Paryż Caraxa | FILM.ORG.PL

Paryż LEOSA CARAXA, czyli nie tylko „Holy Motors”.








Tekst gościnny
30.11.2013


carax

Autorem gościnnego wpisu jest Jakub Niedźwiedzki.

Holy Motors Leosa Caraxa jest filmem mocnym, odświeżającym i zapewne na długo utkwi w pamięci wielu widzów. Może i na tyle długo, że ktoś kiedyś wreszcie nazwie ten film kultowym. Ale co będzie z reżyserem? Przed premierą Holy Motors jego nazwisko nie było powszechnie znane, po premierze większości z nas też nic ono mówi. Czy powinno? Od jego filmowego debiutu minęły już ponad trzy dekady, kilka dziwnych fabuł i kilka krótkich metraży. Carax nie jest twórcą arcydzieł. Jego fabułom wiele brakuje: są to wszystko autorskie, eksperymentalne i dość monotematyczne filmy. Jest twórcą kina bardzo osobistego i dość spójnego estetycznie – ciągle wyczuwalna jest podobna kreska, podobne sentymenty i scenerie. Jego filmy, te sprzed Holy Motors, to melodramaty wykluczonych, historie miłosne ludzi z marginesu: bezdomnych, drobnych złodziejaszków, poetów przeklętych. Chwilami wzruszające, ale przede wszystkim dość ckliwe i naiwne.

Żaden to wstyd nie znać Leosa Caraxa. Warto jednak rzucić okiem na jego drogę twórczą, która zakończyła się dziełem tak dojrzałym i przemyślanym jak Holy Motors. Ta niedoskonała i trochę kulawa filmografia daje interesujący obraz pełnego zmagań i pułapek rozwoju.

Krótko…

Cała jego wczesna twórczość ma charakter bardzo intymny. Leos Carax to anagram prawdziwego imienia reżysera: Alexa Oscara. Takie też imiona przyjmują główni bohaterowie jego filmów, odgrywani najczęściej przez kapitalnego Denisa Lavanta, aktora o aparycji łudząco podobnej do reżysera. Zawsze wciela się w kochanków-antysystemowych outsiderów. W tle zaś przewija się Paryż, a Carax eksploruje jego ciemną stronę, środowiska samotników, buntowników, bohemy.

carax

Boy meets girl jest historią wyalienowanego artysty rozpaczliwie poszukującego miłości, ale destrukcyjnego w każdym stałym związku. W Złej krwi bohaterem jest drobny szuler, syn paryskiego gangstera. Nie chce podążać śladami swego ojca, ale fatalnie zakochuje się w czarującej Juliette Binoche, odgrywającej postać ślicznotki z przestępczego półświatka. Bohater ostatecznie nie zdoła uniknąć swego smutnego przeznaczenia. W Kochankach na moście jest to kloszard-uliczny performer, który ostoi piękna i cnoty doszukuje się w tajemniczej artystce (również Juliette Binoche). W najbardziej, poza Holy Motors, znanym filmie Caraxa – Poli X, bohaterem jest młody i przystojny pisarz-arystokrata. Opuszcza uroczą narzeczoną i wdaje się w szalony romans ze swą przyrodnią siostrą, której przed laty wyrzekli się jego rodzice. Rezygnuje z luksusów i zaczyna wieść nowe, alternatywne życie pośród paryskiej cyganerii i imigrantów.

Wczesne filmy Caraxa są urodziwe i momentami ekscytujące. Mnie najbardziej podobali się Kochankowie na moście – prosta, ale ładnie nakręcona historia o zakochanych bezdomnych, bawiących na skąpanym w słońcu lub przykrytym śniegiem Pont Neuf w Paryżu. Najsilniejszą stroną jest tu oczywiście Denis Lavant, z uczuciem i werwą kreujący postać trochę infantylnego, trochę złośliwego i zadziornego, ale w sumie sympatycznego niewinnego kochanka-ulicznego artysty.

W niemal każdym filmie Caraxa możemy znaleźć dla siebie coś ciekawego. Wielu widzom na pewno przypadnie do gustu klimatycznie i niemonotonnie ukazywany Paryż. W Boy meets girl mamy okazję popatrzeć na miasto z perspektywy samotnika przemierzającego nocą ulice i zakamarki w poszukiwaniu przygód i inspiracji. W kolejnych filmach będzie to romantyczny i namiętny Paryż miłosnych scen balkonowych w Złej krwi, odszczepieńczy Paryż miejskich kloszardów w Kochankach, czy w Poli X miasto nieokiełznanych sprzeczności, gdzie współczesna arystokracja i beztroska francuska socjeta znajdują swe krzywe odbicie w rzeszy alternatywnych, bohemicznych artystów i zdesperowanych uchodźców. Podobać musi się Denis Lavant, który często w pojedynkę dźwiga ciężar całych segmentów. Jego występy to w gruncie rzeczy popisowa, cyrkowa akrobatyka. Lavant jest niesamowicie plastyczny: mam wrażenie, że da się nim w dowolny sposób manipulować, że można z niego ulepić to, na co się ma tylko ochotę. Mistrzostwo osiąga w Holy Motors, ale i jego wcześniejsze kreacje to małe arcydzieła.

carax

To jednak trochę tandeta

Mimo wielu zalet i urokliwości, dawne filmy Caraxa to zupełnie inny poziom niż jego ostatnie osiągniecie. Reżyser penetruje skryte i tajemnicze dziedziny miejskiego uniwersum, chce objawiać nieznaną życiową prawdę, ale popada bez przerwy w artystyczne klisze i konwencje. Miała mu wyjść nowość i odkrycie, a to już niestety było i my to już gdzieś kiedyś widzieliśmy. Oczywiście nie wszystko, co przed Holy Motors Carax nakręcił, to odgrzewany posiłek. Zła krew to przecież dość barwny kolaż, w którym wątek gangsterski przeplata się z melodramatycznym na modłę West Side Story. Jednak już cała filozofia Kochanków na moście sprowadza się po prostu do przełożenia romansowej fabuły na menelskie realia. Boy meets girl – fabularny debiut – to również dzieło niedoskonałe, zbyt ślamazarne: dłużyzny mogą irytować, a zamiast pomysłowych interakcji, które mówiłyby nam coś o bohaterze, dostajemy niekończące się i trochę łopatologiczne monologi.

Z Polą X też niestety nie wszystko gra tak, jak powinno. Carax potrafi wydobywać emocje i wzruszać: na sam motyw romansu pisarza z jego siostrą patrzy się całkiem przyjemnie. Jednak temat filmu – czyli profanacja sztuki, dokonana przez pisarza, który porzuca swój rodzinny pałac, zbytek i tradycyjne wartości, by zakosztować prawdziwego, niesfornego życia i oddać się prawdziwej, zmysłowej twórczości – jest niestety trochę tandetny i mocno już ograny.

Odnoszę wrażenie, że Leos Carax duchowo bliski jest mentalności XIX-wiecznego francuskiego poety modernistycznego. Niedaleko mu chyba do Rimbauda, czytywał też Baudelaire’a. Ożywia go, tak jak i ich, pasja zrywania z obyczajową konwencją, potrzeba pojednania z ludem, zmieszania z ulicznym błotem uświęconej i arystokratycznej kultury, odkrywania życia społecznie wykluczonych. Jednak to, co sto lat temu było świeże i przełomowe, teraz przestało być już nawet banałem. W dużej mierze po prostu się zdezaktualizowało. Sztuka nie ma już przecież charakteru uświęconego, czysto elitarnego i hermetycznego. Poeta czy malarz nie musi być już przywiązany do sfery wyższej, raczej nie będzie mieszkać w pałacu i nie jest przecież odgrodzony wysokim murem od wszystkich zatęchłych i biednych przestrzeni. Na co dzień żywi się skandalem, transgresją i często tematyzuje je w swych utworach. To, że obecnie takie podziały (kultura wysoka-niska, ogłada-skandal, ziemiańska arystokracja-miejski plebs) już nie istnieją, a Carax w Poli X ni stąd ni zowąd je wskrzesza, to zarzut pierwszy. Zarzut, który można by jeszcze ostatecznie próbować odpierać, mówiąc, że chodziło tu o przeniesienie starej historii we współczesne realia, co jest w dzisiejszym kinie praktyką dość powszechna (jak np. w Romeo i Julii Baza Luhrmanna czy w Dwunastu Michałkowa).

carax

Druga, poważniejsza słabość tego filmu to naiwne i dość irytujące przekonanie, że oto pisarz z dobrego domu i towarzystwa, zstępując do społecznych nizin staje się nagle powiernikiem prawdy i artystą par excellence. Pytany przez swoją agentkę o cel swego postępowania tłumaczy, że poszukuje „verité vrai”, prawdziwej prawdy. Wszystko to wygląda tak, jakby sfery wyższe, bananowe towarzystwo i luksusy miały być dziedziną jedynie fikcji i ułudy, natomiast artystyczna bohema i życie na marginesie stanowiło prostą drogę do iluminacji, cnoty i sztuki. Ze względu na takie jak powyższa mielizny i klisze wczesna twórczość Caraxa jest całymi partiami ckliwa i pretensjonalna. Nachalnie przywołuje tradycyjne schematy i zupełnie bezrefleksyjnie wciela konwencjonalne pozy. Choć jego wczesne filmy są momentami bardzo wdzięczne, to chyba niestety ciężko z nich cokolwiek mądrego wyciągnąć.

Genialne zwieńczenie

Mimo że Holy Motors to wyraźny przełom, Carax pozostaje samemu sobie wierny: nadal plastycznie maluje Paryż, żeruje na kulturowych schematach i kliszach. Stał się jednak gorzki, a przy tym bardziej świadomy, krytyczny. O ile wcześniej był tylko portrecistą, dość grubą kreską rysującym to, co mu w oko wpadnie: raz kloszarda, raz przestępce, o tyle w Holy Motors ujawnił ogromny dar syntezy i dał nam barwny, panoramiczny obraz całego miasta. Dość sentymentalna tonacja, zbyt tanie wzruszenia i mydlane emocje ustępują, a Carax staje się – w dobrym tych słów znaczeniu – bezkompromisowy i cyniczny.

Kolejne wcielenia Monsieur Oscara to poglądowy materiał całego paryskiego wszechświata. Przeglądają się w nich starzy bohaterowie Caraxa: bezdomni, uliczni artyści, przestępcy i kochankowie. Carax nie przywiązuje się jednak do nich tak kurczowo jak kiedyś, pozwala na krótkie, ale bystre spojrzenie i jedzie dalej białą limuzyną przemierzać karnawałowe miasto.

Jak kiedyś usilnie dopatrywał się w nim ukrytej prawdy, tak teraz zdaje się rozumieć, że żadnej głębi nie doświadczy, że jedyne, co napotka, to odgrywane w nieskończoność role społeczne, konwencjonalne maski, obsesyjnie powielane doznania. Holy Motors jest śmieszne, momentami gorzkie, niektóre epizody są wręcz wizjonerskie. Można je czytać i interpretować zupełnie samodzielnie, jako krótkie, błyskotliwe etiudy (najbardziej wdzięczne do analizy są sceny wirtualnego seksu w kombinezonach motion capture, samochodowa rozmowa mężczyzny z córką na temat nieudanej imprezy, czy – najmniej paryska, a najbardziej amerykańska – melodramatyczna, musicalowa piosenka dwojga kochanków). Warto jednak również spojrzeć na ten film jako na spójne, całościowe wyobrażenie współczesnego miasta, przestrzeni niekończącej się, codziennie powtarzanej panmaskarady.

B093_C016_1004K7

*

Za tak trafną, odważną i estetycznie atrakcyjną wizję należy Leosa Caraxa koniecznie docenić i zapamiętać. Ze swych poprzednich osiągnięć zachował to, co najbardziej wartościowe (autorskie spojrzenie, magicznie, baśniowo kręcony Paryż, żywiołowe portretowanie wszelkiej maści cudaków i outsiderów) i uzupełnił o całkiem nowy zmysł krytyczny, zdolność analizy i oceny stosunków społecznych oraz panoramicznego obrazowania. Na razie nie słychać o żadnych przyszłych paryskich peregrynacjach Caraxa, ale ja wszelkich wieści wyczekuję z niecierpliwością.

Tekst gościnny

Tekst gościnny

Jeśli potrafisz pisać recenzje lub artykuły filmowe (które zazwyczaj lądują w Twojej szufladzie), a chciałbyś zaprezentować się przed tysiącami czytelników, możesz gościnnie publikować na naszej stronie! Przy większej i regularnej liczbie tekstów, takie osoby takie dopisujemy do stałej współpracy.
Napisz do nas: wspolpraca@film.org.pl
Tekst gościnny






  • ech

    „Choć jego wczesne filmy są momentami bardzo wdzięczne, to chyba niestety ciężko z nich cokolwiek mądrego wyciągnąć.” – odnoszę wrażanie, że piszący ma tylko ten kłopot, strasznie wymęczony ten tekst, co chwila myślę, że w końcu pociągnie go w coś sensownego, ale do końca nic tylko to cytowane zdanie, jak jakiś objaw bezradności. Ktoś kto piszę o tym reżyserze powinien posiadać wiedzie o francuskim kinie i ogólnie francuskiej kulturze, bo reżyser jest bardzo francuski. Lub to rozwodzenie się nad „Poli X” i zadanie pytania: „chodziło tu o przeniesienie starej historii we współczesne realia, co jest w dzisiejszym kinie praktyką dość powszechna (jak np. w Romeo i Julii Baza Luhrmanna czy w Dwunastu Michałkowa)”. Jest to tak oczywiste, że reżyser przeniósł dość zapomnianą powieść (tytuł w tekście się nie pojawia), umieścił we współczesności, i nie ma w tym zagadki. Nie jest tak jak mówi piszący, że to powszechna praktyka a przykład z „Dwustoma” to całkowite pudło bo oryginał nie jest aż tak stary, to co różni go to zmian miejsca akcji, z USA na Rosję, bo współczesna wersja amerykańska niewiele by się różniła od pierwszej wersji. Piszę o to, bo ten drobny błąd nie jest jednanym, w każdym kolejnym akapicie jest ich więcej, a jak ktoś piszę o kimś krytycznie, to wymaga się, żeby było to jak najprecyzyjniejsze. Po przeczytaniu zastanawiałem się, czy piszący zna powieść Melvilla, zna realizm poetycki, czy czytał Rimbauda, czy Baudelaire’a (mam wrażanie, że tylko ich wymienia).

  • Szczygliś

    Paul Walker nie żyje. Nie napiszecie o tym?






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Jesteśmy najlepsi!

Następny tekst

Fota #103 - Tom "Mad Max" Hardy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE