Biografie ludzi filmu

JOHN HUGHES. Filmobiografia

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

 

„Nie uważam dzieci za niższą formę gatunku ludzkiego.”

 

hughesbigJohn Wilden Hughes Jr. urodził się 18-ego lutego 1950 r., w Lansing, stan Michigan. Jego matka działała jako wolontariuszka, ojciec był sprzedawcą, a on sam był dzieciakiem, jakich wiele – pozbawionym przebłysków geniuszu, za to z bardzo frustrującym życiem samotnika. Pierwsze dwanaście lat wychowywał się w miasteczku Grosse Pointe, gdzie, jak sam mówił „były same dziewczyny i starzy ludzie, żadnych chłopaków w moim wieku. Większość czasu spędzałem więc sam z własnymi marzeniami.”.

Potem nie było lepiej, bowiem ze względu na profesję Hughesa Sr. rodzina często przeprowadzała się, więc mały John nie miał szans zawrzeć prawdziwych przyjaźni i wiecznie czuł się wyalienowany. Kiedy w końcu osiedlił się w Chicago, był przytłoczony zarówno olbrzymim miastem, jak i jedną z jego szkół, w której naprawdę poczuł, jak to jest być anonimowym. W przetrwaniu tych kiepskich chwil pomogła mu muzyka, a konkretniej Beatlesi, na których punkcie miał prawdziwą obsesję. „Moimi bohaterami byli Bob Dylan, John Lennon i Picasso, bo każdy z nich ruszył dane medium na nowe tory, a po dotarciu do punktu, w jakim mogli poczuć się swobodnie zawsze szli dalej.” – wspominał. Tak przeszedł przez całą szkołę średnią Glenbrook, w Northbrook.

National LampoonTego wyczynu nie powtórzył potem na uniwersytecie Arizony, bo wyleciał zeń z hukiem, zanim zdołał ukończyć studia. Nie był typem buntownika, ale status wyrzutka sprawił, że poradził sobie z takim obrotem spraw. Zaczął się więc sprzedawać… to znaczy nie siebie per se, a swoje dowcipy – z początku jako wolny strzelec usługiwał tuzom amerykańskiej sceny komicznej, jak Rodney Dangerfield czy Joan Rivers. Potem zaczął używać humoru, by zdobyć bardziej stałe zajęcie. Tak dostał posadę copywritera w agencji reklamowej Harper & Steers, a w cztery lata później w znacznie bardziej prestiżowej Leo Burnett Worldwide.

Jak mówią Amerykanie: “long story short” – ostatecznie wylądował u Philipa Morrisa w ‘Niu Jorku’, a to z kolei doprowadziło go do biura magazynu National Lampoon (tak, TEGO, choć jeszcze nie TEGO TEGO National Lampoon, o jakim myślicie). Oprócz krótkich historyjek na 1-ego kwietnia – o tak wyrafinowanych tytułach, jak „Mój penis” i „Moja wagina” – jego najsłynniejszym i bodaj najlepszym wkładem, jaki użył, by wejść w łaski elitarnego grona, była skromna historia oparta o własne doświadczenia rodzinnych wypadów. „Wakacje ‘58”, bo o nie chodzi, zyskały aprobatę redakcji, a po latach posłużyły za podstawę słynnej serii o urlopowych przejściach rodziny Griswoldów, jakie mogliśmy oglądać właśnie „W krzywym zwierciadle”. A potem jakoś samo się potoczyło…

Filmy – reżyseria

 „Po prostu wpadłem do tego biznesu, nie szkoliłem się doń.
Na planie swoich pierwszych dwóch filmów krzyczałem ‘Akcja!’, zanim jeszcze włączono kamerę.”

Swój pierwszy skrypt napisał jeszcze za biurkiem owego magazynu. Gotowy film, zatytułowany „Class Reunion” („W krzywym zwierciadle: Zlot absolwentów”) okazał się jednak mierną podróbką pierwszej komedii powstałej pod tym szyldem, czyli „Menażerii” („Animal House”), do której telewizyjnej kontynuacji – „Delta House” – John  także pisał odcinki (całość wytrzymała na antenie ledwie trzy miesiące). Potem były wspomniane już „Wakacje”, które wraz z paroma mniejszymi tytułami zwróciły uwagę Universalu na niepozornego człowieka w okularach i wkrótce wytwórnia zaproponowała Hughesowi dil na trzy filmy.

Oczywiście na tym się nie skończyło i choć reżyserska kariera Hughesa była krótka (ale płodna, bo niemal co roku wypuszczał nowy film), to jednak warto przyjrzeć się jej z bliska. Poniżej przegląd wszystkich ośmiu dzieł wraz z przyległościami i opiniami na ich temat.

Sixteen Candles

Szesnaście świeczek; 1984

8 / 10

Sixteen Candles_posterSamantha Baker (w tej roli uroczo różowiutka Molly Ringwald) rozpoczyna nowy rodział w swoim życiu – właśnie stuka jej tytułowa ‘szesnastka’. Kłopot w tym, że rodzina, mająca na głowie ślub starszej córki, kompletnie zdaje się o tym wydarzeniu nie pamiętać. Na domiar złego Sam fizycznie „wciąż ma piętnaście lat”, a szkolny przystojniak, w jakim się podkochuje, jest zupełnie nie świadomy jej istnienia. A to dopiero początek serii niefortunnych zdarzeń, bo przecież trzeba jeszcze jakoś przetrwać ten okres w szkole – miejscu pełnym geeków i innych wątpliwej jakości homo sapiens…

Tak pokrótce przedstawia się debiut Johna Hughesa. Brzmi tandetnie, niczym kiczowate połączenie romansu i szkolnej komedii, pełnej rubaszności (jak większość przebojów tamtego okresu). I w sumie taki byłby zapewne efekt końcowy, gdyby nie kilka elementów i cech charakterystycznych, z jakich twórca zasłynie w kolejnych latach, a które sprawiły, że film osiągnął w kinach spory sukces i po dziś dzień jest wśród jankeskiej młodzieży kultowy.

Przede wszystkim całość jest niesamowicie… szczera. Owszem, „Szesnaście świeczek” bywa przerysowane, pozostając jednym z bardziej naiwnych i hollywoodzkich filmów z całej Hughesografii (happy end, w którym wszyscy wygrywają, a nikt nie ginie – chyba, wszak tort w finalnym ujęciu wykonany jest z kartonu…). Znajdziemy w nim także parę niewybrednych żartów i sytuacji (w owej chwili całkiem odważnych, dziś nadających się najwyżej na niedzielny podwieczorek w towarzystwie dziadków – dokładnie taki, jaki zresztą pojawia się na ekranie), jednak Hughes ani razu nie przekracza pewnej granicy umowności (oraz dobrego smaku), wobec czego w całą historię da się uwierzyć – szczególnie, jeśli mamy w pamięci podobne doświadczenia ze szkoły lub „beztroskiego” dzieciństwa jako takiego.

Sixteen Candles2

Naturalna otoczka objawia się tu niemal we wszystkich aspektach realizacji. Prosty, ale świetnie wyważony jest skrypt, jaki – poza nielicznymi detalami, jak celowo karykaturalne stereotypy rasowe – nie usiłuje za wszelką cenę rozbawić lub szokować widza. Humor jest tu niewymuszony (nawet jeśli czasem niewyszukany) i wynika z zupełnie codziennych, a przez to uniwersalnych rzeczy wziętych wprost z życia klasy średniej i korytarzy jej edukacyjnych instytucji. Hughes z kamerami wyszedł tu zresztą poza studio, kręcąc wszystko w prawdziwych lokacjach, głównie rzecz jasna w Chicago i jego okolicach (Niles East High School, której emblematy widać w kilku scenach, a która przed rozpoczęciem zdjęć była… zamknięta przez trzy lata). Ergo, przez bite 90 minut nie czuć tu ani grama fałszu, nawet jeśli niektóre momenty, z oczywistych względów, po 30 latach od premiery trącą nieco myszką.

Spora w tym zasługa oczywiście fenomenalnie dobranej obsady, która – w przeciwieństwie do tradycyjnego (nie tylko) w amerykańskim kinie podejścia – liczyła sobie podobną ilość wiosen, co rozpisane na papierze postaci. Wspomniana Ringwald, dla której to pierwsza główna i trzecia w ogóle rola w filmie fabularnym, była w momencie premiery równolatką Samanthy. Jej kreacja (i bynajmniej nie mam tu na myśli żadnej z kiecek, jakie nosi przez całą fabułę) jest więc na tyle prawdziwa, na ile to możliwe. Nic zresztą dziwnego, że po tym filmie Molly została ikoną amerykańskiej młodzieży lat 80. – pozycję tą ukształtuje jeszcze z powodzeniem w następnych produkcjach, nie tylko spod pióra Hughesa. Mniej więcej w tym samym wieku był partnerujący jej Anthony Michael Hall, który dał się wcześniej poznać publice, jako Rusty Griswold z pierwszej części „Wakacji” (do jakich jest tutaj jeszcze jedno nawiązanie w postaci numeru rejestracyjnego ojca Samanthy – V58). W „…świeczkach” jest absolutnie fenomenalny w roli nagabującego jej dziwaka (ochrzczonego Farmerem Tedem), w niektórych scenach dosłownie rozsadzając ekran swą energią i chemią między nim, a Molly. Co ciekawe, z początku ponoć ta dwójka się nie polubiła. Dopiero, gdy Hughes wybrał się z nimi do sklepu muzycznego, okazało się, że mają na tyle zbieżne gusta, iż będą mogli się jednak jakoś dogadać.

Sixteen Candles3

Drugi plan także spisuje się wyśmienicie, nawet jeśli odrobinę zaburza średnią wieku. Najstarszy z ‘młodej’ aktorskiej ekipy Gedde Watanabe (28 lat) kradnie każdą scenę, w której pojawia się jako niedoświadczony życiem student z Chin, Long Duk Dong – już pierwsze jego wejście potrafi rozmasować przeponę. Haviland Morris (25 lat) nie ma większych problemów, by sprzedać się jako seksowna Caroline Mulford – prom queen, którą każdy chce przelecieć, ale która wcale nie jest taka pusta, jak mogło by się wydawać. Rok młodszy od niej Michael Schoeffling, to natomiast urodzony lider szkolnej drużyny, Jake Ryan – przystojniak z fajnym autem (o numerach 21850, czyli datą urodzin reżysera) i bogatymi rodzicami, w jakim podkochuje się co druga uczennica, ale którego ambicje także sięgają ponad seks, narkotyki i rock’n’roll.

Również na dalszym tle roi się od znanych-nieznanych twarzy. Rodzeństwo Cusack w pierwszych znaczących dla siebie występach ma jeszcze mleko pod nosem, a mimo to potrafi rozbawić w krótkich, niezależnych od siebie epizodach. John Kapelos – jedyny, poza Hallem, aktor, który wystąpił w całej szkolnej trylogii Hughesa – zalicza sympatyczny występ w roli przyszłego męża siostry Sam, Ginny. W samą Ginny Baker wcieliła się natomiast Blanche… Baker – wieczna twarz trzeciego planu, która tu bryluje w finałowej scenie ślubu, i choćby i dla niej warto film obejrzeć (cameo w tej scenie zaliczyła zresztą matka Johna Belushi, Agnes). Wprawne oko dostrzeże też Briana Doyle-Murraya (czyli brata sławnego Billa „to the right and with more intensity” Murraya), jako pastora czy niespełna 19-letnią Jami Gertz, a w radiu słychać z kolei głos Dicka Biondi – legendy chicagowskich rozgłośni.

Sixteen Candles4

A skoro już przy tym jesteśmy, to warta uwagi jest oczywiście i ścieżka dźwiękowa – pierwsza i na pewno nie najlepsza składanka w filmografii Hughesa, ale i tak idealnie dopasowana pod historię, przesiąkniętą do cna beztroską aurą ówczesnej dekady. Muzykę oryginalną napisał znany z serii „Naga Broń” Ira Newborn, który tym samym został nadwornym muzykiem Hughesa, mimo iż nie zilustrował aż trzech z ośmiu filmów: „The Breakfast Club”, „She’s Having a Baby” i „Curly Sue”). Szkoda jedynie, że na ponad 30 utworów i piosenek, jakie pojawiają się w filmie (KLIK), ledwie pięć, w tym szlagier Sixteen Stray Cats, od którego Hughes zaczerpnął tytuł, doczekało się oficjalnego wydania na równie skromnym LP – rzecz jasna przez lata nie wznawianym.

Jest to przy tym jeden z tych filmów, które mogą pochwalić się aż dwoma różnymi soundtrackami – „Sixteen Candles” brzmi bowiem nieco inaczej w wersji kinowej i telewizyjnej, niż w tej przygotowanej na rynek VHS, co wiąże się oczywiście z dodanymi, bądź usuniętymi minutami. Przykładowo: stacja WE pokazała kiedyś film z całą sekwencją w szkolnej kafeterii, jakiej nie uświadczymy w edycji podstawowej (Samantha kontynuuje swe wywody z przyjaciółką odnośnie tego, jak żenujący jest to dzień w jej życiu). Wśród innych scen, jakie ostatecznie wyleciały w montażu był ponoć także i śpiewający Long Duk Dongiem na szkolnej potańcówce. Niestety, podobnych rzeczy nie doświadczymy na domowych nośnikach – wszelakie wydania obecnie dostępne mają w roli bonusa co najwyżej skromny making of.

Co nam jeszcze przepadło w odmętach historii? Do skutku nie doszedł telewizyjny remake, o wiele mówiącym tytule „32 candles”. Zapowiedziano go na rok 2003 i miał opowiadać o tym, co stało się z bohaterami po kolejnych szesnastu latach, jednak ostatecznie realizacja nie doszła do skutku z przyczyn równie nieznanych, co jego promocja. Poza tym nie mogliśmy zobaczyć Jima Carreya w roli, jaką otrzymał Anthony Michael Hall, Viggo Mortensena jako Jake’a Ryana oraz Laury Dern wcielającej się w Samanthę. Wszyscy oni odpadli na castingu, podobnie jak Ally Sheedy. Jej jednak udało się na przesłuchaniu zwrócić na siebie uwagę i pojawiła się u boku Ringwald już w następnym filmie Hughesa, czyli…

breakfast-club

Klub winowajców; 1985

10 / 10

breakfast_dvd…wycinku z dnia piątki przypadkowych uczniów, którzy za karę spędzają wolną sobotę w szkolnej kozie. Brzmi więc jeszcze prościej i teoretycznie infantylniej od debiutu, jednak Hughes tym razem strzelił w dziesiątkę, zapisując się tym samym w annałach współczesnej kinematografii i tworząc wzór dla wszystkich późniejszych filmów młodzieżowych. Dla wielu zresztą „Klub winowajców” (swoją drogą polskie tłumaczenie nie jest wcale takie głupie) stanowi opus magnum tego twórcy, a powiedzieć o nim, że to tytuł kultowy (acz głównie za oceanem), to jak nie powiedzieć nic. Warto jednak nieco rozszerzyć powyższe streszczenie.

Otóż wspomniana piątka nie jest tak do końca zupełnie przypadkowa – każdy z uczestników tej zbiorowej ‘kary’ reprezentuje bowiem konkretną osobowość i przynależność grupowo-społeczną. Mamy więc szanowanego sportowca lokalnej drużyny (Emilio Estevez, który zgodził się wcielić w Andrew Clarka dopiero, kiedy Hughes nie potrafił znaleźć nikogo innego do tej roli), który wywodzi się z rodziny z tradycjami, przypuszczalnie równie poważanej. Jest typowy nerd, Brian (oczywiście Anthony Michael Hall) z jeszcze bardziej typowej klasy średniej, którego rodzina wręcz gnębi o jak najlepsze wyniki w nauce, o czym świadczy już sama rejestracja samochodu, jakim matka i siostra (co ciekawe, w rzeczywistości także nimi są) podwożą go do szkoły. Jest też szkolna „księżniczka”, przyszła królowa balu maturalnego, czyli wywodząca się z zamożnej rodziny córeczka tatusia (Ringwald, która bardzo chciała ponoć zagrać Allison, ale ponieważ tamta rola została już obiecana komu innemu, to skończyła jako Claire), z którą każdy, mimo wszystko, chciałby się zadawać, a już na pewno rozdziewiczyć. Do tego grona dodajmy jeszcze dwie czarne owce – Bendera, zbira z dysfunkcyjnej rodziny (rewelacyjny Judd Nelson), który ma w dupie konwenanse oraz milczącą dziwaczkę Allison (Ally Sheedy), jaka trzyma się z dala od innych i nie interesują się nią nawet własni rodzice – a otrzymamy pełny obraz szkolnej galerii charakterów, którą bez problemu idzie odnieść również do polskiej rzeczywistości. Zamiast ‘schematyczność’ warto tu jednak użyć określenia ‘uniwersalność’ – szczególnie, że w każdej z tych postaci znajdziemy trochę siebie.

breakfast4

O to tu zresztą między innymi chodzi – maski, uprzedzenia i podziały, jakie dzieją się każdego dnia, na każdej szerokości geograficznej, pod płaszczykiem edukacji maluczkich i próby zrobienia z nich tzw. ‘ludzi’. Podziały to zresztą mniej więcej tak samo fałszywe i zbędne, co gros zdobywanej w szkolnych murach wiedzy. Suma sumarum rzeczona piątka i tak znajdzie ze sobą wspólny język, odkrywając przy tym, że więcej ich łączy, aniżeli dzieli. Duża w tym oczywiście zasługa ogólnego wroga, pod postacią dyrektora Vernona – znakomicie odegranego przez zmarłego w 2006 r. Paula Gleasona, któremu często trafiały się role dupków (patrz Dwayne T. Robinson z „Die Hard”) – stanowiącego kumulację szkolnych doświadczeń Hughesa. Ale i nie tylko jego – wszak ten, kto choć raz nie został wezwany po lekcjach na dywanik, niech pierwszy rzuci piórnikiem!

Przy całym tym wesołym zacięciu oraz swoistej autoironii względem edukacji i szkolnictwa jest to zresztą bardzo tragikomiczna, słodko-gorzka historia, która bez problemu lawiruje między momentami czystego szaleństwa i zabawy, a autentycznie wzruszającymi wyznaniami/dramatycznymi scenami. Ta sinusoida osiąga początek w sekwencji specyficznego lunchu, w której poszczególne posiłki odzwierciedlają życiową sytuację bohaterów i prowadzą do wytykania sobie wad. Apogeum następuje natomiast w niezwykłej scenie (notabene kompletnie zainmprowizowanej, gdyż nie było jej w scenariuszu) zwierzeń nastoletnich bohaterów – kiedy przyznają się sami przed sobą, co sprawiło, że trafili tu w sobotę, łzy autentycznie mieszają się z wybuchami śmiechu. I nie ma w tym ani nuty fałszu, ani jednego kiksu – czy to ze strony aktorów czy doskonałego scenariusza i wyczuwającej najmniejsze niuanse ręki Hughesa-reżysera.

breakfast5

Skąpana w lekkiej nucie goryczy historia jest, mimo oczywistych upiększeń, bardziej życiowa, niż filmowa. Brzmi może, jak truizm – szczególnie, że ostatnie, dziś już kanoniczne ujęcie, to czystej wody epickie zwycięstwo miłości, przyjaźni, szacunku, młodości, wolności… Ale jednak wcześniej nie ma lania H2O, nikt tu się nie oszukuje, nikt nie ma złudzeń, że ich wspólne doświadczenie przełoży się na świetlaną przyszłość pełną ww cnot – w czym dodatkowo uświadamia ich epizod Johna Kapelosa, jako woźnego Carla, który, niczym Mariusz Max Kolonko, mówi jak jest i zdradza sekrety przetrwania w tej zapomnianej przez Boga instytucji. Bohaterowie się zmieniają, ale świat wokół nich nie i kiedy w poniedziałkowy poranek powrócą w szkolne progi, będzie tak, jak dawniej – udawanie, zamknięte kręgi znajomych, prawa i obowiązki…

Oni mogą się jedynie na to uodpornić, wyjść ponad ten dziwaczny porządek rzeczy i nie dać się stłamsić ludziom pokroju Vernona, który już dawno podsumował swoich podopiecznych, przez co ze zgrozą patrzy w jutro. Ale dla nich to jutro wciąż stoi otworem – rzeczywistość będzie przygnębiająca, trudna i zapewne przynajmniej jedno z nich skończy, jak Carl (który, jeśli dobrze przyjrzycie się czołówce, był kiedyś w tej samej sytuacji). Lecz karty wciąż są w grze, nic nie jest stracone, warto walczyć o swoje, iść pod prąd, nie dać się mu porwać, wspierać się, pamiętać i, nade wszystko, nie stracić serca. Złudne nadzieje? Być może. Lecz ich promyk pojawia się w kolejnych sobotach, jakie będą spędzać wspólnie w tej samej sali (z dziwaczną rzeźbą po środku, jako żywo inspirowaną pracami Henry Moore’a), gdzie przecież mogą w końcu… być sobą.

breakfast1

Trudno jakkolwiek przyczepić się do tego filmu. Realizacyjnie to skromna robota – ot, grupka osób pomykająca po kilku przystających do siebie pomieszczeniach – ale nie budząca większych zastrzeżeń (może poza slapstickowym, przedobrzonym pościgiem po całym budynku). Fabularnie film wciąż się broni i jest tak skonstruowany, że nawet patrząc nań przez dzisiejszy pryzmat, pełen naśladowców, cytatów, odniesień (a jest ich, wierzcie mi, naprawdę bardzo, bardzo, bardzo dużo) i, przede wszystkim, wyświechtania struktury, zabicia owych schematów, nadal pozostaje świeży oraz aktualny (za wyłączeniem postępu techniki).

Niemal wszystko w „The Breakfast Club” gra i cyka. Rewelacyjna, młoda obsada (najstarszy Judd Nelson miał 25 lat), która w pełni utożsamiła się ze swoimi postaciami, sporo od siebie dodając do gotowej produkcji (w jednej ze scen Nelson wyjmuje swój własny nóż sprężynowy, aktor na poczekaniu wymyślił sporo dziwacznych powiedzonek, jakie Bender rzuca co chwila do innych, a poza kadrem był… nieustannie złośliwy dla Ringwald, przez co o mało go nie wylali). O znakomitości skryptu już pisałem, choć warto raz jeszcze wspomnieć tu o kreatywności Hughesa, który napisał go w niespełna dwa dni, a nastepnie kilkukrotnie wertował go z aktorami na zasadzie próby sztuki teatralnej, po czym nakręcił całość chronologicznie. Jak na ironię, po sukcesie filmu został poproszony o rozpisanie scenariusza na akty, aby można go było wystawiać w formie szkolnych przedstawień.

Tego geniuszu dopełnia oczywiście idealnie dobrana ścieżka dźwiękowa oraz muzyka – tym razem autorstwa Keitha Forseya i Gary’ego Changa („Sniper”, „Under Siege”). Panowie przygotowali iście rockowy podkład, zdominowany zresztą przez liczne piosenki, w tym otwierający całość hit „Don’t You (Forget About Me)” – napisany przez Forseya i nagrany specjalnie na potrzeby filmu przez szkocką grupę Simple Minds. Co ciekawe, wcześniej zaszczytu nagrania tej piosenki odmówili m.in. Billy Idol, Bryan Ferry i The Pretenders. Na soundtracku obecni są natomiast także Wang Chung, Elizabeth Daily, Joyce Kennedy i Karla DeVito, której dynamiczne „We Are Not Alone” podkreśla upust emocji naszej piątki. Nie obeszło się tu również bez mrugnięcia uchem do odbiorców – w jednej ze scen bohaterowie gwiżdżą z nudów słynne „Colonel Bogey March” z „Mostu na rzece Kwai”, w innej Bender nuci „Sunshine of Your Love”, udając, że gra na gitarze, a kiedy odwraca uwagę Vernona na sali gimnastycznej z jego ust wydobywa się miks słów przeboju The Vapors, „Turning Japanese” oraz wojskowej przyśpiewki „I wanna be an Airborne Ranger”. Sam film otwiera natomiast cytat z piosenki „Changes” Davida Bowie, z jego albumu „Hunky Dory”.

breakfast2

Ze sferą muzyczną powiązana jest też jeszcze inna, smutniejsza ciekawostka. Otóż w prologu filmu widać w pewnym momencie napis na ścianie: „I don’t like Mondays” („Nie lubię poniedziałków”). Dokładnie taki sam tytuł nosi bestseller kapeli Boomtown Rats. I w obu przypadkach jest to odniesienie do krwawych wydarzeń ze stycznia 1979 r., kiedy to 16-letnia Brenda Ann Spencer zaczęła strzelać do uczniów i nauczycieli w szkole w San Diego. Jako powód swego czynu podała policji te właśnie słowa, dodając, że nie mogła by znieść jeszcze jednego. Na chwilę obecną kobieta wciąż odsiaduje wyrok dożywotni.

Ale pisząc o TBC nie można przemilczeć również swoistego uniwersum, jakie Hughes pielęgnował przez całą swoją karierę – choć nie z takim zacięciem i rozmachem, jak później Kevin Smith (który nawiązał do tego w „Dogmie”, a wcześniej podziękował Hughesowi w napisach „Mallrats”). Otóż wszystkie wydarzenia dzieją się tu w fikcyjnym Shermer, w niefikcyjnym Illinois, czyli miejscu będącym miejscem akcji wielu jego filmów. Generalnie jest to rodzaj przedmieść dla, tak ‘oblubianego’ przez Hughesa, Chicago. W rzeczywistości zdjęcia odbyły się nigdzie indziej, jak tylko w murach szkoły Glenbrook North, która mieści się przy… 2300 Shermer Road i jest oddalona o ok. 30 mil od Chicago. Wykorzystano także budynek Maine North, Des Plaines, w tym samym stanie – tu rzeczywista szkoła została zamknięta w dwa lata przed pierwszym klapsem, następnie przekształcona w ośrodek dla tzw. trudnej młodzieży, a później wykupiona przez policję, która uczyniła zeń komisariat działający po dziś dzień. Zdjęcia powstały na przestrzeni dwóch miesięcy 1984 roku.

breakfast3

Niespełna rok później „The Breakfast Club” zawitał do kin, gdzie szybko stał się dużym hitem. Co prawda dokładnego budżetu nie ma do wglądu, to jednak blisko 46 baniek w USA i kolejne 50 z przychodów na świecie robi wrażenie nawet dziś, zwłaszcza biorąc pod uwagę ‘surowe’ R, jakim MPAA opatrzyła młodzieżowe dzieło – pocięte potem równo w przeróżnych sieciach telewizyjnych. Dość powiedzieć, że często w domowych odbiornikach brakowało blisko 20 minut filmu, a reszta została dodatkowo zdubbingowana i przemontowana (m.in. z takiego wulgarnego tekstu, jak „You won’t accept a guy’s tongue in your mouth…” zrobiono „You wont accept a guy’s lips on your mouth…”, a nie będący obraźliwym zwrot „Eat My Shorts”, który potem wszedł do słownika Barta Simpsona, stał się „Eat my socks”; jedynie Australia i Wielka Brytania nie ingerowały w materiał). Ciekawe przy tym, czy produkcja ta zyskała by podobną popularność, gdyby Hughes ostatecznie dopiął swego i wypuścił 2,5-godzinną wersję filmu? Tyle trwał bowiem dir cut, o jakim jednak dziś możemy zapomnieć, gdyż większość negatywów przepadła albo została zniszczona. Ponoć sam reżyser posiadał jedyną, pełną kopię, ale nawet za jego życia była ona niedostępna..

breakfast_americanA jak ona wygląda? Wiadomo, że są dwie sceny ‘fantazji’ – w jednej Carl przepowiada przyszłość piątki dzieciaków (mówiąc krótko: wszyscy mają przesrane ;), z kolei w drugiej mamy do czynienia ze snem Allison, w którym m.in. jawi się samej sobie, jako wampir. Inną parą kaloszy jest natomiast pokazanie ojca Bendera i kłótnia między nimi, co przekłada się też na późniejsze imitacje rodzinnego żywota każdej z postaci podczas lunchu, które miały znacząco różnić się od tego, co widzimy w gotowym dziele. Film miał mieć także więcej bohaterów epizodycznych – dziwaka od nauk społecznych, dr. Lange’a oraz nauczycielkę WF-u, Robin, której kwestie i rolę ‘mentora’ przejął w rezultacie Carl. Było też parę pomniejszych, rozszerzonych sekwencji, jak zbiorowa wizyta w toalecie odbywająca się finalnie poza kadrem, Vernon podziwiający laski w szkolnym basenie czy też Allison paląca szlugi. Trzeba jednak przyznać, że większość z tych braków jedynie niepotrzebnie rozwodniłoby tą, jakże spójną i lotną historię.

Historię jednak nie idealną, która, jak każdy film, przeszła sporo perturbacji i przepoczwarzeń, zanim wygrała serca publiki. Początkowo pod nazwą „The Lunch Bunch” (proponowano jeszcze „Library Revolution” – srsly, guys?), ostatecznie swój tytuł wzięła od prawdziwego „Klubu winowajców” ze szkoły New Trier w miejscowości Winnetka (rzecz jasna w Illinois), do jakiej uczęszczał ponoć syn jednego z przyjaciół Hughesa (acz inna wersja mówi o inspiracji najdłuższym rozrywkowym programem radiowym, nadawanym z Chicago w latach 1933-1968). Richard Vernon ma natomiast genezę w postaci aktora o tychże personaliach, który pojawia się w „A Hard Day’s Night” Beatlesów, co pociągnięto dalej żartem o Johnie Lennonie, o jakim wspomina Carl. Ciekawa zresztą sprawa z tym Carlem – gdy po raz pierwszy pojawia się na ekranie, jest jasno zasugerowane, iż jest to ojciec Briana. Tymczasem pod koniec odbiera go ze szkoły inny osobnik płci męskiej o twarzy… Johna Hughesa. Cóż, tłumaczyłoby to poniekąd stresujące życie Briana i hejt, jaki otrzymuje na początku od matki.

breakfast_teamJakby nie było, w Carla miał pierwotnie wcielić się Rick Moranis („Kochanie zmniejszyłem dzieciaki” czy też Lord Hełmofon z „Kosmicznych jaj”, a więc pomysł niegłupi), lecz odszedł względem ‘różnic artystycznych’. Brooke Shields i Jodie Foster to z kolei pierwsze wybory do postaci Claire i Allison (notabane w scenie tworzenia przez nią zimowego rysunku nie mamy do czynienia z faktycznym łupieżem, lecz z… parmezanem), a sam Nic Cage miał zagrać Bendera, lecz okazał się za drogi (aż strach się bać, co by było, gdyby nie patrzył na czeki). John Cusack, znany z poprzedniego filmu Hughesa, był drugi w kolejce, lecz szczęśliwie skończyło się na Nelsonie. Chociaż ‘szczęśliwie’, to może niezbyt trafne słowo względem reperkusji, jakie ten angaż przyniósł…

Jak na Hollywood przystało, przy ewentualnym sukcesie filmu z miejsca rozważano kolejne części, jakie w przypadku „The Breakfast Club” ukazywałyby tą samą ekipę co dziesięć lat. Hughes masakrycznie pożarł się jednak z Nelsonem, wobec czego nie doszło nie tylko do żadnego sequela, ale i do ogólnego zerwania jakiejkolwiek współpracy między panami. Kilka lat później Hughes poróżnił się także ze swoją ‘różą’, Molly Ringwald, kiedy tej w końcu przeszła ochota na portretowanie nastoletnich bohaterek i postanowiła szukać szczęścia w bardziej dorosłych filmach (z dość kiepskim skutkiem). Oba te wydarzenia mocno wpłynęły na dalsze wybory twórcze reżysera, który tym samym zrobił drugi i ostatni taki film z podobną ekipą.

Co prawda Estevez, Nelson i Sheedy spotkali się wkrótce w „Ogniach świętego Elma”, gdzie zagrali role trochę starszych odpowiedników swoich ‘śniadaniowych’ postaci [początkując tym samym popularne przez całe lata 80. hasło „Brat Pack”, czyli grupę młodych aktorów, którzy cyklicznie występują u swego boku w różnych konfiguracjach, portretując ludzi w swoim lub młodszym wieku – termin ten zresztą miał przez pewien okres negatywne znaczenie, a lista należących doń aktorów bardzo długo była sztucznie rozszerzana], lecz to już nie było to. Hughes natomiast wziął Halla pod pachę, sięgnął po nowe twarze i poszedł w nieco lżejszą odmianę szkolnego piekiełka…

Ostatnio dodane