Roman Polański - ranking filmów | FILM.ORG.PL

Ranking filmów Romana Polańskiego








Rafał Oświeciński
21.07.2012


Jakiś rok temu na stronie KMF zadebiutował ranking filmów braci Coen, a pozytywna reakcja czytelników skłoniła nas do częstszego sięgania po tego typu formę prezentacji filmografii najważniejszych twórców. Już niedługo kolejne rankingi.

Roman Polański zawsze budził emocje.

Krótkometrażówki młodego Romana zdumiewały, jak żadne inne. Debiut zaszokował władze i zaskoczył sukcesem, który nawet dzisiaj jest szalenie trudny do przeskoczenia. Kolejne filmy udowadniały, jak genialnym reżyserem stawał się Polański bez względu na to, gdzie i w jakim języku kręci (Anglia, Stany, Francja, Polska). Możemy być dumni z tego, że Polak jest autorem jednych z najlepszych horrorów w historii kina, że odpowiada za jeden z najlepszych obrazów noir i jeden z najważniejszych obrazów wojennej tragedii. I że jego filmy są oglądane pod wszelkimi szerokościami geograficznymi, są lekturami obowiązkowymi każdego kto chce być tzw. kinomanem. To twórca wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, którego dzieła za 100 lat będą niekwestionowanymi klasykami kina. Żaden inny polski twórca – a na pewno nie przychodzący pierwszy na myśl Andrzej Wajda – nie zaistniał tak mocno w świadomości widzów na całym świecie.

Zaszczytem dla każdego aktora na świecie jest granie u Polańskiego, bo wiadomo, że wyciśnie on siódme poty ze wszystkich, z którymi współpracuje, wliczając w to siebie samego. To inspiruje, motywuje.

Tak, jest to laurka, ale całkowicie zasłużona.

Pamiętajmy, że życie Polańskiego to liczne skandale z jego udziałem (ze słynnym molestowaniem na czele), przygody z narkotykami, hedonizm pełną piersią. Istotne są dwie tragedie, których był uczestnikiem: był świadkiem wojennego okrucieństwa wobec Żydów oraz został dotknięty zbrodnią, którą na jego ciężarnej żonie, Sharon Tate, popełniła banda Charlesa Mansona. Wszystko to z jednej strony z pewnością miało wpływ na Polańskiego jako artystę, a z drugiej jednak strony reżyser wciąż pozostaje wierny pewnym ideom, swemu stylowi, sposobom przyglądania się ludziom, ich charakterom, prawdziwym obliczom.

Polański budzi emocje też dzisiaj, w tym roku mija bowiem 50 lat od premiery „Noża w wodzie”. Jest tym samym jednym z bardzo niewielu wciąż aktywnych artystycznie twórców – obok Clinta Eastwooda,  Woody’ego Allena, Milosa Formana, Mike’a Nicholsa i kilku innych – urodzonych 80 lat temu. Niedawno gościliśmy na ekranach dwa dokumenty o życiu i twórczości Polańskiego („Wanted and Desired”, „Moje życie”) oraz „Rzeź”, 19 długi metraż jego autorstwa. W księgarniach mamy kilka biografii oraz autobiografię, portale plotkarskie co jakiś czas sięgają do najświeższych wydarzeń z osobistego życia Polańskiego… Roman Polański jest WAŻNY. O Romanie się mówi, Romana się ogląda, Romana się słucha.  To jeden z najważniejszych żyjących reżyserów. Co do tego nikt nie może mieć wątpliwości.

Zapewne większość naszych czytelników zna filmy Polańskiego. Jednak wszyscy mają jakieś ewidentne braki w znajomości jego filmografii, niech więc ranking będzie zachętą do dokładniejszego poznania (i oczywiście przypomnienia, bo filmy Polańskiego są wielokrotnego użytku).

Głosowali członkowie klubu oraz Forum KMF. Dzięki za głosy i komentarze.


 

Paweł Edelman: Na planie Romana zawsze staramy się stosować rozwiązania najprostsze. Wybieramy taki punkt widzenia, z którego można całą sytuację najlepiej opisać, czasem to, co w scenie najważniejsze, podkreślamy bliższym planem albo ruchem kamery. W jego filmach nigdy nie ma stylistycznych zawijasów – są tylko środki, które w organiczny sposób wynikają z tego, co dzieje się między postaciami. I jeśli jego filmy mają w sobie niesłychaną intensywność i prawdę, to dlatego, że jest w nich jedynie to, co niezbędne. Zresztą ten minimalizm Romana już dawno bardzo mnie zaraził – przejąłem od niego chyba zasadę, żeby nie udziwniać, ale opowiadać jak najprościej.

 

19.          Co? (Che?, 1972)

W pewnym sensie (scenariusz – przyp. red.) odzwierciedlał absurdalność i ekstrawagancję odchodzących w przeszłość lat sześćdziesiątych (…) „What?” to pierwszy film, jaki udało mi się ukończyć przed terminem. Mieszkałem w San Pietro di Positano, wspaniałym hotelu wbudowanym w urwisty brzeg porośnięty begoniami. Zjeżdżałem windą prosto na pomost, z którego na nartach wodnych, w promieniach wschodzącego śródziemnomorskiego słońca, dostawałem się na plan. Sam film nie jest wart specjalnej uwagi. Odniósł duży sukces we Włoszech, miał powodzenie w innych krajach europejskich, zrobił klapę w Ameryce. 

Nie zdołałem obejrzeć do końca. Film kompletnie o niczym. Jakbym oglądał zapis wakacji Romka. Zero humoru, zero treści, ludzie sobie łażą po willi, jedzą, opalają się i uprawiają seks. To wszystko, czyli niestety kompletna strata czasu. [Azgaroth]

18.          Oliver Twist (2005)

Chciałem nakręcić film dla swoich dzieci. Byłem im to winien. One zawsze były zainteresowane moja twórczością, ale nie jej tematyką. Na planie „Pianisty” spędziły 2 miesiące, ale to był dla nich za trudny film. Mam nadzieję, że tym razem sprawiłem im radość.(… ) Dopiero w czasie kręcenia filmu zdałem sobie sprawę, że mam w sobie wiele z tego chłopca. Ja – tak jak on – wiem, co to znaczy iść wiele kilometrów w butach bez skarpetek z poranionymi stopami. Wiem też, jak ludzie odnoszą się do dziecka, które nie ma nikogo. Prawie nigdy nie jest to miłe. Dla sieroty nie jest najgorsze to że jest głodny, czy jest mu zimno, ale sam fakt, że nie ma rodziców.

Po traumatycznych przeżyciach związanych z realizacją „Pianisty”, po Oscarze dla najlepszego reżysera, po ogólnej glorii i chwale, które spłynęły na Romana, Polański postanowił zekranizować najsłynniejszą powieść Dickensa, przenoszoną wcześniej na ekran niezliczoną chyba ilość razy. Historia Olivera Twista przypominała mu bowiem jego własne tułacze losy w czasie wojny, gdzie musiał żyć na ulicy i jakoś sobie radzić… Co Roman zaproponował? Troszkę mroczniejszą i brudniejszą wizję, która jednak dość płynnie wpisuje się w schemat kina familijnego. Opowieść kupy się trzyma – wszak trudno schrzanić samograj. Kostiumy, zdjęcia, scenografia, aktorstwo – wszystko świetne. Pytanie tylko – gdzie się w tym wszystkim czai sam Polański, jego styl, myśl i sposób przyglądania się ciemnej stronie natury ludzkiej? Wszystko, co brzydkie i złe, to zasługa samego Dickensa. Polański to tylko przeniósł na ekran, trochę bez pomysłu, bez większej oryginalności. [desjudi]

 Właśnie problem w tym, że do kina familijnego Twist nie przystaje, jest zbyt brudny, straszny, dzieciarnia nie wytrzymywała w kinach (porażka box office). Dla starszych z kolei historia jest zbyt prosta i zbyt ograna. I tak film uniwersalny z założenia staje się filmem jedynie dla miłośników Romana. [wujo444]

  

17.          Dziewiąte wrota (The Ninth Gate, 1999)

Depp wzbogacił graną przez siebie postać. Wyobrażałem sobie Corso nieco inaczej, ale Johnny zawsze trafiał we właściwy ton. Ani przez moment nie wydaje się sztuczny, w jego kreacji nie ma ani jednej fałszywej nuty. Są aktorzy, którym trzeba wszystko wyjaśniać punkt po punkcie, jeśli chce się, by zagrali jak należy, ale z Johnnym jest inaczej. On kieruje się instynktem.  

Polański sięga po prozę Arturo Perez-Reverte „Klub Dumas”. Drugi raz, po „Dziecku Rosemary”, Roman bierze się za tematykę satanistyczno-okultystyczną. Johnny  Depp gra bibliofila, która wpada na trop Lucyfera… Oczywiście nie jest to typowy horror, choć w kilku momentach bawi się dosłownością. Nie jest to też kryminał, choć ma jako-taką intrygę z trupami w tle. Nie jest to romans, choć jest miejsce na miłość. „Dziewiąte wrota„ to przedziwnego typu misz-masz gatunkowy, w którym wszystko z sensem gra, choć bardzo nieśpiesznie, powoli, cierpliwie. Jak z czytaniem książek – to czynność wymagająca ciszy, skupienia, uruchomienia wyobraźni. Polański uderzył w te właśnie tony – narracja i forma idealnie współgrają z bibliofilskim klimatem opowieści, aż czuć wypływającą z ekranu stęchliznę przewracanych kart starych ksiąg. Hipnotyczny nastrój, niezwykłe zdjęcia Khondjego, muzyka Kilara – to największe zalety „Dziewiątych wrót”. [desjudi]

No fantastyczny klimat, intryga cudownie, małymi kroczkami się rozkręca, napięcie narasta, atmosfera gęstnieje i wszystko idzie pięknie do momentu końcówki, która powoduje mocne wykrzywienie twarzy w grymasie „WTF?” A miało być tak pięknie”…  [Rozalia]

  

16.          Piraci (Pirates, 1986)

Walter Matthau: Polański nalegał, abym robił 20 pompek dziennie zamiast chodzenia na siłownię. Aktorzy mieli być rozciągnięci i sprawni, a trzeba powiedzieć, że kilka dekad wcześniej miałem zawał i wstawiono mi bypassy. Całe szczęście czułem się dobrze. Polański zabrał mnie też do dentysty, ponieważ prawdziwi piraci mieli przecież popsute zęby. Musiałem „popsuć” zęby, ponieważ zbliżenia na twarz mogły pokazać wszystko.


Najważniejszy fakt związany z „Piratami” to fakt  wielkiej wtopy finansowej. Swego czasu chyba najbardziej spektakularnej. Ale nic dziwnego jeśli producenci decydują się na budowę repliki hiszpańskiego galeonu – nie makiety, dekoracji, efektu specjalnego, ale REPLIKI 1:1. Statek stoi obecnie w porcie w Genui. Można zwiedzić za 5$. Koszt produkcji „Piratów” miał oscylować wokół 15 baniek, a skończyło się na 40. A zarobił w USA? 1,65 miliona. Poza Stanami – niecałe 5. Powiedzieć porażka, to powiedzieć za mało. To katastrofa.

Jest to wina i chaotycznego scenariusza, i braku znanych nazwisk w obsadzie (Nicholson odmówił), bo za gwiazdora Walter Matthau nie może być uznawany (choć rola znakomita!). Zamiary Polańskiego były jasne – wskrzesić kino przygodowe pełną gębą dorzucając do znanej wszystkim konwencji szczyptę brudnego realizmu epoki. Jak się to udało? Cóż, nie jest to film tak dynamiczny jak współcześni „Piraci z Karaibów”, nie jest tak zawadiacki jak „Wyspa piratów” z Geeną Davis. Ale jest to sprawnie opowiedziana historia, mocno komediowa, chwilami widowiskowa. Innymi słowy – „Piraci” zdecydowanie nie zasłużyli na niesławę. [desjudi]

Dla mnie ten film to czysta magia. Kurczę, widziałam go chyba setki razy w kinie jeszcze, kiedy byłam małym smarkiem. Puszczali go codziennie wieczorem i w niedzielne poranki a cena biletu nie przekraczała dzisiejszych 5 zł. A to dlatego, że to było małe miasteczko, w kinie mieli wyświetlać „Aliens”, ale kopia nie dochodziła – więc zamiast tego obniżano cenę biletu i do znudzenia puszczano „Piratów”. Po trzech, czterech tygodniach w kinie przesiadywali Ci sami ludzie oglądając po raz enty ten sam film i myślę, że każdy bawił się przednio – bo inaczej nikt by nie przychodził na seans. Fakt, że wszyscy liczyli, że w końcu puszczą „Aliensów”, ale kiedy wychodził smutny pan z kasy i za każdym razem mówił „Aliensów niet, bydą Piraty” to nikt z kina nie uciekał, co świadczy o magii tego filmu. Zupełnie nie rozumiem, jak można było go nie docenić. Dla mnie ten film to kino przygodowe pełną gębą z pierwszej ligi. I być może właśnie dlatego, że okręt to nie makieta ale replika w skali 1:1 sprawił że na wielkim ekranie prezentował się wręcz tak fantastycznie. [Monika]

Jeżeli tam jest jakaś magia czy przygoda to ja tego nie zauważyłem. Akcji praktycznie nie ma, a całość niesamowicie przynudza. Postacie to standardowy zestaw komiksowych piratów, żadna nie jest na tyle ciekawa, żebym mógł ją zapamiętać na dłużej. Nie pamiętam, żeby jakaś scena zrobiła na mnie jakieś większe wrażenie. Humoru również nie uświadczyłem. Kino przygodowe to ewidentnie nie jest bajka Polańskiego. [Azgaroth]

Film jest tragicznie wręcz słaby. Nieczęsto zdarzają się filmy podczas seansu, których przez większą część czasu muszę walczyć z sennością. Szkoda, bo lubię takie klimaty. Pamiętam że po raz pierwszy oglądałem ten film, (czy też raczej „próbowałem go obejrzeć”, bo na pewno nie dotrwałem do końca) jakieś 20 lat temu, czyli w dzieciństwie, i puszczali go w TV w tym samym dniu (lub dzień później) co „Karmazynowego Pirata”, na długi czas te dwa tytuły stały się dla mnie wyznacznikiem dobrego filmu o piratach i kiepskiego filmu o piratach. Do obydwu powróciłem kilkanaście lat później i o ile „Karmazynowy” w miarę się trzymał i miło było sobie go przypomnieć, to z „Piratami” powtórzyła się sytuacja sprzed lat. Tym razem, co prawda, przetrwać mi się udało, ale bardzo wątpię bym kiedykolwiek spróbował po raz trzeci. Choć akurat Matthau był jednym z nielicznych plusów. Drugim była lekko zaskakująca końcówka. [Gieferg]

 

15.          Matnia (Cul-de-sac, 1966)

Na wysepce (Holy Island, gdzie kręcono „Matnię – przyp. red.) dała nam się wyraźnie we znaki klaustrofobia. Żyliśmy zanadto stłoczeni, stąd masa przeróżnych skarg – na kwatery, na jedzenie, na postępowanie innych członków ekipy. Łosoś z Tweed cieszy się reputacją najlepszego na świecie, ale kucharze w pubach gotowali go tak długo, aż mięso stawało się czymś w rodzaju szarawego klastru (…) Kolonia szczypawek, któe zagnieździeły się w mojej  przyczepie, rozmnażała się w niepokojącym tempie. Kiedy wracałem zmordowany po całym dniu pracy, w łóżku aż roiło się od tych błyszczących, wijących się insektów. 

„Matnia” jest filmem pewnej epoki, która się skończyła. W stylu, który dziś wygląda na „przekombinowany” i w gatunku, który zmierzcha. Widzę to i rozumiem skąd przyszło. To prawda, że za pierwszym razem film się dłuży i nudzi. Jednak kolejne podejście wydobywa z niego intrygującą historię w atmosferze zamknięcia, odludzia, świetne zdjęcia. Może nie wracam do „Matni” tak często jak do bliskiego jej „Wstrętu”, ale nie jest nietrafiona. Niedowiarkom polecam „What?”, co ostatecznie dowodzi, że Polański raczej nie jest reżyserem umiaru ;-) [Vera]

To pierwszy film Polańskiego, który zupełnie do mnie nie trafił. Za dużo tu komediowych, głupkowatych wstawek, brak gęstniejącego klimatu, zupełnie niewyczuwalna atmosfera zagrożenia. I mega-irytujący główni bohaterowie, których ma się ochotę powystrzelać od pierwszej minuty. Marzyłam o tym, by się jak najszybciej skończyło… [Rozalia]

Poniekąd się zgadzam, chociaż wszystko to, co temu filmowi zarzucasz, było chyba zamierzonymi działaniami. Taki pastisz thrillera trochę, odwrócenie relacji jakie zwykle panują między postaciami w tego rodzaju filmach. Mi też film nie podszedł właśnie poprzez w/w elementy i przez tą cholerną polańską groteskę – w małych dawkach fajnie doprawia jego filmy, ale oglądać ją pełen metraż to tak, jakby zjeść naraz łyżkę soli… Ale jednak „Matnię” w pewien sposób szanuję – taka ambitna porażka trochę, właśnie poniekąd ze względu na wypięcie się na oczekiwania widza i dociśnięcie pedału do oporu.  A, jeszcze jedno – bardzo elegancka jednoujęciowa scena na plaży. [Jarod]

Mnie również „Matnia” nie podeszła i klasyfikuje się u mnie jak na razie zdecydowanie pod koniec rankingu. Najbardziej w oczy kole wspomniana już wyżej nadmierna groteska, a jedyną wartą uwagi rzeczą jest moim zdaniem kreacja Pleasence’a. [Berus]

„Matnia” nie jest taka zła. Mnie się podobało i oceniam 8/10. Świetne aktorstwo w wykonaniu trójki głównych bohaterów. Ciekawy, duszny klimat. I atmosfera zaszczucia, będąca znakiem charakterystycznym Romka. Zaszczuty jest tutaj przede wszystkim George i nie chodzi o samą sytuację przetrzymywania w domu przez gangstera. George jest więźniem czegoś większego, jakiejś maski, która do niego przylgnęła. Jest jak tchórzliwy kurczak, których pełno na wyspie. Muzyka także jest świetna i jest ciekawie użyta – słyszymy ją chyba tylko wtedy, gdy Teresa włącza gramofon. Zdjęciom też nie mogę nic zarzucić, a niektóre nawet zapadły mi w pamięci, więc jest bardzo dobrze:) Główny minus jest taki, że film choć nie długi, bywa nużący. [patyczak]

Bardzo fajny film. Uwielbiam styl jakim potrafi operować Polański w skromnych, dziejących się na niewielkiej przestrzeni filmach jak „Cul de sac”, czy „Nóż w wodzie”. To oraz specyficzne poczucie humoru + kapitalna muzyka Komedy (chociaż troszkę jej mało i niezbyt wyeksponowana) sprawiają, że „Matnia” to jedna z moich ulubionych komedii. Nie rozumiem osób piszących o przesadzonej grotesce i głupkowatych scenach komediowych – ile ja bym dał, żeby teraz się kręciło takie „głupkowate” komedie… Psychologia głównych postaci i ich reakcja na zaistniałe wydarzenia jest tutaj przecież bezbłędna, świetnie zagrana. Dla mnie niezwykle ciekawym było oglądanie jak George radzi sobie z sytuacją, to on jest najważniejszą figurą w tej historii i chyba od tego, czy „kupimy” jego kreację zależy ocena całego filmu. Gdybym miał się do czegoś przyczepiać, to zwróciłbym uwagę na niespodziewaną wizytę gości, która absolutnie nie wykorzystuje swojego dramaturgicznego potencjału, a sami aktorzy cierpią trochę na syndrom „gram w groteskowym thrillerze, więc zachowuję się odpowiednio groteskowo”. Film zyskałby również na tym, jakby go skrócić o parę minut, bo zupełnie niepotrzebnie trwa prawie dwie godziny.[Simek]

Mi się podobało. Film jedyny w swoim rodzaju, dziwaczy pokręcony thriller gdzie raz jest śmiesznie, a raz strasznie. Zwłaszcza początek filmu jest udany i chyba najśmieszniejszy. Udane zdjęcia, gra aktorska (do tego bardzo ładna Françoise Dorléac). Jedyne co średnio mi pasowało do reszty filmu to zakończenie. Wydawało mi się zbyt dramatyczne, jak na taką komedię. [Azgaroth]

 

14.          Tragedia Makbeta (The Tragedy of Macbeth, 1971)

 W Makbecie widać niewiele krwi – która leje się obficie w pierwszym z brzegu filmie Sama Peckinpaha – ale okrucieństwo jest w nim realistyczne. „Makbet” to sztuka okrutna, a ja nigdy nie uznawałem uników. Komisja kwalifikacyjna, zarzucając mi eksponowanie przemocy, zezwoliła na rozpowszechnianie z adnotacją „tylko dla dorosłych”, a jedna z pań uznała za rzecz nie do przyjęcia, że „taki miły chłopczyk” zostaje w „bestialski sposób zamordowany”. Większość amerykańskich krytyków uznała, że robiąc ten film chciałem się oczyścić. W rzeczywistości wybrałem „Makbeta”, ponieważ miałem nadzieję, że przynajmniej Szekspir nie wzbudzi żadnych podejrzeń. Po zbrodniach „rodziny” Mansona mój następny film, obojętnie jaki, nieuchronnie spotkałby się równie wrogim przyjęciem. Gdybym zrobił komedię, oskarżono by mnie o gruboskórność. 

Pierwszy film Polańskiego po zabójstwie Sharon Tate. Brutalny, okrutny, surowy – takiego Makbeta nikt jeszcze nie widział. Niektórzy widzieli w tym filmie walkę Polańskiego z demonami przeszłości, mocną depresją.  Niewątpliwie to jeden z najmniej znanych filmów Romana. Zresztą, ekranizacje dramatów szekspirowskich  nigdy nie cieszyły się wielką popularnością (docenienie to co innego), tym bardziej jeśli mamy do czynienia z adaptacją tak odważną i tak inną od dotychczasowych.  [desjudi]

Przygotujcie się na dołujący, snujący się klimat i dużo gadania, ale jak wejdziecie w rytm i przyzwyczaicie się to doznacie niesamowitego talentu reżyserskiego Romka. Ogólnie Makbet wymiata, ale łatwym filmem nie jest. Pamiętam fajny motyw jaki Polański obmyślił z lustrami w przepowiedni czarownic dla Makbeta. Pamiętam też masakrę na zamku, która faktycznie jest bardzo krwawa. Ale to wszystko jest in plus. In minus natomiast idzie największa wpadka Makbeta, czyli końcowy atak wojsk szkockich na zamek Dunsinane, którego ułomna reżyseria sprawia, że wygląda jak odgrywane przez polskich studentów i miłośników rycerstwa bitwy pod Grunwaldem albo pod Malborkiem na 600-lecie którejś z nich :) Naprawdę, strasznie to wygląda. Uwielbiam Romka, ale dla mnie Tragedia Makbeta udowadnia, że do wielkich widowisk to on się nie nadaje. [Rodia]

Makbet to moja ulubiona sztuka Szekspira, ale niestety na filmie to się zawiodłem. Cały czas miałem wrażenie sztuczności i teatralności obrazu. Zarówno scenografie jak i kostiumy bardziej nadawały się do teatru telewizji niż do filmu. Zabrakło odrobinę epickości, która w Makbecie byłaby na miejscu. Niestety Polański, jak ma reżyserować sceny gdzie jest więcej niż 4 aktorów, to się gubi. Poza tym było nudnawo, zabrakło tempa opowieści i czegoś co by przykuło uwagę. Scenariusz oczywiście zajebisty, ale to już zasługa Szekspira niż Polańskiego ;) [Azgaroth]

               

13.          Tess (1979)

Kręcenie „Tess” trwało tak długo, że ekipa techniczna i aktorzy stali się czymś więcej niż zbiorowiskiem ludzi zgromadzonych ad hoc w celu zrobienia filmu. Powoli przekształcaliśmy się w prawdziwą wspólnotę, żyjącą według własnego rytmu zaznaczonego anrodzinami, śmiercią, romansami i rozwodami, przeżywającą chwile przekomiczne lub niezwykle tragiczne. Byliśmy niczym wędrowny cyrk, który w połowie sierpnia przetoczył się przez Normandię, jesienią i zimą przez Bretanię i powrócił wiosną do miejsc poznanych wiele miesięcy wcześniej. Zauroczył nas przepiękny francuski krajobraz. Idylliczna atmosfera tamtych miesięcy przeniknęła zapewne do filmu. Dla mnie był to epizod szczególnie ważny, doświadczenie o niezwykłej sile oczyszczającej. 

Znam takich, którzy TESS uważają za najlepszy film Romana Polańskiego. Nie ma ich zbyt wielu, co nie zmienia faktu, że film jest znakomity i to pomimo porażki finansowej, której doświadczył Roman. To też pierwszy film zrobiony „na wygnaniu”, po oskarżeniach o gwałt na 13-latce.  Kostiumowy melodramat. To wiele mówi. Do tego pięknie nakręcony (Oscar). Stylistycznie w opozycji do wszystkiego, co robił Polański, choć w treści zbliżony do tego wszystkiego, do czego zdążył przyzwyczaić – osaczenie, fatalizm, zło. Czyli melodramat na opak w kostiumie wcale nie takim pięknym. Brutalizm miesza się z poezją, delikatnością, zwiewnością (których uosobieniem jest śliczna Nastasja Kinski).  Film powstał z dość osobistego powodu – Sharon Tate, niedługo przed śmiercią, wręczyła mu egzemplarz książki Thomasa Hardy’ego „Tess of the d’Urbervilles” z sugestią jakoby to doskonały materiał na kolejny film Romana. [desjudi]

Długo wzbraniałam się przed obejrzeniem tego filmu – zupełnie niepotrzebnie – mino iż jest szalenie długi i statyczny, to sposób narracji niesamowicie wciąga i widz dosłownie wsiąka w opowieść. Bije z niego niesłychany smutek, wywołany chyba poczuciem nieuchronności losu bohaterki, który naprawdę porusza.  Cudowny klimat, piękne zdjęcia i boska Nastazja Kinsky razem tworzą jeden z najwspanialszych filmów Polańskiego. [Rozalia]

12.          Gorzkie gody (Bitter Moon, 1992)

Potrzebowałem intelektualisty, kogoś, kto potrafi myśleć, poliglotę. Peter Coyote był kimś takim, a dodatkowo to aktor, z którym bardzo łatwo się współpracuje. Czasem intelekt przeszkadza, ale  tak naprawdę najlepsi aktorzy są jednocześnie bardzo inteligentni. 

Peter Coyote: Jeśli zamierzasz pracować z reżyserem pokroju Romana, nie możesz chronić swego dotychczasowego wypielęgnowanego wizerunku (…) Pływaliśmy po Paryżu polując na złą pogodę. Wieczorami graliśmy w blackjacka i uprawialismy hazard. To była świetna zabawa, jak bycie na obozie z najfajniejszymi ludźmi na świecie. 

Polański o seksie. O destrukcyjnej sile namiętności. Jeśli ktoś czytał powieści Michela Houellebecqa, ten powinien kojarzyć podobne miłosne nastroje, w których depresja miesza się z romantyzmem, szczęście z nieprzewidywalnością losu. Kino wyjątkowe ze względu na odwagę w pokazywaniu sadomasochistycznych zabaw (ale bez szokowania), świetną rolę ponętnej Emmanuelle Seigner i początkującego w aktorstwie Hugh Granta. No i Peter Coyote, dla którego była to pierwsza i ostatnia ważna rola. Ten film idealnie obnaża swego odbiorcę. Można w nim dostrzegać tylko skandalizujący erotyk, którym Polański chciał wrócić na szczyt, ale można też ujrzeć to o czym faktycznie ów obraz jest. Sięgając po temat erotycznych fascynacji, w których znajdują się elementy sadomasochistyczne, analizuje Polański coś znacznie ważniejszego, zatem typowe zachowania ludzkie, uczucia, destrukcyjną siłę miłości. (Arrakin, w recenzji)

Niesamowicie gorzka i boleśnie prawdziwa opowieść o gasnącym pożądaniu, okraszona odrobiną perwersji i znakomitym aktorstwem. Emanuelle Seignier jest uwodzicielska i piękna jak zawsze, ale prawdziwym zaskoczeniem jest świetna rola Hugh Granta – króla komedii romantycznych w totalnie antyromantycznym filmie! Świetne zdjęcia, wciągający klimat i bardzo smutna refleksja na temat kolei wydarzeń następujących w związkach – „Lovers should quit when their passion is at its peak…not wait until its inevitable decline…”. Dla mnie to najwspanialszy film Polańskiego i jeden z ukochanych filmów ever. Choć romantycznie zakochanym nie polecam :P [Rozalia]

 To chyba nie jest przypadek, że kobiety zawsze wystawiają temu filmowi  10/10 a jak nie 10/10 to ocenę o wiele wyższą niż faceci.  Nie lubię tego filmu, nawet bardzo, ale jak dla mnie mówi on ciekawą rzecz o Polańskim – facet ma zdolność kręcenia filmów, które w dziwny sposób przenikają do duszy i wrażliwości wąskiej grupy odbiorców. Ale jak już przenikną to centralnie trafiają w sam środek, żeby nie powiedzieć punkt G. Polański potrafi zanurzyć się w mrocznych otchłaniach ludzkiej duszy i pokazać je tak, że wielu ludzi odnajdzie w nich odbicie tego co ukryte w ich własnych wnętrzach. „Bitter Moon” jest modelowym wręcz przykładem tej zdolności (nie wspominając już o tym, że udowadnia różnorodność Romka, który potrafi tworzyć komedie, kryminały, adaptacje historyczne, dramaty…) i chyba dlatego u wielu dostaje 10/10. U mnie ma 5.5, ale to też dobrze :P Ja osobiście jedyną rzecz jaką zapamiętałem z tego filmu to straszliwe, chore wręcz okrucieństwo w jakie postacie wpadają wobec siebie nawzajem. To co się dzieje między Mimi, a Oscarem to jest jakiś Meksyk – najbardziej sadystyczne przedstawienie miłości jakie chyba w życiu widziałem, poziomy poniżenia i tortur zarówno psychicznych jak i fizycznych jakie oboje tu osiągają wobec siebie to jakaś totalna masakra i zrównanie idei romantycznej miłości z ziemią. Nadal pamiętam scenę jak Mimi daje Oscarowi na urodziny pistolet. Czizas. No ale i tak nie lubię tego filmu :) [Rodia]

    

11.          Nieustraszeni pogromcy wampirów (The Fearless Vampire Killers, 1967)

Miałem wyświetlić Wampiry paru szefom MGM w Nowym Jorku (…) Nikt nie miał czasu na obejrzenie filmu. Kiedy wreszcie udało mi się zorganizować pokaz, zjawił się tylko stary, malutki wiceprezes mówiący z silnym rosyjskim akcentem. W czasie projekcji odebrał jakieś dziesięć telefonów i wyszedł co najmniej na 10 minut. NIe odezwał się ani słowem, najwidoczniej zajęty ważniejszymi sprawami. Zacząłem się zastanawiać, z kim ja właściwie pracuję: wysygnowali na ten film ponad dwa miliony dolarów, musiałem walczyć ze wszystkich sił o system Panavision, dłuższy okres zdjęć, porządne dekoracje, odpowiednie plenery, a teraz nie raczą nawet rzucić okiem na gotowy produkt. Taki jest Hollywood: rozpuszczony, kapryśny bachor, który ryczy, żeby dostać zabawkę, a kiedy tylko ją dostanie, natychmiast wyrzuca z kojca. 

Wygłup? Zgrywa? Parodia? Dwaj goście na tropie wampirów w Transylwanii. Jeśli ktoś szuka przedziwnego połączenia horroru z komedią – Nieustraszeni Pogromcy Wampirów są dobrym wyborem. To pierwszy kolorowy film Polańskiego i pierwszy, który nie zjednał sobie krytyki, choć po latach ma gdzieniegdzie status kultowego i często jest stawiany w jednym rzędzie z inną zgrywą horrorową pt. „Rocky Horror Picture Show”.[desjudi]

Pierwszy raz widziany i nieskończony z powodu późnej pory emisji, po raz drugi obejrzany stał się jednym z najmilej wspominanych filmów w filmografii Polańskiego. Film raczej nie straszy, ale za to paroma gagami potrafi rozśmieszyć, a Polański zalicza naprawdę dobry występ jako ciapowaty pomocnik profesora. [Berus]

Ja najmilej z Pogromców wspominam cudowną warstwę wizualną, która swoją zamierzoną sztucznością i bajkowością tworzy wspaniały, właśnie bajkowy, odrealniony, nawet trochę liryczny klimat, jakby żywcem wyjęty z podań o hrabi Draculi z Transylwanii. I dla tej właśnie oldschoolowej estetyki, która urzeka od pierwszych kadrów, z chęcią kiedyś do tego filmu wrócę. [Rodia]

Powiedzmy, że jak na tak wyświechtany temat, dzieło Polańskiego broni się bezpretensjonalnością. Młody Polański gra bardzo sympatycznie. Zaś gagi są niewymuszone i lekkie. [paj]

        

10.          Śmierć i dziewczyna (Death and the Maiden, 1994)

Rafael Yglesias, scenarzysta: Kiedy obejrzałem w nowojorskim teatrze „Śmierć i dziewczynę”, bardzo mi się spodobała i doszedłem do wniosku, że powinno się nią przenieść na ekran. Urzekły mnie dramatyzm, świetnie skonstruowani psychologicznie bohaterowie i suspens. Od początku najlepszym kandydatem na reżysera był dla mnie Roman. Powiedziałem mu o tym i przyznał mi rację (…) Pracowaliśmy razem nad tekstem i dużo o nim rozmawialiśmy. Z drugiej strony pamiętaj, że kiedy pracujesz z jakimkolwiek reżyserem, to ostateczne decyzje zawsze należą do niego i nic na to nie poradzisz. Albo to zaakceptujesz, albo wasze drogi się rozejdą. Z Romanem dogadywałem się świetnie. To wybitny reżyser. 

Najważniejsza jest przestrzeń – zamknięta i ograniczona do jednego pomieszczenia, w którym Sigourney Weaver przesłuchuje Bena Kingsleya. Polański, obserwując ten dramat rozgrywany na kilkudziesięciu metrach kwadratowych (+niewielkie plenery), daje niesamowity popis tego, jak się powinno budować napięcie filmowe polegając tylko na sile scenariusza i aktorstwa.

Często jak przerabiam twórczość jakiegoś reżysera to prędzej czy później trafię na film, który dziwnym trafem przeszedł bez echa, a ja go momentalnie uznaję za jedną z najlepszych prac w dorobku danego reżysera. Miałem tak z „Blow Out” De Palmy, ostatnio z „Człowiekiem, którego nie było” Coenów i miałem tak właśnie z tym filmem. Napięcie w „Śmierci i dziewczynie” można kroić nożem, zwroty akcji są nieprzewidywalne, klimat gęsty, gra aktorska genialna, a zakończenie rozwalające. Może to przez to, że uwielbiam filmy „gadane”, a „Death…” jest bardzo gadane. To chyba zresztą był jeden z jego zarzutów – że większość treści zostaje przekazana dialogami, a nie obrazem. No ale nic na to nie poradzę, uwielbiam ten film. [Rodia]

 

9.            Frantic (1988)


Jeffrey Benjamin Gross, scenarzysta: Moja pierwsza współpraca z Romanem Polańskim. Żyłem życiem głodującego pisarza w Paryżu: mały pokój, trochę żywności, budżet 2 dolary dziennie. Dostałem telefon z  Warner Brothers, żebym stał się „doradcą od idiomów” w nowym filmie. Poszedłem do mieszkania Polańskiego dźwigając pod pachą przenośną maszynę do pisania i tłumaczenie kilku stron scenariusza. Polański zaczął mi streszczać całą historię, po czym zapytał: 

– Co o tym sądzisz?

– Czy to wszystko? – odpowiedziałem – Historia jest bardziej dziurawa niż szwajcarski ser.  

– Dobrze – powiedział Roman – im bardziej sceptyczny jesteś, tym lepiej.

I tak rozpoczęła się współpraca, która trwała 56 dni pod rząd. 

Rasowy thriller z gwiazdą w roli głównej. Facet przyjeżdża do Paryża ze swą żoną. Melduje się w hotelu, bierze prysznic, wychodzi z łazienki, a tu? Nie ma żony. Zniknęła. Porwali ją, uciekła? Harrison Ford nie wie nic, więc wkurwiony idzie na poszukiwanie i zderza się przede wszystkim z francuską biurokracją oraz nielicznymi śladami zaginięcia sugerującymi…  Więcej nie ma sensu zdradzać. To świetny film, trzymający w napięciu, zaskakujący, znakomicie zagrany przez Forda, będącego wówczas u szczytu popularności, na który nigdy już nie wrócił (po Star Wars i Indianie, ambitniejszym Mosquito Coast i Witness, a tuż przed Working Girl i Ostatnią Krucjatą). 20-milionowy budżet nie zwrócił się w pełni, tym niemniej to udana mieszanka dramatu jednostkowego z klasycznym kinem sensacyjnym. [desjudi]

Frantic to kapitalna rzecz! Sposób w jaki Polański nakręcił scenę porwania żony Forda powinno się pokazywać na zajęciach dla adeptów reżyserki na całym świecie. Nie jest to może rzecz wybitna, nie są to największe momenty Romana, ale jest klasycznie, interesująco i przede wszystkim świetnie w kwestii napięcia. Myślę, że jeśli ktoś nie miał z filmami Polańskiego do czynienia wcześniej to śmiało może rozpocząć swoją przygodę z ,,Frantikiem” właśnie, który zaintrygować niewątpliwie potrafi. [Krove]

Poziom Frantic jak dla mnie różni się znacząco w pierwszej i drugiej połowie – pierwsza to absolutnie genialnie wyreżyserowany thriller, wolny, cichy, spokojny z zegarmistrzowską precyzją dawkujący napięcie, a druga wygląda jakby za film wziął się inny reżyser – tu coś wybucha, tu coś strzela, ganiają się, rach-ciach ten tego i w ogóle wszystko się zaczyna rozłazić. I ten spadek poziomu jest strasznie wyraźny na przestrzeni tych dwóch połówek. [Rodia]

Uwielbiam ten film! Wspaniały kryminał z cudownie gęstniejącym z każdą minutą klimatem, z narastającym poczuciem bezsilności i zagrożenia, z krążącym złowieszczo, po urokliwych uliczkach Paryża, fatum w roli głównej i z czymś bliżej nieokreślonym – fascynującym i przerażającym jednocześnie – pulsującym pod powierzchnią. Genialne i chyba charakterystyczne dla Polańskiego przedstawienie relacji dwóch osób na poziomie fascynacji połączonej z przerażeniem i strachem. A Emmanuelle Seignier i jej taniec w czerwonej sukience to po prostu kwintesencja słowa seksualność i jedna z najbardziej zmysłowych scen w historii kina.  [Rozalia]

 

8.            Rzeź (Carnage, 2011)

Jodie Foster: Wielu reżyserów pracuje na różne sposoby i przeskakuje między gatunkami oraz stylistykami, zostawiając oczywiście jakąś cząstkę siebie w każdej z tych odmiennych historii. Z Romanem jest inaczej, konsekwentnie dąży do efektu, który sobie założył. Wszystkie decyzje podejmuje osobiście. Często oznacza nasze ustawienie na planie, sam ustawia kamerę, spaceruje ze swoim wizjerem, którego nie widziałam na planie od 20 lat. Jego wizjer jest odrapany i pochodzi jeszcze pewnie z czasów „Noża w wodzie”. Ma własną wizję tego, co chce osiągnąć na ekranie, ale wszystko to należy do jego osobistego leksykonu filmowego. Inny reżyser zrobiłby na tej bazie kompletnie odmienny film. To fascynujące przeżycie obserwować, jak jego styl nabiera konkretnego kształtu.

Świetny teatr! Tak, teatr, bo mimo, że film, to Polański nie zdołał strząsnąć z historii jej teatralności. Bynajmniej nie jest to jednak zarzut – szczególnie, że całość ogląda się świetnie. Przyczepić mógłbym się jedynie do początku – tu być może jest to kwestia wychowania i backgroundu, ale wydał mi się on totalnie nierzeczywisty. Do reszty nie mam już zastrzeżeń – świetny koncert czwórki aktorów. A że ludzie biorą go za komedię, to się nie dziwię, bo sam parskałem śmiechem co chwila – miejscami jest to co prawda śmiech przez łzy, ale jednak… [Mefisto]

Przy „Social Network” większość osób włącznie ze mną zwracała uwagę, jak film oparty wyłącznie na dialogach potrafi przykuć uwagę, ale to „Carnage” zasługuje w tej kwestii na pochwałę, bo nie ma tu dynamicznego montażu, efektownej muzyki i setek krótkich scenek, tylko jedno mieszkanie i cztery osoby. Bomba. [Mierzwiak]

Bardzo solidny film z błyskotliwymi kreacjami aktorskimi – przy czym dla mnie osobiście bardziej „rozwalające” były role męskie. „Rzez” od początku do końca angażuje świetnymi dialogami i dynamiką całej akcji. Cala historia mocno wciąga, a bohaterowie budzą sympatię. Do tego naprawdę inteligentny humor. Jedyne co mi zgrzytało, to nagły stan upojenia alkoholowego obu pań po zgoła jednym drinku. C’mon, serio tak można? ;) Ogólnie jestem co najmniej usatysfakcjonowana, bo dostałam dokładnie taki produkt, na jaki liczyłam i szczerze cieszę się, ze reżyser obdarzony tak genialnym poczuciem humoru jak Polański, wziął się wreszcie za nakręcenie prawdziwej komedii  [Rozalia]

Niesamowite jak na tak małej przestrzeni i przy tak niewielkich środkach można stworzyć tak dobry film, który nie dość, że nie nudzi, to bawi przez cały seans. Oczywiście mówiąc o niewielkich środkach, nie mam na myśli aktorów, którzy zagrali rewelacyjnie! I chyba rzeczywiście duo męskie lepiej wypadło. Naturalnie Waltz był rewelacyjny, ale Reilly też dał czadu:) A co do ról kobiecych to wcale nie twierdzę, że postać grana przez Winslet była denerwująca. To raczej Penelope (Foster) mnie irytowała, a postać Winslet wręcz przeciwnie. Co by tu się długo nie rozpisywać. Dawno tak się nie uśmiałem w kinie. Naprawdę dobry film, czy jak to woli teatr. Zresztą nie ważne, ważne że to dobre, nawet bardzo. [Lawrence]

Największym problemem jaki miałem w czasie oglądania było to, że Romkowi nie udało się naturalnie sportretować tej sytuacji. To na pewno przede wszystkim kwestia sztuki i scenariusza, a jednak przeszkadzało mi to. Nie miałem wrażenia normalności tej całej sytuacji. Innymi słowy – normalni ludzie nigdy by się tak nie zachowali. Normalni ludzie już dawno wyszliby z tego mieszkania i się pożegnali. W dodatku od samego początku Polański buduje między bohaterami antagonizmy, często w sposób tak nad-wyraźny i nad-ekspresyjny, że zupełnie nie mam wrażenia jakbym oglądał prawdziwą sytuację. Bohaterowie są postawieni przeciwko sobie dosłownie na wszystkich wymiarach – społecznych, zawodowych, ideologicznych, charakterologicznych – co jeszcze bardziej wzmaga wrażenie, że całość jest wyreżyserowana i udawana. Nie wiem, pewnie wam to nie przeszkadzało, ale mi strasznie. Poza tym, widać, że pani Yasmina Reza obmyśliła swoje dzieło tak, żeby z pozoru błaha sytuacja przerodziła się w poważne rozważania nt. życia, osobowości, statusu społecznego itp. i cały film wręcz krzyczy tym zamierzeniem. Ale największym bólem „Rzezi” jest nijakie zakończenie, które nic nie rozwiązuje, nic nie zmienia i tworzy wrażenie, że tak naprawdę cała ta sztuka do niczego nie prowadziła. Natomiast! – końcowe ujęcie prowadzi mnie do wniosku, że – wbrew pozorom – „Rzeź” jest tak naprawdę dziełem na wskroś optymistycznym. Rzekłbym wręcz, że to chyba najbardziej optymistyczny film Romka jaki widziałem. [Rodia]

 

7.            Lokator (ang. The Tenant, fran. Locataire, Le, 1976)

Wiedzieliśmy, że gros budżetu pochłonie niełatwa, złożona z wielu elementów dekoracja, tło dla znacznej części akcji: stara, zapuszczona paryska kamienica. Scenograf Pierre Guffroy, perfekcjonista, który pracował przy wszystkich francuskich filmach Bunuela, zrobił coś tak zbliżonego do rzeczywistości, że właściwie dom wydawał się zamieszkały i naprawdę wart był sumy przekraczającej pół miliona dolarów. Ponieważ musieliśmy ograniczyć się do dwóch pięter – hala studia w Epinay nie pozwalała na więcej – podwoiliśmy wysokość fasady za pomocą olbrzymiego lustra umieszczonego na płask u stóp budynku. Początkowa sekwencja, w której posłużyłem się zdalnie kierowaną kamerą na podnośniku, należy do najbardziej wymyślnych, o jakie się pokusiłem: najpierw widzimy budynek z zewnątrz, po czym po drobiazgowych oględzinach fasady kamera wnika do bramy, by ukazać wnętrze mieszkania dozorczyni. 

To jest chyba mój ulubiony Polański! Na pewno nie najlepszy, nie najdoskonalszy, ale pochłonął mnie najbardziej i to pochłonął totalnie. W ,,Lokatorze” nienamacalne wygrywa pierwsze skrzypce. Jest w tym filmie rodzaj hipnotyzującej atmosfery i prawie, że fizycznie wyczuwanego obłędu i paranoi. Akcja rozwija się powoli, ale wciąga jak bagno. Momentami ciemno się robi przed oczami.
Zgrabnie przechodzi Polański od stosunkowo prostej, sąsiedzkiej niesnaski do totalnie wykręconej fantazji, w której główny bohater finalnie ląduje. Dzięki tej precyzyjnej, niespiesznej narracji naprawdę trudno do końca wyczuć moment, w którym całość nabiera totalnie złowieszczego charakteru i staje się samonapędzającym się koszmarem. A w tym wszystkim Polański – aktor, który swoją nijakością w jakiś sposób wydał mi się cholernie bliski i dzięki temu zaangażowanie sięgnęło zenitu. Jeszcze jedna rzecz. ,,Lokator” naprawdę straszy! Kiedy oglądałem film po raz pierwszy sam, w pustym mieszkaniu to czułem się naprawdę nieswojo. Dużo bardziej niż na Rosemary, czy Wstręcie. Dla mnie kapitalna rzecz! [Krove]

Nie lubię tego filmu. Owszem, psychodelia w nim osiąga górne granice wytrzymałości i film świetnie straszy – tego nie neguję. Ale przede wszystkim „Lokator” jest dla mnie prawie że dokładną kalką „Wstrętu” i za to już ma minusa. Poza tym – nie wiem, ale jakoś nigdy nie potrafiłem zrozumieć sensu całej historii, tzn. dlaczego Roman nagle się przebiera za tę laskę co wcześniej zeskoczyła z balkonu, na jakiej zasadzie dokonuje się to przekazanie tożsamości z jednej osoby na drugą. Poza tym, zakończenie jest tak debilnie głupie i przegięte, że włosy stają dęba :P [Rodia]

Dla mnie to „najstraszniejszy” Polański – zrobił na mnie większe wrażenie niż „Wstręt”, bo zwyczajnie bałam się potem zasnąć. O ile we „Wstręcie” sensowniej jest nakreślone narastanie obłędu, wytłumaczone chorobą psychiczna, tak Lokator zwyczajnie lepiej sprawdza się jako straszak, horror. [Rozalia]

Wiem, że to zabrzmi trochę banalnie, ale skończyło się tak, bo taki los był bohaterowi od początku pisany. Wszystkie filmy Romana naznaczone są takim fatalizmem – podobnie sprawy mają się z „Chinatown”, „Tess”, „Autorem widmo”. Nie brałbym też tej opowieści specjalnie dosłownie – mamy do czynienia z dziełem silnie zsubiektywizowanym czy też traktowaną na tym forum jak kiła metaforą. Dla mnie „Lokator” to rzecz nie tyle o chorobie psychicznej, co o wyalienowaniu i zaszczuciu przez społeczeństwo. Bohater jest człowiekiem z zewnątrz, nieprzypadkowo gra go właśnie sam Polański, który kimś podobnym był przecież w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowe znaczenie przyniosła opowieści również niedaleka przyszłość, kiedy to reżyser sam stał się ofiarą (przynajmniej na pewno z jego perspektywy) podobnego jak Trelkovsky zaszczucia. [Albertino]

  

6.            Autor widmo (The Ghost Writer, 2010)

Ewan McGregor: Polański jest twardy dla aktorów. Znęca się nad tobą do momentu, gdy przestaniesz grać, a zaczniesz czuć. Jest obcesowy, więc trzeba mieć grubą skórę, ale ja go polubiłem. Gdy został aresztowany w Szwajcarii, byłem wściekły. 

Paweł Edelman: Roman nie przychodzi na plan z naszkicowanymi wcześniej, z góry wykoncypowanymi rozwiązaniami – te rozwiązania rodzą się podczas prób. Każdego ranka Roman spotyka się z aktorami – bez kostiumów, bez makijażu, bez ustawionego światła. Ta poranna próba polega głównie na głębokiej analizie tekstu: w jakim miejscu jest bohater, jak się zachowuje, jak myśli. Co robi akurat w tym wnętrzu, jaki to ma związek z tym, co działo się wcześniej, i z tym, co dopiero ma się wydarzyć. Kiedy próba się kończy i scena nabiera materialnego kształtu, najtrudniejsze momenty stają się całkowicie naturalne, bo wynikają z charakteru postaci. Wtedy zastanawiamy się z Romanem, jak to sfilmować.

„Ghost writer” nie jest może filmem na miarę „Dziecka Rosemary” czy „Chinatown”, ale pozostaje świetnie nakręconym thrillerem, który nie tylko nie lekceważy inteligencji widza, ale pozwala w równym stopniu delektować się znakomicie poprowadzoną rozgrywką między postaciami, jak i zgrabną fabułą. Przy tym został on zrealizowany „po bożemu”, w pełnym klasy stylu, którego możemy doświadczać coraz rzadziej – żadnego podprogowego montażu, żadnego operatora z ADHD z kamerą na stałe przyrośniętą do ramienia, co przy dzisiejszym sposobie „serwowania” filmów jest zaletą samą w sobie. Reżyserowi udało się w doskonałej równowadze zachować walory rozrywkowe i inteligentną treść. Jednym słowem, „Ghost writer” to pierwszy od wielu, wielu lat film Polańskiego, którym udowadnia, że jest w znakomitej formie i jako twórca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. [Kelley, fragment recenzji]

Historia „widmowego” pisarza wrzuconego w sam środek polityczno-kryminalnej zawieruchy wydaje się być wręcz skrojona pod Polańskiego i jego stylistykę, bo niemal każdy jego film dotyczy człowieka w pułapce, otoczonego przez czynniki leżące poza jego kontrolą i całkowicie bezradnego.  Jest wolno prowadzony, miejscami można powiedzieć, że za wolno, ale tutaj tkwi właśnie jedna z jego najmocniejszych stron – nie wiem jak Polański to robi, ale przez cały film, w każdej scenie widz nie ma pojęcia co się stanie za chwilę i oczekuje absolutnie wszystkiego. Przedstawienie historii z punktu widzenia ghosta i zagadkowość spotykanych postaci owocują ciągłą niepewnością jaką się odczuwa w czasie seansu. Poza tym rolę tu też odgrywają rozmowy, przede wszystkim niejasność, niedomówienia i podteksty, które w nich dominują. Reżyser potrafi tak poprowadzić aktorów, że o prawdziwej treści konwersacji nie mówią słowa, ale ukryte gesty, mimowolne skrzywienia twarzy czy jakiś niepozorny ruch. Często gdy pokazuje dwójkę rozmawiających ludzi, to jedno z nich wychodzi z kadru, a on jeszcze przez chwilę pokazuje tę drugą osobę – tak jakby znowuż chciał w widzu wywołać niepewność, co też za tym wyrazem twarzy może się kryć i co ta osoba może knuć. Polański potrafi tak nakręcić obraz, że nie ma żadnych momentów luzu, od każdej postaci możemy się spodziewać, że wbije bohaterowi ni stąd ni z owąd nóż w plecy i nie ma się pojęcia co się wydarzy za chwilę. Mistrzostwo :) Jeśli film ma jakiś problem to jest nim scenariusz. Pomimo całego drobiazgowo zbudowanego klimatu i narracji prowadzącej widza od poszlaki do poszlaki, wcale nie miałem wrażenia, że historia zwarcie i elegancko zawinęła się w sobie na końcu – moim skromnym, pewne sceny były niepotrzebne i czasem prowadziły widza na manowce. [Rodia]

Cała techniczna pieczołowitość wydaje się dla mnie hołdem dla Hitchcocka – który bardzo często mówił przekornie, że kręci film nie dlatego, żeby opowiedzieć jakąś historię, ale dla pewnego wyzwania warsztatowego, tricku, który miał w jeszcze większym stopniu zintensyfikować doznawane wrażenia. Podobne rozwiązania stylistyczne znajdujemy u Polańskiego – np. użyta kolorystyka w motelu (pomarańcz i zieleń + twarz tonąca w mroku), w którym mcgregor czeka na informatora do złudzenia przypomina tę kluczową scenę z ZAWROTU GŁOWY; bardzo dziwnie zniekształcone ujęcie palącej papierosa cattrall, czy finałowe przekazywanie karteczki (skupienie na detalu – mcguffin!). Poza tym zimne i wyrachowane kobiety (platynowa blondynka, jest!) to znak rozpoznawczy kina hitchocka, a także ewoluująca oprawa muzyczna niczym z PSYCHOZY. To i jeszcze wiele innych rzeczy, którym należało by się przyjrzeć (a nie pamiętam) zachęcają do ponownego seansu. Koniecznie w kinie! [Morolg]

Świetne kino z gatunku tych, które ogląda się ze 100% zainteresowaniem i skupieniem nawet w tak trywialnych momentach jak „główny bohater przeglądający w samochodzie zgromadzone materiały”. Gdyby taka historia trafiła w ręce Hitchcocka, mielibyśmy pewnie klasykę wymienianą w sąsiedztwie takich tytułów jak „Vertigo” czy „North by Northwest”, a tak mamy „tylko” kolejny znakomity film Polańskiego. [Mierzwiak]

 

5.            Nóż w wodzie (1962)

Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że każdy aktor wymaga innego podejścia. Stosunkowo łatwo było prowadzić Leona Niemczyka: wystarczyło mu pokazać, czego od niego chcę, aby to wykonał. W przypadku Malanowicza szybko zrozumiałem, że tradycyjna reżyseria daje wręcz odwrotny skutek. Musiałem odwołać się do metody Stanisławskiego budując  powoli nastrój, delikatnie nakłaniając go, by wszedł w skórę młodego gniewnego, którym miał być na ekranie (…) Ale krzyż pański, i podczas zdjęć, i poza planem, mieliśmy z moim basenowym odkryciem – Jolantą Umecką (…) Naturalność, brak wszelkiej sztuczności, które tak mi początkowo zaimponowały, okazały się przejawem autentycznie cielęcego temperamentu.

Polski i nie polski zarazem. Polskie plenery, polskie Mazury, polscy aktorzy, ale sposób opowiadania, budowania napięcia, inscenizacji – obcy, jakby amerykański. Zresztą, nawet Gomułka się wówczas wkurwił na Romana, bo „Nóż w wodzie” w jego ocenie był zbyt kosmopolityczny i skupiony na przyjemnościach życia, nie na trudzie pracy i budowaniu socjalistycznego szczęścia. Polański zaproponował tu zupełnie inne kino, niż współcześni mu Wajda, Has, Kawalerowicz, Konwicki, Różewicz (od których zresztą Polański był ok. 10 lat młodszy), którzy podnosili z gruzów polską kinematografię sięgając w głąb traumatycznych przeżyć wojennych. Thriller psychologiczny? Kryminał? Dramat obyczajowy? Trudno powiedzieć, bo „Nóż w wodzie” to miks gatunkowy, w którym główną rolę grają napięcie seksualne, zagrożenie i zaskoczenie doskonale odgrywane przez Leona Niemczyka (nie docenić nie sposób!), seksowną Jolantę Umecką i nieokrzesanego Zygmunta Malanowicza. W tle genialna muzyka Krzysztofa Komedy. W 2009 roku na Festiwalu Filmowym i Artystycznym „Lato Filmów” Polański & Skolimowski & Goldberg dostali nagrodę za najlepszy scenariusz w historii polskiego kina. „Nóż w wodzie” to niekwestionowany klasyk, jeden z najlepszych debiutów fabularnych w historii świata i zarazem film, który się zwyczajnie nie zestarzał mimo 50 (!) lat na karku. [desjudi]

Nadal jeden z najlepszych obrazów siusiakizmu ever, przy właściwie minimalnych środkach. [Artemis]

Ja tam Nóż w Wodzie wielbię całym sobą, bo i to najlepszy polski film jaki w życiu widziałem. Tylko wkurzają mnie zawsze te wszystkie interpretacje mówiące, że to jest niby starcie idealizmu z dojrzałością. No spoko, tylko, że w Chłopaku nie ma żadnego idealizmu, przeciwnie, jest takim samym ch*jem jak jego starszy kolega po fachu, poglądy na świat i na życie mają dokładnie takie same. Stary odpływa na chwilę, a ten już mu bzyka żonę, no kurna :) Żadnego tu idealizmu, raczej pragmatyzm, przebiegłość i zwierzęcość się tu ścierają. [Rodia]

Miarą wielkości tego dzieła jest jego całkowity brak podatności na oznaki starzenia. Oczywiście klimat, muzyka czy też aktorstwo nie mają prawa obrastać kurzem, ale bardzo cieszy to, że nadal podziwiać możemy również zdjęcia, a przede wszystkim najzupełniej aktualny przekaz. Aktualny zawsze i wszędzie. Świetne zobrazowanie ponadczasowej rywalizacji, o której więcej napisał już Rodia. Film bez zarzutu. Jeden z najlepszych Polańskiego i najprawdopodobniej mój ulubiony spośród rodzimych. Choć bardziej pasuje tu chyba etykietka „kręcony w Polsce” niż „polski”. [Galadh]

Nie każdy uznany reżyser może pochwalić się tak udanym debiutem jak Nóż w wodzie. To co wywiera największe wrażenie to wspomniany już wcześniej fakt, że film praktycznie się nie zestarzał. Zarówno pod względem fabularnym jak i realizacyjny. Scenariusz i dialogi to najmocniejsze strony tego filmu. Ukazanie rywalizacji dwóch bohaterów dla samej rywalizacji. Świetna kreacja Leona Niemczyka, trochę gorsza Zygmunta Malanowicza. Pomimo, że akcja dzieje się cały czas na łódce pomiędzy trzema postaciami film jest dynamiczny i nie ma żadnych przestojów, które mogłyby znudzić. Do tego niezłe zdjęcia i muzyka podkreślające klimat filmu. Jedyne do czego mogę się przyczepić to do Jolanty Umeckiej. Drewniane aktorstwo, zero charyzmy. Żeby chociaż ładna była, ale niestety nie jest. Przez większość filmu stanowi jedynie mało potrzebny rekwizyt bez którego fabuła wiele by nie straciła.[Azgaroth]

Cóż za spontaniczny film! Jestem przyzwyczajony do klasycznej filmowej opowieści, a gdyby streścić „Nóż w wodzie” nie otrzymałoby się niczego ciekawego – faceci płyną łódką i się kłócą o to, który ma większego. Polański, jak gdyby zostawił włączoną kamerę na jachcie i poszedł sobie do domu. Spontaniczne jest to, że nie ma tu klasycznej fabuły. Z początku filmu nie możemy wywnioskować jego zakończenia (ja najpierw myślałem, że Malanowicz okaże się jakimś psychopatą). Akcji nie ciągną do przodu zdarzenia, tylko emocje.  Respekt dla Polańskiego, bo w mojej opinii, taki temat nadawałby się jedynie na krótkometrażówkę, którą całą można oprzeć wyłącznie na jednej emocji. A Romek zrobił 90 minutowy film o rywalizacji, w którym nic pozornie się nie dzieje, a wydarzenia nie ciekawią same w sobie. I nie jest nudno:) A Umecka jest całkiem ładna jak rozpuści włosy:P Lekki minus – muzyka. Czasem mnie irytowała. [patyczak]

 

4.            Pianista (The Pianist, 2002)

Szukałem tematu, w którym mógłbym wykorzystać wspomnienia z dzieciństwa, ale który nie byłby moją historią, opowiadaniem o moim życiu. Wykorzystuję najdrobniejsze wspomnienia, używając ich do rekonstrukcji detali, wyglądu ulic, strojów itd. (…) Tutaj nie chodzi o politykę. Chciałem pokazać pewien moment w historii naszego kraju i człowieka, którego otaczają postacie pozytywne i negatywne – Polacy, Żydzi, Niemcy. Wie pan, który Niemiec był dobry? Ten, który uratował Szpilmana.  Unikam stereotypów, usiłuję pokazać to, co pamiętam. Byli ludźmi i zimnymi, i dobrodusznymi. Trzeba zdawać sobie sprawę, że nie wszyscy Niemcy byli nazistami. Gdyby ktoś spojrzał na Polskę w czasach komunistycznych z zewnątrz, mógłby pomyśleć, że pełno tu komunistów. Ale wystarczało bywać w Polsce, żeby wiedzieć, że to nieprawda. Większość bała się, udawała, ale komunistami nie była. Podobnie musiało być w Niemczech. Wielka część społeczeństwa była po stronie Hitlera, ale była też masa tych, którzy się zwyczajnie bali. Część była oburzona, ale udawała, że ma nazistowskie przekonania. Dziś panuje przekonanie, że wszyscy Niemcy wiedzieli o zbrodniach, o Holocauście. Ja jednak jestem przekonany, że nie wiedzieli.

 

Polański mierzy się z wojennym koszmarem, dorzucając własne, bolesne doświadczenia z tego okresu, czyli pobytu w gettcie krakowskim. Przejmująca, autentyczna historia Szpilmana łączy w sobie wszystkie wątki i style obecne w filmografii Polańskiego – zło, zezwierzęcenie, przemoc, skupienie się na jednostce, ograniczenie przestrzeni. Swego bohatera i tragiczne tło buduje kompletnie inaczej niż Spielberg w „Liście Schindlera” – uwypukla rolę przypadku, bojaźni, zagubienia, niczym nieuzasadnionego okrucieństwa, beznadziei losu. Pokazuje dwie strony medalu (Żydzi-ofiary, Żydzi-kaci), epatuje brutalną prawdą, nie bawi się w poetyckie alegorie – Spielberg pokazuje dziewczynkę w czerwonym płaszczyku, a Polański jakby tę samą dziewczynkę pokazuje zabitą na ulicy, z przechodniami idącymi obok.  Kiedyś w recenzji „Pianisty”  napisałem, że Polański igra z naszymi filmowymi przyzwyczajeniami. Zobrazował tragedię inaczej niż Steven Spielberg w „Liście Schindlera”. Tam, gdy oficer SS dokonywał egzekucji i zabrakło mu naboi na ostatnią ofiarę… darował jej życie. Szpilman przygląda się podobnej scenie, tyle, że oficer SS po prostu zmienia magazynek i już skutecznie dokonuje mordu. Polański widza oszukuje. Wydaje się, że będziemy mieli do czynienia z bohaterem wojennym, a tu się okazuje, że Władysław Szpilman przeżył wojenny koszmar… przypadkowo. On sam nie robił nic, był bierny, obojętny, nie walczył, tylko obserwował. Jakby zastygł w miejscu, dziwił się temu absurdowi kiedy Niemiec kopiąc zabija dziecko. I tak to wygląda.

Czy to najlepszy film Polańskiego? Trudno powiedzieć. Bo jest inny, głębszy, porusza zupełnie inne struny, tym razem te intymne z życia reżysera. To na pewno film ważny i odważny, którego ignorować nie sposób i trudno mi sobie wyobrazić niedocenienie tej bezkompromisowej wizji Holocaustu, tym bardziej, że jest pozbawiony martyrologii, która mogłaby być od podobnego rodzaju kina oczekiwana.  [desjudi]

Pamiętam, że za cholerę nie mogłem się zdecydować czy postawić temu filmowi 7.5 czy 8. W końcu dałem 8, a to za genialne ujęcia zniszczonej Warszawy i za megascenę, gdy Szpilman spotyka niemieckiego oficera, który mu później pomaga. To strasznie dziwny film, bo jest bardzo chłodny i oddalony od widza, podobnie jak Szpilman kamera tylko obserwuje to co się dzieje i nie robi nic więcej. Bardzo statyczny film i pamiętam, że to mi się właśnie w nim nie spodobało – cały czas czekałem na coś, a to w końcu nie nastąpiło. Historia po prostu się zakończyła i tyle. I chyba też dlatego w większości rankingów „Pianista” przegrywa rywalizację z „Listą Schindlera”. Strasznie nie lubię, gdy w tekstach próbuje się oceniać który z tych dwóch filmów jest lepszy i krytykować jednego bardziej nad drugim. Ja osobiście wolę „Listę” – właśnie za emocje, genialną historię, pewnego rodzaju bombastyczność nawet. Nic nie mam przeciw dziewczynce w czerwonym, a jak oglądałem ten film lata temu to przy scenie, gdy Żydzi obejmują Schindlera na końcu filmu płakałem rzewnymi łzami. „Pianista” mi tego nie daje, ale nigdy bym nie powiedział, że jest filmem wyraźnie gorszym od „Listy”. Jest inny. I jak po raz kolejny słyszę jakie to masowe łzawe filmidło wysmrodził Spielberg i jakie to o wiele mądrzejsze, poważniejsze i ambitniejsze dzieło nakręcił Polański to mi się robi niedobrze. [Rodia]

Dla mnie to Polański z najmniejsza ilością Polańskiego w sobie. Odnoszę wrażenie, że tak jak w większości filmów Roman skupia się na złu tkwiącym w człowieku, tak tu wyeksponował obecne w ludziach dobro. Znaczy może to śmiesznie brzmi w kontekście filmu o Holokauście, ale Polański koncentruje uwagę na ocalałym w ludziach humanizmie – zupełnie inne spojrzenie niż w pozostałym filmach. Takie najbardziej humanistyczne dzieło w jego dorobku. Nie mowie, ze mi się nie podobało, bo film oceniam na 8/10 i parę razy w życiu do niego wracałam, ale nie czuje w nim tego, co najbardziej kocham w filmach Romana – tego pierwiastka zła, które krąży, drąży i zwycięża w świecie i w każdym człowieku. [Rozalia]

A mnie się „Pianista” bardzo podoba i zaliczam go do swojej czołówki filmów Polańskiego. Świetnie nakręcony. Szczególnie polecam zwrócić uwagę, jak Polański pokazuje wydarzenia w Warszawie. Wszystko widzimy oczami Szpilmana. I tak też świetnie wypadają ujęcia Powstania w Gettcie, czy Powstania Warszawskiego, które widzimy tylko z perspektywy okna mieszkania w którym Szpilman się ukrywa. Może i nie jest najlepszy film Polańskiego, ale na pewno jeden z lepszych i najbardziej osobistych. Do tego nasi rodzimy filmowcy nigdy nie nakręcą takiego filmu o czasach II wojny światowej.  [Lawrence]

3.            Dziecko Rosemary (Rosemary’s Baby, 1968)

Komeda napisał dwie kołysanki do „Dziecka Rosemary”, obie tak świetne, że długośmy się wahali, zanim wybraliśmy tę, która stanowi lejtmotyw filmu. Była może mniej komercyjna, ale lepiej pasowała do kontekstu. Chcieliśmy, by delikatnie, sugestywnie nucona, zabrzmiała na początku filmu. Zamiast zwrócić się do zawodowej piosenkarki, poprosiłem, by zaśpiewała ją Mia Farrow; chodziło mi przede wszystkim o to, by publiczność słyszała głos bohaterki. Zdumiało mnie jak wspaniale Mia wywiązała się z zadania. Nie pierwszy raz mój film nabierał dodatkowego wymiaru dzięki cudownej, pełnej inwencji muzyce mojego przyjaciela Komedy. 

Dla niektórych – najlepszy film Polańskiego.

Dla innych – jeden z najlepszych horrorów wszech czasów.

Dla jeszcze innych – najlepsza filmowa muzyka.
W każdym bądź razie – takiego filmu Polak jeszcze nie zrobił; takiego horroru świat jeszcze nie widział, a jazz Komedy nigdy tak dobrze nie brzmiał. [desjudi]

„Dziecko Rosemary” jest dziełem wybitnym nie tylko dlatego, że zapoczątkowało nowy nurt w kinematografii i podniosło do rangi sztuki gatunek, który przez wiele lat pozostawał w cieniu, niedoceniany przez krytykę i który wciąż przez wielu uważany jest za gorszy od innych. Obraz Polańskiego to przede wszystkim doskonałe kino grozy, budzące drzemiący w nas strach przed nieznanym, które może czaić się tuż za rogiem albo… u sąsiadów za ścianą. [Kelley]

Jedno  z trzech arcydzieł Romka, obok „Noża w Wodzie” i „Chinatown”. Ten film udowadnia jak genialnym adaptatorem literatury jest Polański. Czytałem literacki pierwowzór (jest świetny, niecałe 2 dni lektury, zassał do granic możliwości) i sposób w jaki film odwzorowuje książkę jest absolutnie niesamowity. Romkowi udała się bardzo nietypowa rzecz – stworzył film do granic przyzwoitości wierny książce pod względem nawet najmniejszych szczegółów, ale jednocześnie nie jest to adaptacja wiernopoddańcza bo usunięte zostało parę rzeczy, które filmowi byłyby niepotrzebne. Np. w książce następuje moment, gdy Rosemary czując się opuszczona przez spełniającego się zawodowo Guya jest tak nieszczęśliwa, że na parę dni opuszcza dom i wyjeżdża na działkę po to, żeby w końcu z tęsknoty wrócić. Tego w filmie nie ma, bo i po co, skoro nie ma powodu. Polański za to odwzorowuje konkretne sceny z wiernością niemal zegarmistrzowską, włącznie z tym, że Rosemary zapina guzik u rękawa Guyowi dokładnie w tym samym momencie jak w książce, jak Castevetowie odjeżdżają taksówką niby na lotnisko to wystawiają ręce za okna i Minnie ma białą rękawiczkę (tak jak w książce), a jak Rosemary po ucieczce z mieszkania zostaje schwytana przez Guya i Dr. Sapirsteina i jedzie z nimi do domu na tylnym siedzeniu samochodu to siedzi dokładnie tak jak w książce – pomiędzy nimi :) Szacun Romek :) Uwielbiam ten film, mogę go oglądać setki razy. [Rodia]

Ja początkowo podchodziłam do tego filmu nieufnie, bo niespecjalnie przepadam za tematyką szatanów, diabłów i innych czortów czyhajacych na bezbronnych ludzi :) Oczywiscie moje obawy byly calkowicie bezpodstawne, bo Dziecko Rosemary sprawdza się po prostu swietnie jako angażujący dramat narastajacego osamotnienia i osaczenia cieżarnej kobiety i okultystyczny klimat wcale nie jest jakis nachalny. Co wiecej – do niemal ostaniej chwili nie wiadomo, co sie stalo naprawde i gdyby w ten sposob film sie zakonczyl – niedopowiedzeniem – to moja ocena byłaby jeszcze wyzsza… Ale przez to wylozenie „kawy na ławe” w ostatnich scenach film traci, IMO. Cudowna rola Mii Farrow! [Rozalia]

To jest wprost niesamowite i zakrawa o geniusz, a wręcz jest geniuszem, jak ten film potrafi straszyć. Szczególnie, że nie stosuje do tego technik współczesnych horrorów, czyli mnóstwo krwi, flaków itd. To jest prawdziwy horror, który dobitnie pokazuje, że najbardziej boimy się tego, czego nie możemy zobaczyć. Z drugiej jednak strony nie jest to też taki typowy horror i też ciężko postawić go w jednym szeregu z takimi innymi dziełami jak „Omen” czy „Egzorcysta”. Mianowicie w trakcie oglądania filmu widz może sam stracić wiarę co jest fikcją, a co nie. I tak też można zacząć powątpiewać, czy rzeczywiście mamy do czynienia z satanistami, siłami nieczystymi, czy to wszystko to są tylko przywidzenia i lęki kobiety przed bliskim macierzyństwem. [Lawrence]

Obok Wstrętu najlepszy film Polańskiego. Klimat jest niesamowicie gęsty. Historia jest świetnie przedstawiona, przez prawie cały film nie wiadomo czy całość nie jest po prostu paranoją Rosemary. Co jest jeszcze większą zaletą film to nie tylko świetny horror, ale także poważny dramat wymykający się gatunkowym ramom. Doskonałe kino i jeden z najlepszych horrorów w historii kina.[Azgaroth]

 

2.            Wstręt (Repulsion, 1965)

Doktor Blake chciał sie dowiedzieć, jak przeprowadziliśmy z Gerardem Brachem badania nad schizofrenią i skąd tyle o niej wiemy. Powiedział nam, że Carol jest precyzyjnym od strony klinicznej studium schizofrenii paranoidalnej. Zrobiło mi się głupio, kiedy musiałem przyznać, że inspirację stanowiła po prostu nasza wyobraźnia… (…) To film oparty na nastroju, a jego sukces lub niepowodzenie miały zależeć w dużej mierze od mieszkania, w którym toczy się akcja. Wraz ze scenografem, Seamusem Flannerym, wykonałem w domu makietę dekoracji. (…) Zamierzałem przedstawić urojenia Carol za pomocą specjalnych zdjęć i ukazać jej świat, używając coraz bardziej szerokokątnych obiektywów. Ale sama deformacja optyczna nie wystarczyłaby. Chciałem również zmienić geometryczne rozmiary mieszkania – powiększyć pokoje i korytarze, aby widzowie ujrzeli rzeczywistość oczami Carol. Wydłużony za pomocą dodatkowych elementów ciasny korytarz prowadzący do łazienki nabierał koszmarnych proporcji.

Co czyni Wstret chyba tak bardzo fascynującym filmem?  Anielska buźka głównej bohaterki w połączeniu z iście diabelskimi rzeczami, dziejącymi się w jej głowie. Mimo iż powstał ponad 40 lat temu wcale się nie zestarzał i nadal przyprawia o dreszcze. Z jednej strony chce się chłonąć klimat i ogląda się całość w niemal hipnotycznym transie, z drugiej strony pragnie się odwrócić wzrok, zamknąć oczy z przerażenia, podglądać tylko poszczególne sceny przez palce, z narastającym wstrętem… Właśnie tak powinien wyglądać porządny horror. [Rozalia]

Na dzień dzisiejszy mój numer jeden jeżeli chodzi o Polańskiego. Misternie zrobiony dramat, z którego wylewa się niepokój, jednocześnie nie jest aż tak nastawiony na szokowanie jak Lokator. Do tego pomimo swojej urody odpychająca Deneuve. Naprawdę wielkie kino.  [Berus]

Podobno wg. psychiatrów najlepszy film o schizofrenii. [Albertino]

Mój numer jeden jeżeli chodzi o filmy Polańskiego. Niesamowita duszna atmosfera, świetne czarno białe zdjęcia. Klimat jak z najlepszego horroru i popis aktorski Catherine Deneuve. [Azgaroth]

 

1. Chinatown (1974)

Samo rozcięcie nozdrza nie obyło się bez trudności. Logan Frazee, odpowiedzialny za efekty specjalne, sugerował nam początkowo, żeby dokleić Jackowi podrobione skrzydełko nosa. Jednak odrzuciłem ten pomysł, ponieważ chciałem, żeby trik polegał raczej na złudzeniu niż na czymś sztucznym. Powiedziałem Loganowi, że powinniśmy mieć nóż ze składanym końcem ostrza. Zawias powinien być na tyle czuły, by reagował na najdelikatniejszy ucisk. W ten sposób uzyskaliśmy wrażenie, że ostrze przechodzi przez nozdrze. Kiedy tryska krew, publiczność koncentruje uwagę na ranie i nie widzi, że została wyprowadzona w pole. Frazee wykonał taki gadget, jakiego potrzebowałem: nóż zakończony ruchomym ostrzem z ukrytą rurką i gruszką wypełnioną krwią, którą ściskałem, rozcinając nos Jacka. Za każdym razem Jack sprawdzał dokładnie, czy trzymam nóż właściwą stroną. 

„Chinatown” (premiera kinowa 1974 r.) był ostatnim filmem nakręconym przez Polańskiego w Stanach Zjednoczonych i zdaniem wielu jest najlepszym obrazem w filmografii reżysera. Los Angeles, rok 1937. Prywatny detektyw J.J. Gittes otrzymuje zlecenie od pięknej kobiety, żeby znalazł dowody, iż zdradza ją mąż. Po liźnięciu śledztwa Gittes zaczyna orientować się, że w całej sprawie chodzi o coś więcej niż tylko małżeńską zdradę…  Główne role grają Jack Nicholson, Faye Dunaway i znany reżyser John Houston. W filmie pojawia się też ubrany w biały garnitur Roman Polański. Gra bandytę, który nożem przecina Gittesowi nos. Dlatego przez większą część filmu widzimy Nicholsona z plastrem zasłaniającym pół twarzy. Genialny kryminał noir. [desjudi]

Dla mnie absolutnie genialny kryminał z dosyć pokomplikowaną i mroczną intrygą. Nie widziałem lepszego w tej kategorii. Rozplanowanie poszczególnych scen i kadrów to po prostu poezja. Film rozwija się zupełnie spokojnie, ale trzyma w napięciu i emocjach do samego końca. Rola Nicholsona fantastyczna. Podobała mi się też Faye Dunaway. Opus magnum Polańskiego.  [paj]

Dla mnie 10/10 i tyle. Bez dwóch zdań. Jego arcydzieło i kropka. Jak byłem w LA to specjalnie pojechałem zobaczyć Chinatown, żeby poczuć, że stąpam po tym samym chodniku, po którym stąpała ekipa tego filmu :P Film zdecydowanie do obejrzenia na 2 i więcej razy bo za pierwszym razem zrozumieć całej intrygi po prostu nie sposób. [Rodia]

To, że Chinatown zaczyna działać dopiero od co najmniej drugiego seansu to fakt potwierdzony przez Uniwersytet w Miszigan:) Za pierwszym razem film totalnie letni, spłynął po mnie zupełnie. Nicholsona i reżyserię łatwo docenić, ale scenariusz to kwestia zupełnie osobna. Kilka seansów sprawia, że można przed tym skryptem tylko i wyłącznie bić pokłony, bo inaczej do niego podchodzić po prostu nie sposób. [Krove]

 

W tekście pojawiły się cytaty przede wszystkim z autobiografii Polańskiego („Roman”), a także z wywiadów, wypowiedzi osób z nim współpracujących (znalezione w sieci).

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • Albertino

    Porąbało was ludzie, Matnia na 15 miejscu :O Tym bardziej, że znacznie mniej wyszukana Rzeź jest dużo, dużo wyżej :(

    • Bo to dość specyficzny film i nie każdemu podchodzi choćby ten humor. O ile łykam wszystko od Polańskiego, tak Matni jakoś nie udało mi się dobrze strawić :)

  • Krove

    Dobre, słuszne wyniki. Osobiście ustawiłbym to oczywiście odrobinę inaczej, ale jako wypadkową plebiscytu akceptuję pokornie.

  • Witam

    Myślę, że „Rzeź” Polańskiego to świeży film i nasze podejście do niego może się jeszcze kilkakrotnie zmienić. „Nóż w Wodzie” wypadł dość nisko, to w sumie szkoda, bo to wielki obraz a jednocześnie wydawać by się mogło tak banalny. „Chinatown” bym nie postawił na pierwszym miejscu, ale to już moje odczucia.
    Matnia 15? :) Przecież tu nie o humor chodzi, a o klimat. Wolna akcja, ale ma coś w sobie.

    pozdrawiam
    Kacper

  • Kadr

    Słuchajcie, rankingi rankingami, Polański Polańskim, bardzo pięknie, ale żeby w żadnym zestawieniu nie było „Złego Porucznika” Ferrary, to już naprawdę zakrawa na poważne przegięcie. Wstyd panie i panowie.

  • MAREK

    Moje ulubione filmy Romana Polańskiego to DZIECKO ROSEMARY NIEUSTRASZENI POGROMCY WAMPIRÓW DZIEWIĄTE WROTA PIANISTA

  • kuban99

    autor widmo to film plaski jak stol do ping ponga, w porownaniu do dziewczyny z tatuazem to gniot

  • Aude

    Z nie wszystkim się tu zgodzę, ale taka już natura rankingów.

    Dziwi mnie trochę wysoka pozycja „Rzezi” i „Ghost writera”. „Rzeź” jest całkiem niezła, choć IMO nie punktuje wysoko jak na standardy Polańskiego. Aktorstwo obu bohaterek w końcówce uważam za mocno przeszarżowane i to w sumie najbardziej mi przeszkadza. „Ghost writer” jest zwyczajnie bez wyrazu.

  • nina

    dla mnie na przedzie byłby na pewno wstręt, później lokator, nóż wodzie dziecko R. itd sa tu też filmy których jeszcze nie widziałam ( nadrobię :) ) natomiast autor widmo jest wg mnie bardzo słabym filmem.

  • Pingback: WENUS W FUTRZE - recenzja filmu | Film.org.pl()

  • Pingback: MAKBET – Fassbender i Cotillard w ostatnim filmie w Cannes | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Prometeusz

Następny tekst

Snyder i Nolan odświeżają Supermana



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE