania. Druga wizyta w „wesołym miasteczku” obnażyła szereg jego niedoskonałości. Siłą „paryskiego Allena” są przede wszystkim spotkania z legendarnymi artystami – reszta filmu stanowi jedynie słaby dodatek do tych momentów. Wątek rozgrywający się współcześnie nie ciekawi i razi sztampą, zaś postać głównego bohatera zabija nijakością. Dodatkowo, jego relacje z narzeczoną niemiłosiernie szeleszczą papierem. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak ich związek mógł tak długo przetrwać, przecież oni się nawet specjalnie nie lubią – są więc razem jedynie dlatego, że Woody tak sobie założył przy pisaniu scenariusza. Oczywiście, zdaje sobie sprawę z faktu, że sceny współczesne nie są tutaj najważniejsze, jednak jeżeli nieciekawy zapychacz zajmuje ponad połowę czasu akcji, to naprawdę ciężko przejść nad tym do porządku dziennego.

Przy drugim okrążeniu spotkania z paryskimi celebrytami również robią nieco mniejsze wrażenie. Oczywiście, sceny te dalej są dobre i ogląda się je z przyjemnością, ale nie wywołują już takiej gęsiej skórki. Za pierwszym razem „O północy w Paryżu” było dla mnie arcydziełem, za drugim – jedynie dobrym filmem. Jednak w dzisiejszych czasach tak rzadko zdarza mi się poczuć prawdziwą „magię kina”, że nawet taki jednorazowy zastrzyk jest czymś na wagę złota.

Ważną rolę odgrywa tutaj sam Paryż – to oczywiste. Jego obraz jest wyidealizowany do granic możliwości – widać, że władze miasta były jednym ze sponsorów filmu. Obsadzenie Carli Bruni w jednej z ról to już praktycznie product placement. Wrogowie filmowego lukru mogą poczuć niestrawność, jednak miłośnicy zwiedzania i samego Paryża będą wniebowzięci. Mnie ten aspekt filmu ani ziębi, ani grzeje – bajkowa, beztroska konwencja pasuje do tej historii, ale akcja mogłaby się toczyć równie dobrze w Warszawie (spotkanie z Gombrowiczem czy Bruno Schulzem – mniam. Kogo jeszcze można by spotkać o północy na przedwojennym Nowym Świecie?).

Luźne spostrzeżenie numer 1 (mały spoiler): część osób krytykowała film za to, że Allen nie wytłumaczył, w jaki sposób główny bohater przenosi się w przeszłość. W jednej ze scen Woody zostawił jednak jeden trop. W pewnym momencie Gil podrzuca Luisowi Bunuelowi pomysł na „Anioła zagłady”, czyli film, w którym grupa ludzi nie może opuścić jadalni. Pada pytanie – Dlaczego nie mogą? Odpowiedź: Po prostu nie są w stanie przekroczyć progu. Szczypta surrealizmu zawsze w cenie.

Luźne spostrzeżenie numer 2 (większy spoiler): Najbardziej znienawidzoną przez widzów postacią z „O północy w Paryżu” jest mądrala Paul (Martin Sheen). Jego przemądrzałość naprawdę irytuje. Co ciekawe, w jednej ze scen krytykuje on fascynację Gila przeszłością, nazywając ją „logiką złotego wieku”. Na tym etapie filmu jest to jeden z przejawów bufonady Paula. Paradoksalnie, z czasem okazuje się, że miał wtedy rację, a przedstawiony przez niego punkt widzenia puentuje cały film. Piękna ironia ze strony Allena!

Luźne spostrzeżenie numer 3 (spoiler dotyczący ostatnich kadrów): W scenie kończącej film Gill spotyka przypadkiem bohaterkę graną prze Léę Seydoux i razem udają się na spacer w deszczu. Mogę tutaj postawić śmiałą hipotezę, że jej postać została wciśnięta na siłę do scenariusza przez producentów. Masowa publiczność nie jest – i pewnie nigdy nie będzie – gotowa na komedię romantyczną, na końcu której główny bohater nie znajduje miłości. Allen był zaś tak zdeterminowany do nakręcenia tego filmu, że zgodził się na kolanie dopisać tych kilka scen. Szkoda, ale w świecie filmu czasem trzeba iść na zgniłe kompromisy. (Cały powyższy akapit to niepoparte żadnymi twardymi faktami przypuszczenie – nie bijcie).

– It’s incredible that the Colosseum is still standing after thousands of years. You know, Sally and I have to re-tile the bathroom every six months.

Można by pomyśleć, że to sukces „O północy w Paryżu” skłonił koniunkturalistę Allena do nakręcenia „Zakochanych w Rzymie”. Jednak – znając jego niezmienny od lat cykl twórczy – wiem, że prace przedprodukcyjne rozpoczęły się na długo przed premierą „paryskiego Woody’ego”, więc albo nasz bohater przewidywał, że „Paryż” okaże się wielkim sukcesem, albo po prostu bez zastanowienia pojechał tam, gdzie chcieli dać mu pieniądze. Jednak bez względu na pobudki nim kierujące, wycieczka do Rzymu zaowocowała chyba najmniej udanym filmem w całej karierze Allena.

Na film składają się cztery niepołączone ze sobą historie:

Opowieść nr 1: młoda Amerykanka zakochuje się w przystojnym Włochu, ich związek rozwija się tak dobrze, że jej rodzice przybywają do Italii, aby zapoznać się z przyszłym zięciem i jego rodziną. W wyniku splotu wydarzeń, o których nie ma sensu pisać, okazuje się, że ojciec włoskiego narzeczonego dysponuje nieprzeciętym głosem operowym. Problem jednak w tym, że potrafi śpiewać wyłącznie pod prysznicem.

Opowieść nr 2: młode małżeństwo przenosi się z włoskiej prowincji do Rzymu. W wyniku splotu wydarzeń, o których nie ma sensu pisać, para na pewien czas się rozdziela. Chłopak poznaje w tym czasie piękną prostytutkę.

Opowieść nr 3: Młody architekt przyjeżdża do Włoch na stypendium. Jego segment jest typową historią Allena o zdradzie.

Opowieść nr 4: przypadkowy mężczyzna zostaje przypadkiem wzięty za gwiazdę. Zupełnie niespodziewanie staje się znaną w całym kraju osobistością, kamery nie odstępują go na krok.

„Zakochani w Rzymie” to film słaby. Każda opowieść jest nudna i napisana na siłę. Zwłaszcza wątek „architektoniczny”, który razi wtórnością w stosunku do dawnych produkcji Allena. Kolejna wersja tej samej, wałkowanej niezliczoną ilość razy historii. Czerpanie z własnego dorobku nie jest oczywiście czymś złym, pod warunkiem, że kolejna interpretacja wnosi coś nowego, inaczej stawia akcenty itd. Tutaj mamy do czynienia z klasycznym przykładem zjadania własnego ogona.

Pozostałe trzy segmenty opiszę zbiorczo, gdyż można im postawić ten sam zarzut. Wszystkie cierpią na syndrom wiele razy opowiadanego dowcipu: za pierwszym razem śmieszy, za drugim nudzi, za trzecim żenuje. Potencjał komediowy każdej z nowelek wyczerpuje się po dosłownie kilku scenach. Potem Allen wałkuje praktycznie ten sam skecz wiele razy, co szybko zaczyna nużyć. Na przykład: wątek urzędnika, który bez powodu staje się sławny, składa się z kilku bliźniaczych sekwencji, w których mężczyzna idzie w różne miejsca (do pracy, sklepu itp.), gdzie dopadają go fotoreporterzy i łowcy autografów – HAHA. Analogicznie skonstruowana jest też reszta nowelek. Nie ma tutaj miejsca na rozwój akcji ani na budowanie napięcia (a nawet w komediach się ono przydaje).

„O północy w Paryżu” było filmem napisanym z pomysłem, a napawanie się architekturą i zabytkami stolicy Francji znajdowało uzasadnienie w fabule. „Zakochani w Rzymie” są zaś pocztówką w najgorszym znaczeniu tego słowa. I chyba tylko osoby beznadziejnie zauroczone plenerami Wiecznego Miasta będą jedynymi widzami, którym ten film się naprawdę spodoba.

„Zakochani w Rzymie” wydają się zaś najbardziej wymuszonym dziełem Allena. Zdaje się, że nie miał on kompletnie pomysłu na film. Większość twórców w tej sytuacji po prostu zrobiłaby sobie krótkie wakacje od kina albo nakręciła kilka dobrze płatnych reklam. Woody zaś nigdy nie składa broni, więc tylko rozbudował kilka starych skeczy, dodał trochę uczuciowej niewierności oraz garść starych rzymskich budynków i scenariusz już był gotowy! Jest to kolejny dowód na potwierdzenie tezy, iż Woody Allen jest modelowym przykładem twórcy uzależnionego od kręcenia filmów. Robi kino nie dla pieniędzy ani poklasku, lecz wyłącznie z czystej pasji i miłości do X muzy. I tym pozytywnym akcentem kończę swoją allenowską sagę. Dziękuję za uwagę!

 







  • Fidel

    Dzięki za cykl. Kawał dobrej i niełatwej roboty!

    • PH

      Dziękuję w imeniu swoim i rodziny:)

  • Patryk Głażewski

    Długo to trwało, ale naprawdę dużo powiedziało mi to o jego twórczości i zainteresowało wieloma tytułami, tak więc zadanie bardzo dobrze wykonane.

  • Sylwester Goliński

    Nie jestem osobą „beznadziejnie zauroczoną plenerami Wiecznego Miasta”, a jednak film „Zakochani w Rzymie” mi się podobał. Wątek Benigniego oraz wątek teatralny bawiły mnie do końca filmu, pozostałe ujdą, nie uważam jednak by były złe. Jako całość na pewno stawiam ten film wyżej niż(moim zdaniem najgorszy) „Poznasz przystojnego bruneta”, a także kilka filmów z poprzedniej części zestawienia.
    Tak czy siak gratuluję wytrwałości i chęci do pisania cyklu, z niecierpliwością czekałem na każdą kolejną jego część :).

  • lukzab

    Przeczytałem wszystkie 9 części i doszedłem do wniosku, że autor tego zestwienia, tak naprawdę nie lubi filmów Allena ;-)

    • PH

      Faktycznie lubie go mniej niż przed napisaniem tych tekstów, ale ciąglę lubię:)

  • Marta

    Z przykrością przeczytałam recenzje poszczególnych filmów. Okazuje się, że Allen kręci filmy złe lub przeciętne, choć czasem uda mu się stworzyć coś lepszego, ale to pewnie przypadkiem. Scenariusze wygrzebuje ze starych szuflad i często musi dopisywać pomysły na kolanach i zazwyczaj są one nieprzemyślane i niszczą film. Gratuluje rzetelnej i obiektywnej oceny twórczości Allena. Oczywiście Allen ma filmy i lepsze i gorsze, ale oby każdy reżyser mógł się pochwalić takimi pomysłami pisanymi na kolanie.

    • samw

      warto przeczytać wszystkie 9 części. Autor podchodzi bardzo wstrzemięźliwie do każdego filmu – i chwała mu za to.

      • PH

        Co ja poradzę, że Allen miał sporo słabszych filmow – każdemu zdarzają się wpadki, zwłaszcza, gdy ktoś kręci filmy co roku, bez względu na okoliczności:) I kilka z tych „napisanych na kolanie” scenariuszy było całkiem dobrych – tym większy szacunek dla Woody’ego.

  • Mefisto

    Świetna seria. Czekam na część 10 :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota #64 - Pulp Fiction

Następny tekst

Zaślepiona



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE