Biografie ludzi filmu

Quo Vadis, Robercie?

Autor: Piotr Han
opublikowano

Trochę pozytywnego myślenia

Przyznam, że jedynym powodem, dla którego obejrzałem „Poradnik pozytywnego myślenia”, była chęć zobaczenia Roberta De Niro w pierwszej godnej jego talentu roli od wielu lat. Zwiastun zapowiadał tandetną komedię romantyczną, jednak byłem gotów się poświęcić dla Roberta. Bardzo chciałem wierzyć, że doniesienia o jego artystycznej śmierci okazały się przedwczesne.

Powiem krótko: De Niro pokazał, że jeszcze może (sam film zaś był znacznie lepszy niż się spodziewałem)  – doskonale odgrywał cierpiącego na nerwicę natręctw ojca, który nieporadnie starał się nawiązać kontakt z chorym psychicznie synem. Momentami balansował na granicy przerysowania, jednak udało mu się nie popaść w groteskę. Jego postać, nawet kiedy szarżował, była prawdziwa. Dodatkowo przeklinał i bił się, więc nawet zatwardziali fani jego klasycznych produkcji powinni w jakimś stopniu być usatysfakcjonowani.

Rzecz jasna rola w „Poradniku pozytywnego myślenia” nie będzie zaliczana do najlepszych w karierze De Niro. Dostał za nią co prawda pierwszą od lat nominacje do Oscara, jednak nawet gdyby otrzymał za ten występ wszystkie wyróżnienia świata – łącznie z pokojową nagrodą Nobla – to nikt przy zdrowych zmysłach nie postawiłby tej roli w jednym rzędzie z takimi kreacjami, jak rola Jacka LaMotty we „Wściekłym Byku” czy młodego Vito Corleone z „Ojca chrzestnego II”.

„What the f…k happened to you, man?”

Faktem jest jednak, że Robert De Niro nie był tak blisko aktorskiego topu od czasów „Jackie Brown” (1997) i „Ronina” (1998). W tym czasie nasz bohater ciągle zawodził swoich fanów. Nie licząc dobrego, prześmiewczego epizodu w „Gwiezdnym pyle”, nie wystąpił w żadnej produkcji, którą pamiętałoby się 15 minut po zakończeniu seansu. Stał się „zwykłym” aktorem, który gra przeciętne role w przeciętnych filmach. Czas, gdy jego nazwisko było gwarantem klasy, przeminął.

Ciężko jednoznacznie ocenić, co było powodem takiego spadku formy. Według jednej z popularnych hipotez, przyczyn należy dopatrywać się w niezwykle fizycznym stylu aktorstwa. Siłą De Niro była umiejętność całkowitego „przeobrażenia się” w odgrywaną postać. Dla roli potrafił zmienić sposób poruszania się,  gestykulację  – całą mowę ciała. Z wiekiem zaś ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa i tym samym przepadł główny atut Roberta – odgrywanie niuansów psychologicznych nigdy nie było jego najmocniejszą stroną. Nie tłumaczy to jednak tajemniczego zaginięcia jego nieprawdopodobnej charyzmy.

Druga wersja wydarzeń mówi, iż firma Roberta De Niro „Tribeca” znalazła się w poważnych problemach finansowych i aktor, aby ją ratować, był zmuszony do występowania w kasowych przebojach. Zwłaszcza że w przeszłości jego najlepsze filmy rzadko podbijały serce masowego widza.  Jednak dlaczego De Niro nie znalazł czasu na choćby jeden gwarantujący sukces artystyczny projekt i czemu, mimo rzekomych oszczędności, wyprodukował i wyreżyserował tak niehollywoodzki film, jak „Dobry agent”? Na te pytania nie uzyskamy prawdopodobnie satysfakcjonującej odpowiedzi. Faktem jest jednak, że pierwsza dekada XXI wieku była ciężkim okresem dla fanów talentu gwiazdy „Taksówkarza” i „Misji”.

Rosyjska Ruletka

Ja jednak patrzę w przyszłość z nadzieją i liczę, że „Poradnik pozytywnego myślenia” nie jest wypadkiem przy pracy i – po latach chudych – De Niro pojawi się w kilku dobrych filmach. Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że ma siedemdziesiątkę na karku, ale wcale nie myśli o przejściu na emeryturę. Dlatego też postanowiłem przyjrzeć się projektom, w które nasz bohater jest obecnie zaangażowany i spróbować wywróżyć, czy którykolwiek z nich ma szansę zapisać się złotymi zgłoskami w dziejach kinematografii.

Wyliczanka nie zaczyna się dobrze. Już w kwietniu na ekrany kin wejdzie film o wiele mówiącym tytule „Big Wedding”. Tak, Robert po raz kolejny będzie grał ojca w „zabawnej” rodzinnej komedii. Sytuacji nie poprawia też informacja, że reżyserem jest Justin Zackham, który ma na koncie jedną nisko ocenianą komedię oraz scenariusz do dosyć szablonowego „Choć goni nas czas” z Freemanem i Nicholsonem. Jednak nadzieja leży w obsadzie aktorskiej, bo Robertowi De Niro partnerować będą Susan Sarandon i Diane Keaton, czyli panie, które nie zwykły dawać słabych występów. Zwiastun również nie jest AŻ tak zły, jak można by się tego spodziewać. Słowem – jest nadzieja na niezobowiązującą i stosunkowo przyzwoitą komedię.

Kolejną pozycją na liście jest „Killing Season”. Mimo że prace nad tym filmem dobiegły już końca, data premiery nie jest jeszcze znana. Robert gra amerykańskiego weterana walk w Jugosławii, spędzającego emeryturę w chacie na odludziu. Jego spokój zakłóca pewien tajemniczy słoweński turysta, którego gra… John Travolta! Scenarzystą został Evan Daugherty. Jego największym dotychczasowym osiągnięciem jest scenariusz „Królewny Śnieżki  i łowcy”. Za kamerą stanie zaś Mark Steven Johnson, czyli twórca takich niesławnych dzieł, jak „Daredevil”, „Elektra” czy „Ghost Rider”.  Zarys fabuły teoretycznie ma w sobie potencjał na dobry film, jednak patrząc na skład ekipy towarzyszącej De Niro nie spodziewam się cudów. Perspektywa Johna Travolty udającego Słoweńca nie nastraja pozytywnie. W najlepszym wypadku będzie to  kolejny produkcyjniak z udziałem De Niro, który niezauważony przemknie przez ekrany. W najgorszym zaś może dojść do prawdziwej kompromitacji. Oczywiście, chciałbym się mylić…

Wielkie oczekiwania wiążę natomiast z „Malavitą”. Film ten opowiadać będzie o amerykańskim szefie mafii (granym przez wiadomo kogo), który zostaje objęty programem ochrony świadków i przenosi się do małej francuskiej wioski, aby tam rozpocząć nowe życie. Scenariusz i reżyseria: Luc Besson, produkcja: Martin Scorsese! Ale to nie koniec „atrakcji” – Robertowi partnerować będzie sam Tommy Lee Jones! Na ekranie pojawi się również Michelle Pfeiffer oraz kilku aktorów znanych m.in. z „Rodziny Soprano”. Premiera jesienią.  Nie muszę chyba dodawać, że jest to jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie  filmów sezonu. Oczywiście wysokie stężenie kultowych nazwisk na liście płac nie gwarantuje automatycznie sukcesu – zwłaszcza że Luc Besson po wyprodukowaniu kilkunastu scenariuszy klasy „Taxi 4” prawdopodobnie nie jest już tym samym człowiekiem, który stworzył „Leona Zawodowca”, i „Malavita” może okazać się familijną komedią. Mimo tego jestem dobrej myśli – ze wszystkich projektów, w które zaangażowany jest obecnie De Niro, właśnie „Malavita” zapowiada się najbardziej obiecująco. Potencjalny klasyk?

Na listopad ustalona została data premiery „Last Vegas”. Wydaje się oczywiste , że w Polsce będzie reklamowany jako połączenie „Kac Vegas” i „Niezniszczalnych”. Film ten bowiem będzie opowiadał o wieczorze kawalerskim, na którym spotykają się bohaterowie grani przez Morgana Freemana, świecącego od botoksu Michaela Douglasa, Kevina Kline’a oraz – rzecz jasna – „naszego” Roberta.  Za reżyserię odpowiedzialny będzie twórca „Skarbu narodów”, Jon Turteltaub. Nikt chyba nie oczekuje, że będzie to wielkie kino. Podobnie jak w przypadku „Big Wedding”, tylko dobra obsada pozwala mieć nadzieję na przyzwoite kino rozrywkowe. Tylko albo aż.

Wydaje się to nieprawdopodobne, ale jeżeli nie zajdą nieprzewidziane zmiany w harmonogramie, to w roku 2013 do kin wejdzie aż pięć filmów z Robertem De Niro w jednej z głównych ról. Do sieci przedostały się pierwsze zdjęcia z planu „Grudge Match”, czyli jednego z najbardziej karkołomnych projektów, w które zaangażowany jest nasz bohater. Osią fabuły ma być pojedynek dwóch emerytowanych bokserów. Przeciwnikiem De Niro ma być sam Sylvester Stallone! Wściekły Byk kontra Rocky Balboa? Tak, to się dzieje naprawdę! Pozornie ten film nie ma prawa się udać – punkt wyjścia jest tak naciągany, iż siłą rzeczy musi budzić uśmiech politowania – sytuacji nie poprawia też wiadomość, że za reżyserię odpowiedzialny jest znany ze współpracy z Adamem Sandlerem Peter Segal . Jednak ja, jako fan obu antycznych wojowników, chcę wierzyć, że wspólnymi siłami uda im się osiągnąć sukces. Zwłaszcza że na ekranie partnerować im będą m.in. Kim Basinger i Alan Arkin. Podsumowując: jestem pełen obaw, ale czekam na premierę z niecierpliwością. Bez względu na wszystko, ten film będzie budził skrajne emocje.

Oprócz wymienionych wyżej filmów De Niro zaangażowany jest jeszcze w kilka projektów, o których na chwilę obecną bardzo niewiele wiadomo. W ich przypadku zabawa w jasnowidza jest więc – na tym etapie – całkowicie pozbawiona sensu. Dlatego też w tym miejscu wypada przerwać tę wyliczankę i  spokojnie czekać na premiery omawianych produkcji.

Jak trwoga, to do Martina

Czy rok 2013 będzie należał do Roberta De Niro? Tego rzecz jasna nie mogę wiedzieć. Jedno jest jednak pewne: Robert nie będzie zdany na własne siły, gdyż praktycznie w każdym filmie partnerować mu będą doskonali aktorzy. Nie jestem jednak naiwny i wiem, że nawet uznane nazwiska nie gwarantują sukcesu. Z drugiej strony, jak upadać, to w doborowym towarzystwie – a nie jak we „Freelancers”, razem z 50 Centem.

Aby zakończyć tekst pozytywnym akcentem, muszę wspomnieć o pewnym filmie, o którym – na chwilę obecną – nie wiadomo nawet, czy powstanie. Plotki o tym, że Martin Scorsese zamierza wyreżyserować „Irishmana” z Robertem De Niro, Alem Pacino, Joe Pescim, Harveyem Keitelem krążą już od dłuższego czasu. W pewnym momencie wydawało się już, że projekt upadł. Niedawno odbyło się jednak pierwsze czytanie scenariusza. Niestety, data rozpoczęcia prac ciągle nie jest znana. Ja mam wielką nadzieję, że ten film dojdzie do skutku. Jeżeli jest na tym świecie jakaś sprawiedliwość, to tak się stanie. Musi!

 

Ostatnio dodane