James Horner – wspomnienie | FILM.ORG.PL

James Horner – wspomnienie








Jacek Lubiński
06.12.2015


James-Horner

W poniedziałkowy poranek 22 czerwca w katastrofie lotniczej niedaleko Santa Barbara zginął James Horner. Dla wielu był to szok. Wciąż jeszcze młody, bo zaledwie sześćdziesięciojednoletni kompozytor – już od dawna mocno zakorzeniony w świecie filmu, któremu znacząco się przysłużył – odszedł akurat w momencie odradzania się jego kariery. Po latach stagnacji oraz swoistej depresji twórczej, której nie pomagał jego trudny, introwertyczny charakter, maestro zaczął wracać w chwale na usta wszystkich – znów zaskakiwał, a głowę miał pełną nowych, intrygujących pomysłów.

Co ciekawe, pochodzący z Kalifornii James Roy Horner został niejako zmuszony do romansu z kinem. Wykształcony klasycznie (studiował fortepian, ale nie uważał się nigdy za wirtuoza), z Szostakowiczem i Prokofiewem jako głównymi idolami, chciał pójść właśnie drogą sal koncertowych. Jednak wyjątkowo słabe przyjęcie pracy Spectral Shimmers tak mocno go zniechęciło, że zwrócił się ku X muzie. Jak pokazała przyszłość, była to decyzja z pewnością przesadzona, bowiem był on niezwykle uzdolnionym symfonikiem. Ale też dobrze się stało, bowiem w filharmonii jego talent zwyczajnie by się zmarnował. To właśnie duży ekran pozwolił mu w pełni rozwinąć skrzydła, nadał jego muzyce iście magicznej aury.

horner1

Horner z Costnerem

Po skromnych początkach w studenckich projektach i B-klasowym kinie (między innymi u Rogera Cormana, dzięki któremu poznał Jamesa Camerona) Horner w bardzo krótkim czasie stał się zresztą jednym z czołowych sztukmistrzów gatunku. Dzięki ilustracjom do kolejnych podróbek Gwiezdnych wojen, jeszcze przed ukończeniem trzydziestego roku życia otrzymał angaż do rywalizującego uniwersum Star Treka. Artysta tak dobrze wykorzystał tę szansę, że otrzymał zaproszenie również na plan trzeciej części serii oraz mnóstwo innych propozycji.

Dzisiaj trudno wyobrazić sobie kinematografię bez jego osoby. Horner szybko stał się jednym z kluczowych graczy Hollywood, wraz z Alanem Silvestrim, Jamesem Newtonem Howardem i Dannym Elfmanem dołączając do grona najlepszych współczesnych kompozytorów amerykańskich. 48 godzin, Commando, Krull, Park Gorkiego, obie części Kokonu, Imię róży, Willow, Pole marzeń, Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki, nominowane do Oskara Aliens i Amerykańska opowieść czy w końcu Chwała – to tylko niektóre z kluczowych produkcji lat 80., które bez jego melodii byłyby zwyczajnie puste, bezduszne. Pokazują one także dużą różnorodność twórcy, który świetnie odnajdywał się zwłaszcza w filmach animowanych, osobiście cenił dramaty, lecz nie stronił od żadnego gatunku/wyzwania.

W kolejnej dekadzie kompozytor jedynie ugruntował swoją pozycję i dzięki klasycznemu podejściu do muzyki filmowej został nie tyle godnym następcą Johna Williamsa, ile po prostu odrębną marką – twórcą równie ważnym dla filmu, mówiącym własnym, oryginalnym i, co ważniejsze, rozpoznawalnym nie tylko wśród fanów filmówki głosem (między innymi słynny czteronutowiec). Lista ważnych tytułów danego dziesięciolecia jest chyba jeszcze dłuższa od poprzedniej – zaczyna się po przejętych od Basila Poledourisa przygód Jacka Ryana w Czasie patriotów i Stanie zagrożenia, a kończy na Masce Zorro i – wprowadzającym Hornera już w XXI wiek – Gniewie oceanu. Po drodze James zgarnął jeszcze pięć kolejnych nominacji do Złotego Rycerza, dwie zamieniając na statuetki – część olbrzymiego sukcesu Titanica, jednego ze swoich flagowych dokonań. Innym takim, z którego jednak mało kto zdaje sobie sprawę, jest jeszcze podkład pod niezapomnianą czołówkę siedemdziesięciopięciolecia istnienia studia Universal.

horner2

Horner z Oskarami

Po roku 2000 Horner nieco obniżył loty, co nie przeszkodziło mu jednak w zdobyciu następnych trzech nominacji Amerykańskiej Akademii – za Piękny umysł, Dom z piasku i mgły oraz Avatara – oraz mnóstwa innych wyróżnień. Sukces tego ostatniego, znowu wespół z Cameronem, przywrócił go na moment do łask, skutkując równie udaną muzyką do remake’u Karate Kida i reboota Spider-Mana. Generalnie jednak ten okres nie był zbyt łaskawy dla maestra – coraz gorzej dobierane projekty, coraz mniej angażujące ilustracje i coraz częstsze zarzuty o kopiowanie już wyeksploatowanych pomysłów to standard w owych latach, choć i w nich znajdzie się kilka klasycznych dla Hornera, niebanalnych prac, do jakich warto wrócić.

Niedawno kompozytor przerwał trzyletnie milczenie w wielkim stylu. Wpierw wyjątkowym, podwójnym koncertem na skrzypce i wiolonczelę Pas de Deux – pierwszym swoim od trzydziestu lat, który zainspirował go także do napisania Collage na cztery waltornie i orkiestrę. Dla kina stworzył z kolei piękne Wolf Totem, czyli czwartą kolaborację z Jean’em-Jacques’em Annaudem, bokserski dramat Southpaw oraz oparte na faktach The 33 z Antonio Banderasem, które czeka jeszcze na swoją polską premierę. Zilustrował również dokument o… lotnictwie, którego prywatnie był wielkim entuzjastą i praktykiem – Living in the Age of Airplanes. Niespodziewanie wyszło także na jaw, że napisał już muzykę w oparciu o sam scenariusz zapowiadanego na 2017 rok remake’u Siedmiu wspaniałych, który tym samym stanowi jego pożegnanie z kinem.

Lotnicze zapędy Hornera (zginął, lecąc sam, po przypuszczalnie niebezpiecznych manewrach) przekreśliły jego udział w długo wyczekiwanych sequelach Avatara oraz najnowszych projektach Mela Gibsona (Hacksaw Ridge) i Haralda Zwarta (12th Man), a także wielu innych, potencjalnie obiecujących tytułach, pozbawionych na zawsze wywołującej przyjemne dreszcze formułki music by James Horner. Pozostaje jedynie cieszyć się dotychczasowym, niezwykle bogatym dorobkiem mistrza, na jaki składa się ponad sto pięćdziesiąt nieśmiertelnych ścieżek dźwiękowych.

Horner3

Horner z orkiestrą

Dziesięć z nich przybliżamy poniżej w czysto subiektywnym rankingu „naj”.
Za wszystkie jesteśmy dozgonnie wdzięczni.

Goodbye and End Title James!

TOP 10

10. Maska Zorro / Wielki Joe (1998)

mighty joezorroNaciągany kompromis, ale w tym wypadku ex aequo należy się jak mało kiedy – obie prace powstały w tym samym roku, zaczynają się na tę samą literę i reprezentują tak różne oblicza, że grzechem byłoby wyróżnić tylko jedną. Zorro to czysta zabawa, która skrzy się przede wszystkim hiszpańskim rytmem, jakiego próżno szukać w innych pracach Hornera. Wielki Joe to z kolei porywająca przygoda w klimatach Czarnego Lądu, bez której nie byłoby dalece bardziej popularnego Avatara. Obu słucha się z zapartym tchem.

Titanic9. Titanic (1997)

To głównie ogromny hit komercyjny i bodaj największy tryumf w życiu – najlepiej sprzedający się soundtrack wszech czasów (!) oraz cały worek nagród, jakimi go obsypano. Z perspektywy czasu i twórczości kompozytora, ilustracja ta odrobinę się postarzała. Ale emocjonalnie wciąż jest bezbłędna, a w poszczególnych tematach można zakochać się niczym Jack w Rose. Klasyka.


spitfire8. W cieniu przeszłości (1996)

Chyba najmniej popularna pozycja w zestawieniu. Muzyka do skromnego dramatu w niczym jednak nie ustępuje rozbuchanym ścieżkom do wielkich blockbusterów. Zamiast epickich tematów – niezwykle piękna i lotna liryka oraz swojski ton przeplatany mistycznym klimatem amerykańskich bezdroży. Wystarczy, by skraść serce słuchacza i wbić mu się w pamięć.

12 page insert7. Krull (1983)

Powstały na fali sukcesu Gwiezdnych wojen film to jedna z czołowych produkcji fantasy. Największym obiektem kultu w Krullu jest przy tym właśnie ścieżka dźwiękowa – po latach wciąż rozchwytywana, rozpoznawalna, wznawiana. To jedna z najpotężniejszych i zarazem najbarwniejszych ścieżek Jamesa, która śmiało może konkurować z muzyką Johna Williamsa do gwiezdnej sagi Lucasa.

Rocketeer6. Człowiek rakieta (1991)

Film Joe Johnstona to esencja naiwnego, lecz niezwykle urokliwego kina przygodowego z jego złotych lat. Muzyka to natomiast 100% Hornera w Hornerze w jego najwyższej formie. Strasznie fajne, porywające w przestworza nuty są jednym z filarów kariery kompozytora i pozycją obowiązkową dla miłośników dobrego grania spod znaku celuloidu.

apollo5. Apollo 13 (1995) 

Oskarowa nominacja, która jakimś cudem nie zamieniła się w złoto. Ilustracja obrazująca pechową misję NASA to bez dwóch zdań jedno ze szczytowych osiągnięć Hornera. Pełna dramatyzmu, ale pozbawiona nadmiernego patosu. Poważna, lecz niezwykle uskrzydlająca, niekiedy wręcz poetycka ścieżka trzyma za gardło do samego końca – tak w filmie, jak i poza nim.

legends4. Wichry namiętności (1994) 

Emocjonalna bomba. Muzyka, która stanowi apogeum piękna i bólu, znajduje się przypuszczalnie w każdym takim zestawieniu – niekoniecznie ograniczającym się tylko do Hornera. Iście przejmujące dzieło, do którego siły ekspresji kompozytor zbliży się później jeszcze tylko raz, w późniejszym o rok filmie Mela Gibsona.

willow3. Willow (1988)

Wymarzony kandydat na opus magnum maestra. Soundtrack powstały w najistotniejszym okresie jego twórczości, bez problemu opierający się czasowi i bezgranicznie wielbiony przez każdego, kto choć raz z nim się zetknął. Praca może nie najlepsza z najlepszych, ale taka, którą stale wymienia się wśród najważniejszych, bowiem w pełni definiuje styl Hornera. I jeden z pierwszych przykładów, jaki przychodzi do głowy na samą myśl o nim.

2. Braveheart – Waleczne Serce (1995)braveheart

Arcydzieło, które wespół z Apollo 13 przegrało Oskarowy wyścig. Horner sporo zaczerpnął w nim z wcześniejszych Wichrów namiętności. Szkockie widoki odpowiednio podziałały jednak na kompozytora, rezultatem czego ciekawsza, bardziej charakterystyczna i ciesząca się większą estymą ścieżka. Zachwycająca w każdym aspekcie, od lat zasłużenie żyje własnym życiem (na dniach ma się ukazać jeszcze jedno, tym razem rozszerzone wydanie tej muzyki), podbijając kolejne serca do walki.

sneakers1. Włamywacze (1992) 

Mała perełka w dorobku i perfekcyjny pokaz twórczych możliwości Hornera. Okrutnie atrakcyjna, rześka i olśniewająca muzyka. Ekstrawaganckie dźwięki saksofonu wespół z ogromną energią i polotem nut tworzą soundtrack o olbrzymiej wyobraźni, który kładzie się cieniem na wszystkich późniejszych dokonaniach. To Horner inteligentny, inspirujący, oryginalny – taki, którego chłonie się z największą możliwą przyjemnością. Melomański ideał.

korekta: Kornelia Farynowska

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński






  • Milennn

    Dla mnie numerem jeden jest muzyka do „pięknego umysłu” – żadna nuta nie jest w niej zbędna, ideał.
    „Avatar” miał również ciekawą muzykę, pewna nowość się tam wdarła między znajomo brzmiące melodie, „Titanic” to klasa na wieki, ostatnio oglądałam „Southpaw” i zapomniałam, że tam też jest Jego muzyka, usłyszałam pierwszy fragment i zrobiło mi się smutno…

  • janko

    Zdecydowanie brakuje muzyki do „Aliens”, już początkowa partia jest świetna, a później nie gorzej.

  • SoKoMoK

    Ja z kolei byłem zachwycony ścieżką dźwiękową do „Avatara”, na drugim miejscu umieściłbym „Star Trek: Gniew Khana”, zwłaszcza kawałek towarzyszący wychodzeniu (wylotowi?) Enterprise’a z doku kosmicznego.

    • szczyglis

      A mi się osobiście Avatar średnio muzycznie podobał. Jakoś ten motyw przewodni (choć ładny) tak sobie do mnie dotarł. Nie było tego walnięcia, jak np. W „Braveheart”, czy „Titanicu”. Z tego, czy tamtego jestem to w stanie z pamięci zanucić, a muzyka z „Avatara” jakoś tak słabo zapada w pamięci. Fajny to sundtrack – owszem, ale brakuje tutaj tego czegoś.

  • Patryk Głażewski

    Ja natomiast bardzo lubię soundtrack do Grincha, to jedna z moich ulubionych ścieżek dźwiękowych w klimatach Bożego Narodzenia. Lubię też Człowieka przyszłości, choć tam akurat wypominano Hornerowi naleciałości z Pięknego umysłu.

  • szczyglis

    Może z innej beczki, ale jak w zestawieniu mamy „Wichrowe Wzgórza”, to chciałbym przypomnieć coś innego wichrowego, mianowicie „Wichry namiętności”z Fiennesem i Binoche. To już nie Horner, ale ta muzyka jest po prostu przepiękna: (od 02:15) Ależ to miało MOC – https://www.youtube.com/watch?v=W__xph6Pyk4

    • szczyglis

      Oczywiście odwrotnie :)






Poprzedni tekst

Bella i Sebastian 2. Solidny film familijny

Następny tekst

MAMA. Rozczarowanie



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE