publicystyka filmowa

KRZYK WILHELMA. Nieśmiertelny efekt dźwiękowy

Autor: Michał Fedorowicz
opublikowano

Wilhelm

Niewielu było ludzi, którzy swoimi występami przed kamerą potrafili unieśmiertelnić swoje nazwisko, na stałe zapisując się w historii kinematografii. Liczba ludzi, którzy unieśmiertelnili samych siebie nie zostawiając po sobie nic, oprócz jednosekundowego dźwięku, jest jeszcze mniejsza. Prawdę mówiąc, nie ma żadnej listy. Jest jedno tylko imię – Wilhelm. Wilhelm nie był aktorem. Wilhelm był bohaterem mało znanego westernu z lat pięćdziesiątych, o niewiele mówiącym tytule „The Charge at Feather River”. Jednak nie jego występ był w tym filmie najważniejszy. Najważniejszy był jego krzyk.

W jednej ze scen wspomnianego filmu, nasz bohater zostaje postrzelony w udo strzałą, którą w jego kierunku posyła przyczajony za pobliskim krzakiem Indianin. W chwili uderzenia z jego gardła roznosi się chyba najczęściej wykorzystywany dźwięk w historii kinematografii – tzw. krzyk Wilhelma. I chociaż nie był to pierwszy przypadek wykorzystania owego krzyku, to właśnie na cześć rannego bohatera dźwięk ten został nazwany jego imieniem.

Początki

Wszystko zaczęło się w roku 1951, kiedy to na ekrany kin wszedł inny mało znany western, „Distant Drums”. To w tym właśnie filmie po raz pierwszy wykorzystano niesamowicie później popularny, choć niemalże nierozróżnialny przez nieświadomych widzów, rozdzierający, rozpaczliwy krzyk – krzyk człowieka, rozszarpywanego przez aligatory. Co ciekawe, gdy po skończeniu produkcji film ten udźwiękowiano, nagrano następujących po sobie sześć krótkich okrzyków cierpienia, z których część użyto także w tym samym filmie. Tak więc dźwięki wydawane przez mężczyznę pożeranego przez żarłoczne gady stały się od razu okrzykami wydawanymi przez rozstrzelanych w trakcie oblężenia fortu Indian. Cóż, niski budżet nie pozwalał na większe fajerwerki.

Po skończeniu produkcji, taśma została zarchiwizowana w bibliotece efektów dźwiękowych studia Warner Bros., gdzie niczego nieświadoma czekała swoich czasów chwały i nieśmiertelności. A czekanie zakończyło się już w dwa lata później, kiedy ukończono realizację wspomnianego we wstępie filmu.

Distant Drums

Wielkie odkrycie

Do połowy lat siedemdziesiątych krzyk Wilhelma wykorzystywany był wyłącznie w filmach studia Warner Bros., z czego najsłynniejsze to „Narodziny Gwiazdy” [„A star is born” z roku 1954], „One!” [„Them!” z roku 1954], „Ziemia Faraonów” [„Land of the Pharaohs” z roku 1955], „Morski pościg” [„Sea Chase” z roku 1955], „Sierżant Rutledge” [„Sergeant Rutledge” z roku 1960], „PT 109” [1963] oraz „Zielone Berety” [„The Green Berets”, 1968]. Tak częste korzystanie z opisywanego fragmentu ścieżki dźwiękowej nie było jednak zabiegiem celowym – twórcy często nieświadomie korzystali z tej zakopanej w archiwum taśmy. Tak było aż do roku 1974, kiedy to Ben Burtt jako pierwszy zauważył, że dźwięk wykorzystywany we wszystkich wspomnianych wyżej filmach to ten sam, jedyny i niepowtarzalny krzyk – krzyk, który Burtt ochrzcił później imieniem Wilhelma.

Ben Burtt

Kiedy kilka lat później Burtt został zatrudniony przez George’a Lucasa jako technik dźwiękowy jego nowopowstającej kosmicznej sagi „Star Wars”, Ben miał okazję zapoznać się z dźwiękowym archiwum Warner Bros., gdzie szukał efektów dźwiękowych do „Gwiezdnych Wojen”. To wtedy właśnie natrafił na oryginalną taśmę z krzykiem Wilhelma i wraz z przyjaciółmi, Richardem Andersonem i Rickiem Mitchellem, postanowił jej używać jako swoisty znak firmowy. Między innymi dlatego właśnie, krzyk Wilhelma możemy usłyszeć zarówno we wszystkich częściach najsłynniejszej trylogii Lucasa, jak i we wszystkich odsłonach „Indiany Jonesa”, a także w innych filmach, przy produkowaniu których George i spółka techników dźwiękowych maczali palce, z „Kaczorem Howardem” [1986] i „Willow” [1988] na czele.

Wielki szał

Od początku lat ’80 umieszczanie krzyku Wilhelma w różnych produkcjach stało się prawdziwą zabawą. Richard Anderson użył go m.in. w „Poltergeiście” [1982], „Powrocie Batmana” [1992], „Planecie małp” w reżyserii Tima Burtona [2001] czy w animowanym hicie „Madagaskar”. Ten sam Richard Anderson założył firmę Weddington Productions [współpracującą z Technicolor Sound Services], gdzie krzyk Wilhelma trafił do archiwów i wykorzystany został w multum innych produkcji. Edytorzy dlań pracujący, Mark Mangini, David Whittaker, Steve Lee oraz George Simpson, skorzystali z usług Wilhelma, tworząc efekty dźwiękowe do „Pięknej i Bestii” [1991], „Alladyna” [1992], „Piątego elementu” [1997], „Gości w Ameryce” [2001], a nawet „Łez słońca” [2003]. Inni przyjaciele Bena Burtta, Gary Rydstrom i Chris Boyes, użyli krzyku [zarchiwizowanego też w bibliotece Skywalker Sound] w „Toy Story” [1995], „Herkulesie” [1997] oraz w „Piratach z Karaibów” [2003].

Popularność krzyku Wilhelma zaczęła rosnąć w zaskakująco szybkim tempie, zwłaszcza po wielokrotnym wykorzystaniu go w gwiezdnej sadze George’a Lucasa. Z Wilhelma mógł skorzystać każdy, nawet amatorsko kręcący filmy fabularne studenci. Stało się tak dlatego, gdyż nigdy go oficjalnie nie zarejestrowano w jakiejkolwiek komercyjnej bibliotece dźwięków. Jednak tylko nieliczni potrafili z gracją połączyć krzyk z obrazem. Niektórzy wielcy reżyserzy, kiedy poznali historię i znaczenie krzyku Wilhelma, w mig postanowili umieścić go w swoich filmach.

I tak na przykład Joe Dante użył go już w roku 1976, kiedy na ekranach kin pojawił się jego „Hollywood Boulevard”. Później dźwięk uświetnił takie jego filmy jak „Gremliny 2” [1990] czy „Looney Tunes znowu w akcji” [2003]. Sam Quentin Tarantino, gdy dowiedział się, że krzyku Wilhelma użyto w jego „Wściekłych psach” [1992], zebrał całą ekipę i razem obejrzeli wspomniany na początku western „Distant Drums”, by na własne uszy usłyszeć dźwięk w oryginale (później Quentin użył krzyku Wilhelma przy produkcji pierwszej części „Kill Bill” [2003]). Gdy Peter Jackson poznał całą otoczkę związaną z krzykiem (który jego technicy dźwiękowi potajemnie użyli w „Dwóch Wieżach” [2002]), nalegał, by krzyk ten znalazł się również w „Powrocie Króla” [2003].

Ostatnio dodane