Mel Gibson: piękny i bestia | FILM.ORG.PL

Mel Gibson








Bogusz Dawidowicz
18.11.2012


 

Jeszcze kilka lat temu znajdował się na samym szczycie. Należał do grona najlepiej opłacanych aktorów, święcił tryumfy jako reżyser i producent. Czarującym uśmiechem i zawadiackim spojrzeniem błękitnych oczu niemal za każdym razem zawłaszczał dla siebie kinowy ekran, spychając resztę obsady w głęboki cień.  Zaufanie opinii publicznej wystawił na ciężką próbę 28 lipca 2006 r., kiedy to zatrzymany za jazdę pod wpływem alkoholu, wygłosił pod adresem policji skandaliczne, antysemickie insynuacje. Nazajutrz po incydencie jego wieloletnia małżonka, Robyn, wystąpiła o separację. Czarę goryczy dopełniły  ekscesy, jakich dopuścił się z rosyjską pianistką Natashą Grigorievą. Kobieta w 2010 r. ujawniła taśmy, na których wzburzony Gibson groził  jej i wygłaszał rasistowskie  tyrady uderzające w Afroamerykanów. Grigorieva twierdziła nawet, że niegdysiejszy ulubieniec Ameryki  kilkukrotnie ją okaleczył. Wyłania się z tego obraz potwora.

Rzeczywistość jest jednak dalece bardziej skomplikowana.

Osobowość

Mel Gibson bez ogródek przyznaje, że jest swoim największym wrogiem. Zmaga się z chorobą afektywną dwubiegunową. Często przechodzi okresy stanów euforycznych, nagle przeistaczających się  w ciężką depresję. Dodatkowo  katalizatorem wyzwalającym jego najciemniejsze oblicze był zawsze alkohol. Reżyser Richard Donner, z którym Mel nakręcił sześć filmów, powiedział, że Gibson oznajmił mu o swoim nałogu już pod koniec lat 80., w czasie zdjęć do „Zabójczej broni 2”. Pewnego dnia poprosił o wcześniejsze opuszczanie planu – pragnął bowiem udać się na mityng AA.

 

W  kontekście skandali na tle obyczajowym, w jakie wikłał się Gibson,  zadziwiające jest, że wieloletnie uzależnienie  nigdy nie miało większego wpływu na sferę zawodową. Współpracujący z nim ludzie zgodnie podkreślają  profesjonalizm artysty, koleżeństwo i brak gwiazdorskich manier. Równie zagadkowe wydaje się jego podejście do mniejszości etnicznych, rasowych i seksualnych. Media z lubością przypomniały szereg niesmacznych komentarzy dotyczących tych zagadnień, jakie padły z jego ust na przestrzenie wielu lat.  Mimo to, wspomniany już Donner, czy też znany producent Ron Silver, obaj pochodzenia żydowskiego, wyczuleni na antysemickie prowokacje, nigdy nie narzekali na pracę z Gibsonem i jego zachowanie. W podobnym tonie wypowiadają się Afroamerykanie, Danny Glover i Whoopi Goldberg.  Glover zaznaczał, że Gibson czynnie wspierał jego akcje charytatywne na rzecz biednych, czarnych społeczności. Goldberg stała się wręcz adwokatem Mela: nie ukrywała łączącej ich przyjaźni, zaznaczając, że niewielu zna ludzi gotowych do tak bezinteresownej pomocy, jak Gibson. 

Okupujący ostatnio Hollywoodzki Olimp Robert Downey Jr., znany z licznych słabości do używek i konfliktów z prawem, podziela zdanie Goldberg o altruizmie Gibsona. Mel ukrywał przed producentami wpadki Downeya na planie ich wspólnego obrazu „Air America” (1990) oraz był pierwszym, który, po jednej z kolejnych odsiadek Roberta, wyciągnął pomocną rękę do aktora uważanego w 2003 r. za persona non grata w świecie wielkiego filmu. Zaangażował go wtedy do dużej roli w obrazie  „Śpiewający detektyw”. 

Znający bliżej Gibsona nie ukrywają, że ma on wybuchowy charakter. W młodości  wielokrotnie uczestniczył w bójkach, ale nikt oprócz Grigorievej nie twierdzi, że kiedykolwiek przekładało się to na agresję wobec kobiet. Warto wspomnieć, że biegli sądowi podważali autentyczność  taśm, na których Gibson ją zastraszał. Eksżona Mela, Robyn, wyznała, że przy wszystkich wadach, jakie posiadał jej mąż, nigdy nie  dopuścił się względem niej fizycznej przemocy. 

 

Aktor uhonorowany Orderem Australii – najwyższym odznaczeniem państwowym – zachowuje się często  niczym duże dziecko: lubi przebywać w centrum uwagi, robić głupie żarty i wygłaszać kontrowersyjne poglądy, spiskowe teorie obserwując w tym czasie swoich interlokutorów. Skłonność do infantylnych zachowań w połączeniu z alkoholem tworzą niewątpliwie  zgubną w skutkach mieszankę. 

Gwiazdor znany z ról dzielnych herosów, największą walkę zdaje się toczyć poza srebrnym ekranem. Nie tylko ze swoimi słabościami, ale także z tym, jak  wychował go surowy ojciec, Hutton Gibson, należący do  odłamu katolickich fundamentalistów, nie uznających Soboru Watykańskiego II. To właśnie Gibsonowi seniorowi przypisuje się wpajanie synowi antysemickich zapatrywań. Hutton, nie zważając na zdanie dzieci, w 1968 r., przeniósł całą rodzinę ze Stanów Zjednoczonych do Australii, kraju pochodzenia swojej małżonki.  Powodem były kwestie ekonomiczne i chęć uchronienia synów przed wojną w Wietnamie. Mel miał wtedy 12 lat. Niedługo później zaczęły się jego eksperymenty z trunkami wyskokowymi. 

Toksyczny rodzic i choroba alkoholowa nie usprawiedliwiają zachowania Mela Gibsona, ale z łatwością da się zauważyć dysonans pomiędzy jego prymitywnymi pijackimi wywodami, a nienagłaśnianą działalnością filantropijną i bezinteresowną chęcią pomocy przyjaciołom. Zapewne już nigdy w pełni się nie zrehabilituje, ale bezrefleksyjne skazanie go na potępienie, stanowiło by zbyt daleko idącym  uproszczeniem.

 

 

Kariera

We wczesnej młodości dopadła Gibsona dosyć powszechna przypadłość – nie bardzo wiedział co ze sobą począć. Uwielbiał włóczyć się z kumplami w poszukiwaniu kłopotów. Imał się wielu dorywczych zajęć i nigdzie nie czuł się dobrze. Wśród rówieśników wyróżniał się nieśmiałością, którą próbował przezwyciężyć niezwykłym  poczuciem komizmu: umiejętnością opowiadania dowcipów,  naśladowania akcentów i mimiki zarówno sławnych ludzi, jak i swoich znajomych. Wielką admiratorką talentu Mela okazała się jego siostra, wypełniając i składając w jego imieniu  aplikację o przyjęcie go  do Narodowego Instytutu Dramatycznego w Sydney. Gibson na studiach przełamał strach przed publicznymi wystąpieniami i połknął bakcyla aktorstwa. 

Pierwszą ważną kreację stworzył  w „Mad Maxie”(1979) Georga Millera, wcielając się w tytułowego  „Mad” Maxa Rochtansky'ego.  Z miejsca przekonał twórców filmu do swojej kandydatury zjawiając się na castingu z obrzękiem twarzy – pozostałością po odbytej tydzień wcześniej bójce.  Postać nieustępliwego, narwanego gliniarza w chylącej się ku upadkowi cywilizacji, zdawała się być dla niego wymarzona. Skromny obraz okazał się wielkim przebojem w rodzimej Australii oraz w Europie, nie podbił jednak Ameryki. Dopiero  uposażony w znacznie większym budżet „Mad Max 2”(1981), rozgrywający się już w post-apokaliptycznym świecie, wyświetlany w USA pt. „Road Warrior”, stał się tam kinowym hitem  i  przepustką do Hollywood dla odtwórcy „Mad” Maxa. 

Gibson, mając na uwadze własny rozwój zawodowy, nie ograniczył się jedynie do komercji. Artystyczną nobilitację  zawdzięcza współpracy z reżyserem Peterem Weirem. W 1981 r.  Weir zaangażował go do „Gallipoli”, widowiska historycznego opowiadającego o jednej z największych bitew I Wojny Światowej z istotnym  udziałem australijskich żołnierzy. Rola Gibsona spotkała się z aplauzem publiczności i nagrodą Australijskiego Instytutu Filmowego za najlepszą  męską kreację.  Obaj panowie poszli za ciosem, czego efektem był jeszcze lepiej przyjęty „Rok niebezpiecznego życia”(1982), uhonorowany m.in. Oscarem i za najlepszą żeńską rolę dla Lindy Hunt i nominacją do Złotej Palmy za najlepszy film. Co istotniejsze, Mel  postacią Zachodniego reportera relacjonującego wydarzenia z Indonezji, stojącej w przededniu wojny domowej, potwierdził swój talent w dramatycznym repertuarze.

 

Kilka kolejnych lat nie stanowiło już tak owocnego okresu. Debiut Gibsona w amerykańskim kinie – melodramat  „Rzeka” (1984) – nie wzbudził większych emocji. Finansowym fiaskiem należy również określić kosztowne kostiumowe widowisko „Bunt na Bounty” (1984) , gdzie partnerował mu Anthony Hopkins.

Narodziny supergwiazdy

Zła passa skończyła się wraz z trzecią częścią „Mad Maxa”(1985), a przede wszystkim „Zabójczą bronią” (1987) Richarda Donnera, filmem, który do dzisiaj wyznacza standardy jakości w kinie akcji, szczególnie spod znaku „buddy cop movie”.

Mieliśmy do czynienia z przewrotnym odwróceniem schematu. Do tej pory w obrazach opowiadających o pozornie niepasujących do siebie, różniących się rasą stróżach prawa  jak np.  „Gliniarz z Beverly Hills”, czy „48 godzin”(tutaj wyjątkowo policjant w duecie z przestępcą), większą brawurą, sprytem i  krasomówczym darem,  wykazywał się Afroamerykanin. W  „Zabójczej broni” to Mel Gibson jako policjant Martin Riggs, kreował straceńca o osobliwym poczuciu humoru, elektryzując zasiadającą przed ekranem widownię. Tym spokojniejszym, statecznym ojcem rodziny miał się okazać  jego partner, czarnoskóry Roger Murtaugh (Danny Glover). Donner twierdził nawet, że Gibson nie tylko grał, ale  również utożsamiał się z Riggsem. Gibson w momencie realizacji filmu cierpiał na ciężką depresję i podobnie jak kreowany przez niego bohater miał samobójcze ciągoty.  „Zabójcza broń” uczyniła Gibsona supergwiazdą i doczekała się trzech sequeli, które przesuwały ciężar gatunkowy z widowiska akcji, wzbogaconego o interesujący dramatycznym rys, w sensację o zabarwieniu komediowym. Wszystko to jednak zrobiono z dużą klasą uzupełniając obsadę m.in. o Joe'ego Pesci.  Riggs  wraz z kolejnymi odsłonami stawał się też spokojniejszy, bardziej odpowiedzialny. Wydawało się, że Gibson wraz ze swoim bohaterem powoli wyzbywał się irracjonalnych wyskoków. Przyszłość miała negatywnie zweryfikować takie założenie

 

Dzięki popularności Martina Riggsa, aktor mógł pójść na łatwiznę i skupić się na typowo rozrywkowym repertuarze, oglądając przy tym rosnącą liczbę zer na swoim koncie. On jednak  odrzucił tytułową rolę w „Robin Hoodzie” (1991) Kevina Reynoldsa oraz pozwolił, aby to Arnold w jego zastępstwie trochę pobiegał w „Uciekinierze” (1987). Mało tego –  nawet  odmówił przejęcia schedy po Rogerze Moorze i  wstąpienia pod koniec lat 80 do MI6, aby w skórze najsłynniejszego agenta jej królewskiej mości służyć brytyjskiemu imperium.

Wciąż zdarzało mu się angażować w lekkie sensacje  pokroju „Ptaszka na uwięzi” z 1990 r., gdzie brylował wspierany przez Goldie Hawn, ale w tym samym roku wystąpił w ekranizacji szekspirowskiego "Hamleta". Status gwiazdy pozwalał mu na realizację projektów stricte artystycznych.  Gibson w tytułowej roli duńskiego księcia spotkał się z powszechnym uznaniem.

Ambicje gwiazdy „Mad Maxa” wykraczały jednak daleko poza aktorstwo. W  1989 został współzałożycielem wytwórni Icon Productions, która począwszy od 1990 r. wyprodukowała większość jego kinowych obrazów. Własna wytwórnia dała mu sporo twórczej swobody . Pod jej skrzydłami,  przy błogosławieństwie Mela zrealizowano  „Wieczną miłość” (1994) opowiadającą o Ludwigu van Beethovenie. Gibson dał tym samym upust swojej miłości do opery i muzyki klasycznej. Wreszcie dzięki Icon Production, Mel mógł sprawdzić się w nowej profesji i wyreżyserować pierwszy film – „Człowieka bez twarzy” (1993) – wzruszającą historię przyjaźni mężczyzny z 12-letnim chłopcem. 

 

Największy sukces

Pozytywne recenzje „Człowieka bez twarzy” zmobilizowały go do nakręcenia, wyprodukowania i zagrania głównej roli w „Walecznym sercu” (1995). Wspaniały historyczny fresk przybliżał losy Williama Wallece'a, XII-wiecznego szkockiego bojownika walczącego o wyrwanie swojego ludu spod jarzma Anglików. Deszcz nagród,  jakie otrzymał za to niezwykłe przedsięwzięcie, w tym Oscara za reżyserię i za najlepszy film roku, z pewnością wynagrodził trud jego realizacji.

„Waleczne serce" wzbudziło też trochę kontrowersji. Lansowano tezę o rzekomym homofobicznym wydźwięku tegoż dzieła. Owszem, jedna z mocno eksponowanych postaci – homoseksualny  następca angielskiego królewskiego tronu – ukazany jest  jako słaba, zniewieściała jednostka. Należy jednakże przy tym zauważyć, że znakomita heteroseksualna większość męskich ważnych protagonistów filmu tym bardziej nie stanowi wzoru do naśladowania. Nie licząc bohaterskiego Wallace'a i jego przybocznych, mamy do czynienia z okrutnym, pozbawionym elementarnej ludzkiej empatii królem Anglii, jego bufonowatym otoczeniem, czy też  sprzedajną, pozbawioną honoru  zbieraniną szkockiej szlachty.

 

Postacie kreowane przez Gibsona  często mają  wiele wspólnego z nim samym. Wydają się spokojne i stonowane, do czasu gdy jakaś iskra nie wywoła erupcji tłumionych w środku uczuć. Wallace pragnął założyć rodzinę i wieść spokojny żywot rolnika. Zamordowanie jego żony przez najeźdźców  z południa,  sprawiło, że ukojenie, a wręcz dziką satysfakcję znajdował w niekiedy bardzo wymyślnym pozbawianiu życia angielskich żołnierzy. Z kolei w „Byliśmy żołnierzami” (2002) odgrywał wysokiego rangą oficera amerykańskiej armii, rozmodlonego katolika i ojca wielodzietnej rodziny. W 1997 w „Teorii Spisku” zagrał targanego obsesjami na temat wszechobecnych spisków taksówkarza, faceta, którego zwariowane z pozoru teorie okazują się mieć pokrycie w rzeczywistości

Jeszcze bardziej Gibson odsłonił się w „Patriocie” (2000) Ronalda Emmericha, wcielając się w pułkownika Benjamina Martina, uczestnika XVIII w. wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Martin podobnie jak Gibson ma siedmioro dzieci, wspomina o swoim pociągu do alkoholu, a przede wszystkim wstydzi i obawia się pokładów agresji, jakie w nim drzemią. Wie, że potrafią one doprowadzić do wielkiej tragedii.

 

W drugiej połowie lat 90. należał do ekskluzywnego grona gwiazd inkasujących co najmniej  20 mln dolarów za jeden wiodący występ w produkcie X muzy. Miało to ekonomiczne uzasadnienie, gdyż aktor odnajdował się niemalże w każdym komercyjnym gatunku, zapewniając producentom ogromne zyski. Z thrillera „Okup” (1996) , dzięki swojej znakomitej kreacji, stworzył trzymające w napięciu widowisko. W 1999 r. uraczył widzów stylową i brutalną „Godziną zemsty”. Talent komediowy potwierdził w „Co myślą kobiety”(2000), gdzie brawurowo odnalazł się w roli mężczyzny słyszącego myśli i pragnienia kobiet. Zrealizowane w konwencji familijnej fantastyki „Znaki” (2002) kryły w sobie jedną wielką pochwałę rodziny i wartości, jaką za sobą niesie. Widownia oglądała Gibsona oczywiście jako ojca tej rodziny, pastora Grahama Hessa.

Status gwiazdy srebrnego ekranu  najwyraźniej nie mógł zaspokoić jego aspiracji, ponieważ publicznie ogłosił, że po 2002 r., kosztem aktorstwa, zamierza skupić się na karierze reżyserskiej. Pierwszy projekt po tej deklaracji, czyli „Pasja”(2004), ukazywała ostatnie 12 godzin życia Jezusa Chrystusa, a sam film zrealizowano w języku aramejskim i łacińskim. Gibson swoim żarliwym manifestem wiary, po raz kolejny wywołał burzę. Obraz spotkał się z mieszanymi recenzjami w prasie branżowej i skrajnie różnym odbiorem wśród widzów. Od wielkiej aprobaty w świecie chrześcijańskim i uznaniu najwyższych kręgów kościoła katolickiego z Janem Pawłem II na czele, do protestów środowisk żydowskich  za rzekomy antysemityzm „Pasji”. Niektórzy zarzucali  reżyserowi zbytnie epatowanie przemocą oraz nieścisłości w przedstawianiu ówczesnych realiów.  Ceną za realizację „Pasji” miało się również okazać naznaczenie Gibsona piętnem katolickiego fundamentalisty.

 

Wszystkie te „zgrzyty” Gibson niewątpliwie osłodził sobie fortuną jaką przyniósł mu obraz męki Chrystusa. Przy 30-milionowym budżecie "Pasja" zarobiła ponad 600 milionów na całym świecie. Mel nie tylko był jego reżyserem, ale również wyprodukowała go jego wytwórnia „Icon Productions”.  Firma, której był twórcą, uczyniła go jednym z najbogatszych artystów globu.

Religijny fanatyk czy nie, wciąż należał go grona najbardziej wpływowych nazwisk w Mieście Aniołów  i szukał nowych wyznań. Realizacja „Apocalypto”(2006) nieoczekiwanie doprowadziła do poważnego kryzysu w jego życiu. Gibson marzył o wielkim widowisku obnażającym degrengoladę imperium Majów, kręconym w oryginalnych plenerach w języku tubylców. Faktycznie, dostarczył widzom nietuzinkową, ociekającą krwią przygodę, lecz zrobił to kosztem siebie samego. Zdjęcia odbywające się w skrajnie trudnych warunkach z aktorami nie znającymi angielskiego, zamiast dwóch miesięcy trwały dziewięć. Skutkowało to tym, że po latach względnej trzeźwości, Gibson powrócił do  niekontrolowanego picia alkoholu. Przypieczętował w ten sposób los swojego małżeństwa.  Ponownie nie rozpieszczała go krytyka, mająca spore zastrzeżenia do „Apocalypto”. Końcowe fragmenty filmu, w których obserwujemy na horyzoncie zbliżające się do wybrzeży Ameryki statki hiszpańskich konkwistadorów, uznano za naiwną propagandę reżysera, sugerującą, że to dzielni chrześcijanie powstrzymali pogańskich dzikusów przed wzajemnym wyżynaniem się. „Apocalypto” cieszyło się sporym powodzeniem ale nie przyniosło autorowi kolejnych artystycznych laurów. Jak dotychczas  jest też ostatnim kasowym sukcesem w filmowej karierze Mela Gibsona.

 

Trudna teraźniejszość

 

Patrząc dzisiaj na przedwcześnie postarzałą twarz Gibsona, trudno poznać w niej oblicze człowieka wybranego  w 1985 r. przez magazyn „People” , najseksowniejszym mężczyzną na ziemi. Przebył też daleką drogę od tytułu najbardziej wpływowej gwiazdy showbiznesu, przyznanej mu przez wpływowego „Forbesa” w 2004.

Ostatnie lata nie były łaskawe dla jego kariery. Od czasu „Apocalypto” nie udało mu się nakręcić żadnego filmu. Plany wielkiej epopei  o Wikingach, ze względu na otaczające go odium skandalisty, doprowadziły do zrezygnowania z projektu Leonardo Di Caprio i utknęły w martwym punkcie. Chęć rehabilitacji za antysemickie wybryki wyrażana gotowością do stworzenia mini serialu o Holocauście, została pogrzebana, gdy wyszły na jaw jego perturbacje z rosyjską kochanką.

Niestety, aktorstwo też nie przynosi  ukojenia i nadziei na bezchmurne jutro. Powrót na srebrny ekran po siedmiu latach nieobecności w thrillerze „Furia”(2010) , abstrahując od jego jakości, trudno uznać go za udany – obraz poniósł komercyjną porażkę. Skromne „Podwójne życie” (2011) reżyserowane przez przyjaciółkę Gibsona, Jodie Foster, nawet w niewielkim stopniu nie zwróciło zainwestowanych w produkcję 21 milionów dolarów. „Dorwać Gringo”(2012), zrobione z werwą „oldschoolowe”  kino akcji ze sporą domieszką czarnej komedii – a więc  wymarzone pole dla popisowego występu odtwórcy Martina Riggsa – nawet nie pojawiło się w amerykańskich kinach i zostało zesłane od razu na rynek VOD, Blu-Ray i DVD.  Nikt nawet specjalnie nie ukrywał, że powodem nie jest słaba jakość samego filmu, lecz osobiste kłopoty Mela mogące zniechęcić potencjalnych widzów.

 

Rodzina jest dla mnie najważniejsza – Gibson przez lata wyznawał ten pogląd. Rodzina stanowiła dla Mela bezpieczną przystań,  barierę odgradzającą go od  oceanu hedonizmu, w którym tonie cały showbiznes. Ze współczuciem, ale też z domieszką wyższości, patrzył na innych aktorów zatracających się w pustej egzystencji, pozbawionych namiastki domowego ogniska. W końcu jednak sam zaprzepaścił to wszystko. Stracił małżonkę i skompromitował  własne dzieci. Tego ostatniego żałuje szczególnie mocno.

Mel Gibson jest produktem swojego ojca – orzekł Richard Donner. Obdarzony charyzmą Hutton Gibson zawsze cieszył się posłuchem u swojego syna. Gibson Jr. pokornie spełnia  zachcianki Huttona, nawet ufundował  za jego namową specjalny kościół w Santa Monica, w którym msze odbywają się w tradycyjnej łacińskiej liturgii. Niektórzy  znajomi Mela Gibsona sugerują, że stoi on na rozdrożu, rozdarty pomiędzy miłością do ojca, a świadomością, jak zgubny wpływ ma  na niego ładunek nietolerancji, który mu on wpoił. Przychylni Melowi ludzie uważają, że nie podziela on kontrowersyjnych poglądów ojca negującego wymiar i znaczenie  Holocaustu, czy podającego w wątpliwość katolickość samego papieża. Prawdą jest jednak to, że nigdy oficjalnie się od nich nie odciął.

Aby lepiej zrozumieć  Mela, warto bliżej przyjrzeć się  filmowi „Podwójne życie”. Jodie Foster, wprost przyznaje się do sympatii i koleżeńskiej więzi z Gibsonem, datowanej od ich wspólnego blockbustera, czyli "Mavericka" (1994). Foster, podczas promocji „Podwójnego życia”, stwierdziła, że  Mel wniósł do niego ciężar swoich własnych traumatycznych przeżyć przez co ma nadzieję, że film będzie miał dla niego oczyszczający, terapeutyczny wymiar.  Foster opowiedziała historię Waltera Blacka, właściciela fabryki zabawek, przechodzącego poważne załamanie nerwowe. Zostawia go żona, starszy z dwójki synów wstydzi się do niego przyznać. Black  nie potrafiąc wyrwać się z wszechwładnych macek depresji, szuka bezskutecznego ukojenia w alkoholu, aż wreszcie targa się na swoje życie. Osobliwą terapią, mającą wyrwać go z matni, jest pacynka bobra, poprzez którą zaczyna porozumiewać się z innymi. Maskotka chroni go od bezpośredniego kontaktu z ponurą rzeczywistością, a jednocześnie pełni funkcję pomostu z normalnym światem. Ku zaskoczeniu bliskich Blacka jego kuriozalny wymysł przez jakiś czas zdaje egzamin i pozwala mu względnie normalnie egzystować.  „Podwójne życie” nie jest abstrakcyjnym poradnikiem na wyjście z depresji, nie razi uproszczonym happy endem, za to zmusza do myślenia.

 

Podobieństwa celuloidowego Blacka do Gibsona nasuwają się same: zaburzenia natury psychicznej, alkohol, utrata poważania u najbliższych. Intryguje natomiast to, że Walter Black nienawidził swojego zmarłego ojca. Za to, że (najprawdopodobniej) popełnił samobójstwo i go zostawił, oraz za to, że musiał przejąć rodzinny biznes. Podjąć rolę, w której nigdy nie czuł się najlepiej. Zagadką pozostaje czy Gibson za pośrednictwem Blacka nie chciał w jakimś stopniu uzewnętrznić negatywnych emocji w stosunku do własnego ojca.

 

Niepewne jutro

 

Rokowania dotyczące przyszłości Gibsona nie wyglądają obecnie najlepiej. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy jego przedsięwzięcia filmowe pozbędą się odoru infamii, którą dogłębnie przesiąkł. W idealnym świecie oceniano by artystę za jego zawodowe dokonania, a nie na podstawie burzliwego  prywatnego życia. W świecie realnym łatwo dostrzec pogłębianie się tabloidyzacji mediów głównego nurtu. Z jednej strony dążą do pozbycia się ze sfery publicznej osób, których zachowanie urąga cywilizowanym standardom, a z drugiej wiecznie żyją w pogoni za tanią sensacją, lubując się w roztrząsaniu każdego detalu ludzkich słabości. Starają się przekonać swoich odbiorców, że ich motywacją jest jak najlepsze poinformowanie widza, ale przecież chodzi głównie o spektakl, oglądalność i reklamodawców.

W przypadku gwiazdy „Zabójczej broni” przychylność masowych środków przekazu jest kluczowa dla dalszego funkcjonowania w przemyśle filmowym. Media na równi relacjonują, co kreują społeczne nastroje i zapatrywania. Gibson potrzebuje dużego wsparcia widzów, ponieważ trudno wyobrazić go sobie w roli twórcy offowego. Jego siłą tkwiła  niemal zawsze w ambitnej komercji, do której potrzeba przynajmniej kilkadziesiąt milionów dolarów, za jeden kinowy projekt.

„Mad Mel” w dużej mierze sam odpowiada za zaistniałą sytuację.  Powinien doskonale zdawać sobie sprawę z prawideł rządzących tym biznesem i sumienniej pracować nad samokontrolą. Przeciętni ludzie kochają gwiazdy, bo wiedzą, że większość z nich, nie wyróżniając się z tłumu, żyła wśród nich. Jednakże miłość idzie w parze z oczekiwaniami, że ich bożyszcze – osiągając swój niezwykły status – zobligowali się pozbyć słabostek charakterystycznych dla zwykłych śmiertelników.

Pewnym pocieszeniem dla Gibsona może być fakt, że Hollywood pełne jest skruszonych grzeszników. Wystarczy wymienić nazwiska Roberta Downeya Jr. i Mickeya Rourke.  Abstrahując od osobistych przywar Mela Gibsona, nieprzeciętnego talentu trudno mu odmówić. Jeżeli będzie w stanie poskromić drzemiące w nim demony,  może odzyska zaufanie widzów i  nie raz pokaże pełnię swoich umiejętności. W innym przypadku już na zawsze pozostanie postacią tragiczną, otoczoną złą sławą, która przedwcześnie odeszła w zapomnienie.

 







  • dominic

    bardzo fajny tekst. pozdrawiam.

  • Mefisto

    Z tym Bondem (notabene Rogerze Moore, nie Moorze) to jednak nie do końca, jak piszesz – nawet jeśli był jednym z potencjalnych kandydatów samego studia, które spojrzało na niego na fali sukcesów, to sam Broccoli nigdy nie był zainteresowany jego zaangażowaniem.

    • Cassel

      Znowu poprawiamy poprawne? Nazwisko Moore brzmi w miejscowniku właśnie tak: o Moorze – nie o Moore, nie o Moore’ie ani żadne takie. Jest git, a że to dziwnie wygląda…

      • Mefisto

        Wygląda to okropnie moim zdaniem, bo przeinacza nazwisko – a przeciez można napisać Rogerze Moore i też będzie poprawnie, gdyż można odmieniać imię pozostawiając nazwisko nietknięte. Ja wiem, że moja i język polska się totalnie nie zgadzać na tej płaszczyźnie, ale teraz wiem co mówię, bo sprawdziłem wcześniej :)

        • Cassel

          I właśnie zasadę „sprawdziłem wcześniej” polecam stosować częściej. Będzie z tego pożytek. :)

          • Mefisto

            Nie moja wina, że odmiana zagramanicznych nazwisk jest w tym kraju chu chu chu :) Jestem przekonany, że Ty sam byś się nie cieszył widząc swoje personalia przeamerykanizowane :)

    • Bogusz

      Nazwisko jest odmienione poprawnie, a to, że według ciebie „wygląda nieładnie”- to tylko i wyłącznie twój problem. Jeżeli chodzi o kwestię związano z Bondem to w kilku źródłach podają sprzeczne informacje. Z pewnością Gibson był rozpatrywany przez producentów w roli Bonda. Osobiście uznałem, iż to, że wstepnie mu propnowano tę rolę- jest wielce prawdodopodbne. To co po latach twierdzą producenci, szczególnie w kontekście niesławy w jaką popadł Gibson- to już zupełnie inna historia.

  • tomashec

    Elegancko. Brawo! Świetny tekścior.

  • Tekst dobry, ale wkradły się literówki z „Rochtanskim” na czele :) Można by też niektóre zdania przerobić pod względem stylistycznym, ale ile głów tyle opinii.

  • Szymon Pajdak
  • Edyta Biadasiewicz

    bardzo dobry artykuł:) przeczytałam od deski do deski.Mel Gibson jest jednym z moich najlepszych aktorów, a nie mam ich wielu;)

  • Majk

    Kolego przepisałeś biografie z amerykańskich masmediów które są w posiadaniu 5 osób pochodzenia żydowskiego? Gibson podpadł elicie za pasje i apocalipto pokazując kto manipuluje i chce rządzić dlatego zrobiono z niego pijaka wariata. To samo dotyczy Charlie Sheena i każdego następnego który będzie chciał w podobnym tonie się wypowiedzieć.

    • Czytelnik

      Wiem, że nie powinienem tykać tego dwumetrowym kijem, ale zapytam. Co o elitach pokazał Gibson, za pomocą Apocalipto? I cóż takiego powiedział Charlie Sheen, że niesłusznie zrobiono z niego wariata?

      • Majk

        Tak jak zaczyna się film: Wielkie cywilizacje zostały pokonane od zewnątrz w momencie kiedy były zepsute od wewnątrz. Maksyma dziel i rządz w wielu Państwach do tej pory wykorzystywana w tym w PL. A Charlie Sheen zakwestionował ataki z 09.11

        • Michał

          Tak, a wszystkim rządzą Iluminaci.

    • Bogusz

      chętnie bym odpowiedział na twoje pytanie, ale nie jestem wystarczająco rozgarnięty, aby objąć jego głębie i złożoność. Jeżeli nie potrafisz zauważyć mojej daleko idącej życzliwości w stosunku do Gibsona, pomimo jego ewidentnych wpadek, to jest mi niewymownie przykro.

  • wallhack

    …rewelacyjny, utalentowany aktor powiedział prawdę o żydach ! antysemita to nie człowiek który nie lubi żydów, to człowiek przez żydów nielubiany-za mądry i za szczery !

  • Muni

    Mel jest świetnym aktorem i reżyserem, Apocalypto ogląda się na bezdechu! A że powiedział coś antysemickiego? A ile jest osób w USA, które powiedziało „Polish joke”? Pewnie 200 milionów.

  • zonk

    Dla nie Mel na zawsze pozostanie Wielkim aktorem. Nie interesuje mnie jego życie prywatne, ani skandale, najważniejsze, że w każdej roli daje z siebie 100% i potrafi się wcielić w każdą rolę. Mam nadzieję, że jeszcze zobaczymy film o Wikingach, jego autorstwa i będzie to dzieło na miarę „Walecznego serca”

  • olaf

    Mam nadzieję, że Mel jednak dojdzie ze sobą do ładu, bo jest świetnym aktorem i reżyserem. Szkoda marnować taki talent na pijackie wygłupy.

  • Tomek

    Poczytajcie w necie o chorobie afektywnej dwubiegunowej . Otworzą się Wam oczy i Zrozumiecie Jego zachowanie . Mam Żonę chorą na to cholerstwo … Ta choroba to masakra , zwłaszcza dla najbliższych… Pozdrawiam






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Tańczący z Wilkami Blu-Ray

Następny tekst

I'm not there



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE