Krótkie spięcie

ROMAN POLAŃSKI KONTRATAKUJE. Amerykańskie sądy nieuczciwe?

Autor: Damian Halik
opublikowano

Roman Polański nie rezygnuje z walki o „bezpieczny” powrót do Stanów Zjednoczonych. Wygląda na to, że jego batalia z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości coraz mocniej wykracza poza salę rozpraw, a dążenia reżysera idą w parze także z oczekiwaniami Samanthy Geimer – jego domniemanej ofiary.

Powody, dla których reżyser tak usilnie próbuje wrócić do kraju, gdzie tylko czekają, by go złapać i wsadzić do pudła na kolejne kilkadziesiąt lat, są dla większości logicznie myślących osób zupełnie niezrozumiałe, a przez to stają się ciekawym polem do spekulacji. Polańskiemu na powrocie do Stanów Zjednoczonych zależy jednak na tyle, że przeszedł do kontrataku, wytykając tamtejszemu wymiarowi sprawiedliwości… niesprawiedliwość. I choć brzmi to niedorzecznie, biorąc pod uwagę przebieg całej, ciągnącej się już od czterech dekad sprawy, reżysera w jego (ostatniej?) krucjacie wspiera nawet domniemana ofiara.

Sprawa Samanthy Gailey (obecnie Geimer) – mimo upływu tak wielu lat – wciąż bulwersuje spore rzesze osób. Jedni chcą spokoju dla niemal osiemdziesięcioczteroletniego Polańskiego, drudzy najchętniej powiesiliby go za… krawat, gdyby tylko mogli, jednak pozwólcie, że postaram się pozostać w tej kwestii bezstronny [nie, argument  „gdybyś miał córkę…” nie jest tu żadnym głosem w sprawie] – zeznanie obu stron funkcjonują na zasadzie słowo przeciw słowu, niejasne pozostają intencje i rola w całym zajściu matki Samanthy, a nikt w tym wszystkim nie namieszał tak bardzo, jak osoby prowadzące śledztwo.

„Celebryta nie zasługuje na szczególne traktowanie”

Po tym, jak pod koniec zeszłego roku Sąd Najwyższy oddalił kasację, o jaką zabiegał Zbigniew Ziobro w kwestii odmowy ekstradycji polskiego reżysera do USA sprzed kilku lat, Roman Polański jest już zupełnie bezpieczny na terytorium naszego kraju. Całe zamieszanie sprawiło jednak, że postanowił on raz jeszcze włożyć kij w mrowisko. Reprezentujący jego interesy w Stanach Zjednoczonych Harland Braun podjął kolejną próbę zamknięcia ciągnącej się od czterdziestu lat sprawy. Nie obyło się bez mocnych słów czy porównań tamtejszych sędziów do nazistów.

Uciekając przed nieuprawnionymi działaniami sądu, pan Polański czuł się dokładnie tak, jak za czasów niemieckiej inwazji na Polskę.

Jak można się domyślić, to jakże obrazowe porównanie również nie przyniosło żadnych efektów. Na nic chęć dokończenia procesu z wolnej stopy ani powtarzane od kilku lat przez Samanthę Geimer prośby o zamknięcie sprawy i oszczędzenie jej dalszych cierpień. Miesiące mijają, odbywają się kolejne rozprawy, a ich rozstrzygnięcia najzwyczajniej w świecie pokazują, jak bardzo Amerykanie chcą ten proces doprowadzić do finału „po swojemu”. W uzasadnieniu wyroku sprzed kilku dni można było usłyszeć między innymi, że „celebryta nie zasługuje na szczególne traktowanie”, co tylko rozwścieczyło Polańskiego, bo – paradoksalnie – to właśnie jego status sprawia, że tak bardzo zależy Amerykanom na przykładnym ukaraniu go. Polak przechodzi jednak do kontrataku.

Sytuacja jest dość jasna. To, że wymiar kary, jaki wynegocjowano w ugodzie, jest zdecydowanie nieadekwatny do domniemanych przewinień, nie leży już w gestii sędziów. Z kolei to, że sąd nie może zamknąć sprawy o gwałt na prośbę poszkodowanej, wynika z litery amerykańskiego prawa. Problemem jest tu jednak ewidentne utrudnianie przez Amerykanów śledztwa. Ostatnie rozprawy dotyczyły bowiem odtajnienia dokumentów dowodzących, że wedle ugody osiągniętej w 1977 roku Polański swoje już odsiedział. Wie o tym on, wie o tym jego ofiara, wie także Roger Gunson – zastępca ówczesnego prokuratora, który złamanie przez sędziego Laurence’a Rittenbanda postanowienia potwierdził w swoich zeznaniach dla Interpolu. Problem po raz kolejny leży więc po stronie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, który… nie zgadza się na odtajnienie tych dowodów.

Po co cały ten cyrk?

Jeśli po lekturze powyższego uważacie, że próbuję wybielać Polańskiego, przejdźmy do „łopatologii”.

Po czterdziestu latach pewne są jedynie trzy rzeczy: zniszczone zostało życie młodej dziewczyny oraz kariera jednego z najpopularniejszych wówczas hollywoodzkich reżyserów, a wielu ówczesnych przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości doczekało się awansów oraz zbiło polityczny kapitał. Nigdy nie poznamy prawdy o wydarzeniach z 10 marca 1977 roku w willi Jacka Nicholsona, gdyż zarówno zeznania Polańskiego, jak  i Gailey w wielu momentach można podważyć. Wiadomo natomiast, że obie strony jakoś się dogadały w kwestii zadośćuczynienia i chciałyby mieć to już za sobą. Sama poszkodowana mówi wprost:

Nie czuję się ofiarą. To nie Roman zrobił mi krzywdę, tylko ludzie, którzy urządzili na niego polowanie, niszcząc też moje życie.

Skandalicznie niska kara osiągnięta w ugodzie to jedno, ale zamienienie procesu Polaka w show, które było dla biorących w nim udział przedstawicieli sądu i prokuratury trampoliną do wyższych stanowisk bądź polityki, to coś zupełnie innego. Tak niestety działa tamtejszy wymiar sprawiedliwości.

Polański nie składa jednak broni. Z każdą kolejną rozprawą wydłuża się lista osób – sędziów, prokuratorów – które reżyser (a wraz z nim Samantha Geimer) oskarża o niewłaściwe wykonywanie zawodu, służące jedynie wykorzystywaniu głośnej sprawy dla własnych korzyści. Linia obrony jest natomiast bardzo prosta: łącząc areszt i okres obserwacji psychiatrycznej (sprawdzano reakcje na bodźce seksualne, wykluczając u reżysera pedofilię) po zatrzymaniu w 1977 oraz areszt domowy w Szwajcarii sprzed kilku lat, Polak odsiedział ponad rok, co przekracza ustalone w ugodzie 90 dni. Harland Braun zapewne nadal będzie dążyć do zgody sądu na to, by jego klient mógł odpowiadać z wolnej stopy, co pozwoli Polańskiemu na powrót do USA bez obaw, że z automatu zostanie zatrzymany, choć wątpliwe jest, by osiemdziesięciotrzylatkowi dane było doczekać pozytywnego rozstrzygnięcia.

Ostatnio dodane