Robin Williams: Kompletna biografia aktora | FILM.ORG.PL

Robin Williams: Dzięki za wszystko, Kapitanie – biografia








Filip Jalowski
13.08.2014


Strony: 1 2 3 4

Dla pokolenia dorastającego w latach dziewięćdziesiątych Robin Williams był kimś wyjątkowym. Jego roześmiana twarz przywodzi na myśl wspomnienia z czasów dzieciństwa. Gdzieś tam, dawno temu, były kapsle, karteczki, kartridże do Pegasusa, klocki Lego, był i on. Hook, Pani Doubtfire, Jumanji, Flubber – długie godziny spędzone przed ekranami kineskopowych telewizorów. Właśnie dlatego samobójstwo aktora dotyka wielu z nas tak bardzo. Wraz ze sobą Williams zabrał kawałek naszego dzieciństwa. Kiedy odchodzi ktoś, kogo zna się od lat, warto się pożegnać. Ja również czułem taką potrzebę. Traktuję ten tekst jako symboliczną świeczkę. Dzięki za wszystko, Kapitanie.

***

williams-matka

Przed spotkaniem Roberta Fitzgeralda Williamsa, Laura McLaurin zarabiała na życie jako modelka. Zawód męża i otwierające się przed nim perspektywy zawodowe zadecydowały o tym, że niespełna trzydziestoletnia kobieta zrezygnowała z dalszego podążania tą ścieżką. Para zostawiła za plecami bagienne tereny Luizjany, będące domem Laury, i przeniosła się do tętniącego życiem Chicago. Robert, pnący się po kierowniczej drabinie firmy założonej przez Henry’ego Forda, był w stanie zakupić tam duży i dobrze wyposażony dom. Jedynym elementem, który dzielił małżeństwo od realizacji amerykańskiego snu był brak potomstwa. Sytuacja nie trwała jednak długo. Po narodzinach pierwszego syna, Roberta, 21 lipca 1951 na świat przyszło ich drugie dziecko. Chłopiec został nazwany Robin, Robin McLaurin Williams.

W żyłach młodzieńca płynęła iście wybuchowa mieszanka. Anselm J. McLaurin, prapradziadek Robina, był szanowanym i statecznym gubernatorem stanu Mississippi. Jego błękitna krew mieszała się jednak z tą intensywnie czerwoną, o wiele bliższą normalnemu życiu. Williams mógł pochwalić się korzeniami angielskimi, walijskimi, szkockimi, irlandzkimi, niemieckimi oraz francuskimi. Przodkowie Anselma musieli przebyć niegdyś długą drogę, zwiedzając przy okazji spory kawałek Wysp Brytyjskich. Młodego Robina nie interesowały jednak genealogiczne zawiłości. Przez długi czas jego głównym problemem była otyłość oraz związany z nią brak akceptacji ze strony rówieśników. Właśnie z tego powodu najmłodsze lata upływały Williamsowi pod znakiem samotnych zabaw w wielkim, pustym domu rodzinnym. Pewność siebie powróciła do niego dopiero w szkole średniej, kiedy to tusza została pokonana przez regularne uprawianie zapasów oraz lekkiej atletyki. Ten okres życia był dla Robina ważny jeszcze z jednego powodu. Chłopak zorientował się, że dobrym sposobem na zdobycie szacunku wśród innych dzieciaków jest doprowadzenie ich do śmiechu.

W 1967 ojciec Williamsa skorzystał z prawa do wcześniejszej emerytury. Rodzina opuściła Chicago i przeniosła się do słonecznej Kaliforni. Na miejscu Robin ukończył edukację w Redwood High School i zdecydował się na podjęcie studiów politycznych w męskim college’u w Clermont. Prócz grania w piłkę nożną, jednym z zajęć dodatkowych wybranych przez chłopaka były lekcje improwizacji aktorskiej. Pozornie nic nie znaczący wybór okazał się jednym z przełomowych momentów w życiu Williamsa. Aktorstwo okazało się czymś, co sprawiało mu ogromną satysfakcję. Wkrótce Robin porzucił kurs politologii i, po krótkim epizodzie z klasą teatralną w Marin College, dostał się do prestiżowej Julliard School, mieszczącej się w Nowym Jorku.

williams-revee

Mimo bardzo dużej ilości kandydatów, to właśnie Williams znalazł się w wybranej dwudziestce. Co więcej, po zakończeniu pierwszego etapu nauki opiekun roku – John Houseman, znany chociażby ze współpracy z Orsonem Wellesem – stwierdził, że do dalszej drogi gotowych jest jedynie dwóch uczniów. Pierwszym z nich był Christopher Reeve, drugim Robin Williams. Panowie zaprzyjaźnili się na tyle, że to właśnie Williams był jednym z pierwszych gości, jakich przyjął Reeve po swoim feralnym wypadku w roku 1995. Sparaliżowany aktor wspominał, że dzięki wizycie kumpla uśmiechnął się i stwierdził, że jakoś to będzie. Wchodząc do pokoju Reeve’a Williams już od progu wcielił się w rolę rosyjskiego doktora, który przyszedł do pacjenta, aby przeprowadzić zabieg kolonoskopii. Zresztą, aktor odkrył w sobie talent komediowy o wiele wcześniej. Jego fascynacja stand-upem oraz własne próby mierzenia się z tą trudną sztuką doprowadziły do tego, że zdecydował się porzucić Julliard i powrócić na zachodnie wybrzeże. W drodze do Los Angeles towarzyszyła mu Valerie Velardi, tancerka, pierwsza małżonka oraz przyszła matka jego syna, Zachary’ego.

Przybysz z innej planety

Po powrocie do Kalifornii Robin Williams występował w wielu klubach, które gromadziły spragnionych humoru mieszkańców Miasta Aniołów. Jego stand-upowe popisy musiały odbić się echem wśród lokalnych producentów, ponieważ w roku 1977 aktor otrzymał swój pierwszy telewizyjny angaż – pojawił się w autorskim programie Richarda Pryora, znanego w Polsce głównie jako rozkrzyczany niewidomy z filmu Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. NBC szybko porzuciło, zdaniem wielu niesłusznie, chęć kontynuacji The Richard Pryor Show. Nie znaczy to jednak, że Williams na stałe pożegnał się z telewizyjnymi odbiornikami. Niedługo po rólce u boku czarnoskórego komika, aktor zawitał do biura Garry’ego Marshalla, twórcy niezwykle popularnego sitcomu Happy Days. Marshall planował właśnie odcinek specjalny, w trakcie którego jeden z bohaterów serialu przedstawiającego wyidealizowane życie w Ameryce lat pięćdziesiątych zostaje porwany przez kosmitów. W trakcie przesłuchania do roli, jeśli wierzyć legendom, Williams zachował się jak przybysz z innej planety. W momencie, gdy Marshall poprosił go o zajęcie miejsca, ten miał próbować usiąść na głowie producenta. Twórca Happy Days znalazł swojego kosmitę. Dla Williamsa drzwi biura Marshalla miały okazać się natomiast drzwiami do wielkiej kariery.

mork

Aktor wykreował w serialu rolę Morka, przybysza z odległej planety Ork. Mimo tego, że główny zarys postaci stworzyli scenarzyści serii, to duża część dialogów i zachowań postaci była owocem szalonej improwizacji samego Williamsa. Amerykańscy widzowie dosłownie zakochali się w nowym bohaterze. Występ w Happy Days okazał się tak dużym sukcesem, że stacja ABC z marszu zdecydowała się na stworzenie spin-offu, w którym główną rolę odgrywałby właśnie popularny kosmita. Już w roku 1978 na antenie pojawił się sitcom Mork & Mindy. Williams odgrywał w nim rolę znaną widzom z Happy Days, zmianie uległo jednak tło jego wygłupów. Mork nie rozśmieszał już na tle Ameryki doby lat pięćdziesiątych, lecz odwoływał się do problemów znanych współczesnym mieszkańcom Stanów (tłem serialu stały się oczywiście lata siedemdziesiąte). Seria odniosła duży sukces. Zakończono ją po emisji niemal stu odcinków, w roku 1982. W tym czasie Williams był bardzo dobrze rozpoznawalnym stand-uperem (w roku 1978 zrealizował dla HBO show zatytułowany Off The Wall, w roku 1982 odnowił natomiast współpracę występem An Evening with Robin Williams), rozpędu zaczęła nabierać również jego kariera w Krainie Snów.


Strony: 1 2 3 4





  • hejho

    to sie nazywa hołd. cudowny tekst o cudownym aktorze.

  • Remik

    Świetny artykuł!
    Zauważyłem tylko jeden błąd we frag. o Fisher Kingu. „Fisher King po dziś dzień pozostaje jednym z najmocniejszych punktów w filmografii Brytyjczyka”. Terry jest z USA ;)

    • steppenwolf1982

      zgadza się, ale już od lat 60-tych posiadał również obywatelstwo brytyjskie, a w pewnym momencie oficjalnie zrzekł się również obywatelstwa amerykańskiego

      • Fidel

        Przyznam szczerze, że zawsze mam problem z Gilliamem, bo ze względu na Monty Pythona zawsze postrzegałem go jako Brytyjczyka, a skoro sam Gilliam tak bardzo chce nim być, to i tak niech pozostanie :d

      • Remik

        Nawet nie wiedziałem, że zrzekł się obywatelstwa. Thx za info :)

  • Paweł Kędziora

    Świetny tekst, lecz jednego nie kapuję. Porównujesz Bezsenność i Zdjęcie w Godzinę, pisząc:

    W kontekście filmowego emploi aktora ciekawa była w szczególności rola w
    drugim z wymienionych filmów. Thriller psychologiczny opowiadający o
    niezrównoważonym psychicznie pracowniku sklepu fotograficznego, był w
    zasadzie pierwszym tytułem, w którym Williams wcielił się w postać
    jednoznacznie złą.

    Ja bym raczej stwierdził, że pod tym względem te dwie postacie są raczej równe, a nawet w Bezsenności Williams był bardziej zły. Myślę, że wielu się ze mną zgodzi.

    • Fidel

      Fincha z „Bezsenności” zapamiętałem jako postać nie tyle bezwzględnie złą, co słabą, tchórzliwą, usiłującą wysłużyć się innymi. Ze „Zdjęcie w godzinę” pamiętam klasycznego psychopatę. Stąd taka konstrukcja zdania ;)

      • Grifter

        Może jestem dziwny, ale dla to był po prostu koleś, który oszalał z samotności. Zresztą, żaden z niego psychopata, socjopata prędzej…

        • Remik

          Ja też miałem wrażenie, że to bardziej postać tragiczna niż typowo negatywna.

  • Robert

    Tak, tak. Po śmierci same superlatywy i pierduzachwyty, a prawda jest taka,że nikt się nie przejmował, co robi od 10 lat, bo właśnie przez tyle lat nie zagrał żadnej konkretnej roli. Żałosne próby zbudowania pomnika osobie, która na niego nie zasługuje i żałosne próby złożenia hołdu komuś,kogo wszyscy już dawno zapomnieli,ale teraz będą zgrywać znawców kina i wielkich fanów jego talentu komediowo-dramatycznego.

    • #ile_można

      Drogi Robercie – weźże się Pan odpierdol od tego portalu i idź poczytać coś, co Ci się spodoba. Każdy Twój komentarz to smęcenie, że „to niedobre”, „tamto żałosne” itp, itd.

      Nawet do martwego Williamsa musisz się przyjebać…. to jest dopiero słabe, człowieku.

      • Robert

        Jakiego portalu? Nawet w tym komentarzu dopatrujesz się krytyki gburnego i prostackiego zachowania tutejszych userów? Słabe jest właśnie takie tworzenie teorii spiskowych

        • Fidel

          Panowie, albo rozmawiamy o Williamsie/tekście, albo kończymy offtop ;) Miejsce na kolejną kłótnie dotyczącą motywacji Roberta nie znajduje się w komentarzach. Do tego celu sugeruję poszukanie innych kanałów komunikacji :)

    • Kazik

      ale Robert ma trochę racji. Być może to co trzymało Williamsa przy życiu pomimo jego choroby, to ten okres w jego karierze kiedy grał ważne role w ważnych chwilach. To się skończyło i nagle musiał jeszcze bardziej stawić czoła temu co go dręczyło. No i sobie nie poradził. Zaś stawianie mu pomnika, pisanie o tym, że był świetnym aktorem (bo był), jest słuszne. Jest to jakaś forma zadośćuczynienia, że w którymś momencie świat o nim zapomniał.

  • Koleś

    „W Przebudzeniach Penny’ego Marshalla”

    Penny Marshall to kobieta

    • Fidel

      Poprawione, dzięki.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota - Chewbacca

Następny tekst

Revenge of the Green Dragons - trailer



Strony: 1 2 3 4

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE