Biografie ludzi filmu

STANISŁAW BAREJA. Filmografia

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Stanisław Bareja urodził się 5 grudnia 1929 roku w Warszawie. W 1947 roku przeprowadził się z rodziną do Jeleniej Góry. Tam po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego wiedział już, czym chce zajmować się w dorosłym życiu – kręceniem filmów.

W październiku 1949 roku mury Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi przekroczyło kilku kandydatów na filmowców: Kazimierz Kutz, Janusz Morgenstern, Andrzej Munk, Jan Łomnicki, Andrzej Wajda i Stanisław Bareja. Wcześniej, podczas egzaminu wstępnego, Bareja przedstawił pomysł na cykl nowel filmowych, osnutych wokół bitwy pod Grunwaldem. Temat Grunwaldu będzie pod wieloma postaciami przewijał się przez całą twórczość autora „Misia”. Na czwartym roku studiów Bareja wyreżyserował swój pierwszy film. Była to średniometrażowa adaptacja „Niemców” Leona Kruczkowskego. W 1954 roku Stanisław Bareja ukończył łódzką Filmówkę, lecz nie przystąpił do egzaminu końcowego. Zamiast tego rozpoczął pracę na prawdziwych planach filmowych jako asystent reżysera, II reżyser oraz aktor drugoplanowy i epizodyczny. Swój film dyplomowy przedstawił dopiero w 1958 roku, była to etiuda „Gorejące czapki”, która jednak nie znalazła uznania w oczach komisji egzaminacyjnej. Tytuł magistra sztuki Bareja uzyskał dopiero w 1974 roku, jako pracę dyplomową przedstawiwszy pierwszy wyreżyserowany przez siebie pełnometrażowy film fabularny. Był nim „Mąż swojej żony”.

1960-1969. Od Męża swojej żony do Przygody z piosenką

MĄŻ SWOJEJ ŻONY (1960)

Rzeczą znamienną w filmografii Stanisława Barei jest bardzo „niewinny” początek, w niczym nie zapowiadający przenikliwości i wręcz obyczajowej drapieżności jego komedii z przełomu lat 70. i 80. Na razie nic takiego nie następuje. Bareja przez całe lata 60. kręci grzeczne, ugłaskane, pełne rozśpiewanych i roztańczonych postaci błahe komedyjki. Gagi, wynikające z nie zawsze mile widzianej przez cenzora obserwacji absurdów dnia codziennego, są widoczne w śladowej postaci. W filmach Stanisława Barei z tego okresu siermiężna Polska ery gomułkowskiej jest pokazana z iście amerykańską lekkością i radosną beztroską.

Scenariusz swojego pierwszego filmu Stanisław Bareja oparł na przedwojennej sztuce teatralnej Jerzego Jurandota (scenariusz) i Marka Sarta (muzyka i piosenki) „Mąż Fołtasiówny”. Bohaterem filmu jest – maksymalnie niedobrane na pierwszy rzut oka – małżeństwo. On – wrażliwy kompozytor, ona – lekkoatletyczna gwiazda pierwszej wielkości. Właśnie się pobrali, są zakochani i szczęśliwi. Lecz na drodze do budowy pełni małżeńskiego szczęścia bez przerwy staje błyskotliwa kariera sportowa byłej panny Fołtasiówny, otoczonej trenerem, kolegami z klubu, dziennikarzami i kibicami. Wzbudza to frustrację, zazdrość i gniew zepchniętego w cień męża.

Debiut Stanisława Barei z 1960 roku do dziś ogląda się z przyjemnością. Reżyser, nie wypierając ze scenariusza przedwojennego, nieco bajkowego klimatu, nakręcił bardzo zabawną komedię oraz zgrabnie wykorzystał ówczesną Warszawę, wyprowadzając znaczną część akcji filmu w plener. Co prawda scenariusz nie grzeszył błyskotliwością, a humor był raczej konwencjonalny, lecz atutem „Męża swojej żony” jest doskonała, bardzo wdzięczna obsada, na czele z późniejszym niemal stałym aktorem Barei – Bronisławem Pawlikiem, oraz przeuroczą Aleksandrą Zawieruszanką. Drugi plan to przyjemność obejrzenia znakomitych: Mieczysława Czechowicza, Elżbiety Czyżewskiej, Wiesława Gołasa czy Jerzego Duszyńskiego (tego samego, który po latach nie kupił kurczaka, podanego przez sprzątaczkę brudną ścierką w „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” (1978), ostatnim filmie aktora). Epizodycznie pojawia się trener-legenda boksu, Feliks „Papa” Stamm, oraz drugi aktor-fetysz Barei, Wojciech Pokora. Ukłonem w stronę „przedwojnia” jest postać despotycznej gosposi Kowalskiej, bezustannie zatruwającej życie biednemu Michałowi, a to zupą mleczną o świcie, a to blokowaniem dostępu do własnej żony, bo „pani musi być wypoczęta na zawody”. Grająca gosposię Wanda Łuczycka po latach znów zagrała u Barei w serialu „Zmiennicy” jako jedna z Oborniakowych, wynajmujących kwaterę dla pani Lusi i Mariana/Kasi.

DOTKNIĘCIE NOCY (1961)

Odwrót od lekkiego komediowego tonu – tym razem Stanisław Bareja zrealizował pierwszy polski film kryminalny. Scenariusz Aleksandra Ścibora-Rylskiego („Człowiek z marmuru”) oparto na autentycznym morderstwie rabunkowym, dokonanym na konwoju z pieniędzmi w kwietniu 1957 roku, znanym jako „sprawa pleszewska”. Reżyser postąpił nieco wbrew zasadom rządzącym kryminałami, od razu ujawniając widzom mordercę, który jest po prostu narratorem filmowej opowieści. Biedny i sfrustrowany prowincjonalny fotograf Jacenko, wykorzystując zakochaną w nim kasjerkę Beatę, dokonuje napadu i brutalnego morderstwa na członkach czteroosobowego konwoju. Do akcji wkracza kapitan Prokosz z Pleszewa…

W roli kapitana Prokosza wystąpił ponownie Wiesław Gołas. Drugą rolę główną Jacenki powierzono Jerzemu Kozakiewiczowi, który po latach ponownie znalazł się w obsadzie u Barei, tym razem jako Garwanko, kierownik produkcji filmu „Spadkobiercy Grunwaldu” w „Zmiennikach”. Ciekawostka – nazwisko aktorki Hanny Zembrzuskiej pojawia się ponownie w serialu „Zmiennicy” (odc. „Spotkania z Temidą”). Tak nazywa się pani prokurator, prowadząca sprawę rzekomego zmajstrowania dziecka prostytutce Marioli przez Mariana Koniuszko.

ŻONA DLA AUSTRALIJCZYKA (1963)

Trzeci film Stanisława Barei przez złośliwych nazwany został ruchomym folderem turystycznym Polski Ludowej, z Zespołem Pieśni i Tańca „Mazowsze” w roli głównej. Rzeczywiście, reżyser nieco przesadził z częstotliwością i długością sekwencji taneczno-śpiewanych rodem z Cepelii. Gdyby współcześnie zabawić się w domorosłego montażystę i powycinać te – w większości niczym nie służące fabule – muzyczne przerywniki, otrzymalibyśmy najbardziej klasyczną komedię romantyczną. Oto z Australii z trzydniową wizytą przybywa do ojczyzny emigrant Robert Wolański, by w Gdańsku znaleźć sobie kandydatkę na żonę. Pomagający mu w tej misji wygadany dziennikarz Michał Żelazkiewicz wpada na genialny pomysł – po co szukać drobnicy na mieście, skoro multum ewentualnych kandydatek można spotkać w jednym miejscu – podczas występu „Mazowsza”. Niestety, wskutek pomyłki, nasz rodak z antypodów po koncercie uprowadza do odludnego domu w burzliwą noc – owszem, właściwą kandydatkę – lecz nie tę, która chciała być porwana…

W rolach głównych wystąpiła druga para z „Męża swojej żony”, czyli Elżbieta Czyżewska i Wiesław Gołas. Większość filmu to konwencjonalne, lecz niezmiennie zabawne słowne przepychanki i humor sytuacyjny, wynikający z relacji pomiędzy skazaną na siebie parą. Na drugim planie błyszczy wspaniały Edward „Dudek” Dziewoński jako redaktor Żelazkiewicz, dla którego nie ma spraw nie do załatwienia. W epizodach śmieszą Jan Kobuszewski jako dostawca frykasów z delikatesów, dziwiący się, że Australijczyk chce za nie płacić bonami, oraz przezabawny Wiesław „Jej Ekscelencja” Michnikowski, w roli faceta zajmującego się rozmnażaniem rybek akwariowych.

KAPITAN SOWA NA TROPIE (1965)

W połowie lat 60. Stanisław Bareja przyłożył rękę do kilku prekursorskich dokonań polskiej X Muzy. Najpierw był omawiany już pierwszy polski kryminał „Dotknięcie nocy”. Po nakręceniu „Żony dla Australijczyka”, Bareja napisał scenariusze do trzech odcinków pierwszego polskiego serialu telewizyjnego „Barbara i Jan” Jerzego Ziarnika (1964), oraz wyreżyserował pierwszy polski serial kryminalny „Kapitan Sowa na tropie”. Fabuła każdego z ośmiu odcinków była zamkniętą całością, spiętą postaciami dwóch głównych bohaterów, kapitana Sowy i jego współpracownika Albina. Scenariusz każdego epizodu osnuty był zazwyczaj wokół morderstwa, skrupulatnie wyjaśnianego przez Sowę (ponownie Wiesław Gołas).

Serial odniósł olbrzymi sukces. Widzowie z zapartym tchem śledzili Gołasa, rozpracowującego przemytników dzieł sztuki, seryjnych morderców kobiet, narkotykowych gangsterów czy też rabusiów napadających na kasjerki. Na dodatek kapitan Sowa był zrobiony niemal na modłę porucznika Borewicza (oczywiście uwzględniwszy różnice tzw. realiów Polski lat 60. i 80.), czyli gwizdał na regulamin, prowadził dochodzenie po swojemu, rzucał palenie i… był skuteczny. Za to widzowie go kochali, mimo że w tym samym czasie na ekranie królował megaheros Hans Kloss. Serial „Kapitan Sowa na tropie” to dla reżysera również pierwsze pojawienie się na ekranie we własnym filmie. Bareja, podobnie jak Alfred Hitchcock, uwielbiał grać drobne epizody, czasami rozrastające się (jak w „Zmiennikach”) do całkiem sporej roli.

Był to ostatni poważny projekt kryminalny, w którym brał udział Stanisław Bareja. 11 lat później reżyser sparodiuje ten gatunek w „Brunecie wieczorową porą”.

MAŁŻEŃSTWO Z ROZSĄDKU (1966)

Od „Małżeństwa z rozsądku” datuje się już niepodzielne królowanie komedii w dorobku Stanisława Barei. Bohaterem jest skromny, biedny malarz Andrzej, poznający kobietę swego życia, mającą nieuczciwych rodziców i niechcianego kandydata na męża. Rodzice owi, poznawszy Andrzeja, postanawiają go wykorzystać w swych nieuczciwych machinacjach z praniem brudnych pieniędzy. A Andrzej pragnie tylko szczęśliwego związku z Joanną i wspólnego mieszkanka z funkcjonalnymi mebelkami, kupionymi w bardzo korzystnym systemie ratalnym.

Dla mnie osobiście to najlepszy film Stanisława Barei z lat 60. Mamy tutaj chyba najbardziej bajkowo wystylizowaną oprawę plastyczną, z przepięknie sfotografowanym warszawskim Starym Miastem, Barbakanem, bazarem Różyckiego i landszaftami ze spadzistymi dachami budynków. Wśród postaci jest podupadające hrabiostwo, wyjęte wprost z przedwojennej farsy. Przez fabułę przewija się uliczna kapela, której lider, Tadeusz Chyła, śpiewa bardzo wpadającą w ucho piosenkę. Właśnie – piosenki. W „Małżeństwie z rozsądku” jest ich mnóstwo, ale Bareja nie popełnił błędu „Żony dla Australijczyka”. Są one integralną częścią tej komedii romantycznej. Po latach nadal można z przyjemnością popatrzeć i posłuchać, jak młody Daniel Olbrychski wyśpiewuje miłość do Elżbiety Czyżewskiej, wówczas już gwiazdy filmowej pierwszej wielkości.

Z drugiej strony natomiast zauważalny jest coraz większy ładunek satyry obyczajowej, skierowanej przeciwko absurdom dnia codziennego i małej ludzkiej chciwości. To, co Bareja rozwinie za kilka lat, w łagodnej, lecz wyraźnej formie jest ważną częścią „Małżeństwa z rozsądku”: rodzice Joanny, zastanawiający się, jak by tu bezpiecznie ulokować lewe pieniądze; fałszywy inżynier Kwilecki, kradnący włóczkę z sąsiedniej przędzalni czy też aparat inwigilacji, ukazany pod postacią bardzo tajnego agenta, granego przez Wojciecha Pokorę.

PRZYGODA Z PIOSENKĄ (1969)

Po kilku latach przerwy, Stanisław Bareja ponownie nawiązał współpracę z przedwojennym duetem artystycznym Jerzy Jurandot – Marek Sart. Efektem był musical „Przygoda z piosenką”. Jego treścią są perypetie młodej piosenkarki Marioli, która po zdobyciu Nagrody Publiczności na festiwalu w Opolu wyjeżdża do Paryża, by tam zrobić karierę. Oczekiwane splendory jednak nie przychodzą, więc skruszona gwiazdka wraca do kraju…

Film ten z całą pewnością trzeba uznać za największą pomyłkę w karierze Stanisława Barei, który, nie wiedzieć czemu, postanowił zdyskontować własne osiągnięcia w liczbie piosenek na kilometr bieżący taśmy filmowej i porwał się na zrobienie regularnego filmu muzycznego. W dodatku zrobił to we współpracy z przeterminowanymi, przedwojennymi autorami, z którymi zresztą pracował już przy „Mężu swojej żony”. Gniot z piosenkami, śpiewanymi przez Bohdana Łazukę, Irenę Santor, Barbarę Krafftównę, Sonię Sulik i samego Zdzisława Maklakiewicza, tak nie spodobał się publiczności, że w efekcie „Przygoda z piosenką” zakończyła kinowy żywot na 57. miejscu pod względem oglądalności w 1969 roku. Jest w nim za to zaskakująca sekwencja a’la Fred Astaire, z Maklakiewiczem tańczącym po ścianach.

Tak lata 60. zakończyły się dla Stanisława Barei. Był to czas debiutu, ostrożnego i bezpiecznego poznawania technik realizatorskich i narracyjnych oraz pierwszych prób przemycania do swych dzieł tego, co reżyser w pełni zaprezentuje w kolejnych dekadach.

Ostatnio dodane