Kiedyś powszechnie uwielbiany wizjoner, dziś król filmowego rynsztoku ? Luc Besson osiągnął w połowie lat dziewięćdziesiątych szczyt, z którego od tej pory ciągle spada. Kolejne próby powrotu na reżyserski stołek, podejmowane regularnie przez Luca, spełzają na niczym, a firmowanej jego nazwiskiem serii filmów o przygodach Artura nie chcą oglądać nawet najmniej wymagające dzieciaki. Twórca ?Leona zawodowca? jako reżyser właściwie dzisiaj nie istnieje, ale nie przeszkadza mu to w produkowaniu co najmniej dwóch przeciętnych filmów akcji rocznie ? napisanych zwykle przez samego Bessona i wyreżyserowanych przez nikomu nieznanych debiutantów.


Besson ma bardzo prosty przepis na film: weź drugoligową gwiazdę, ulep scenariusz z oklepanych schematów, zamknij budżet w trzydziestu milionach i wklej swoje nazwisko na plakat. Dotychczas w ten sposób udało mu się wypromować kilka popularnych (szczególnie we Francji) serii, do których ochoczo dokręcał sequele, nie obawiając się o straty finansowe. I choć każda kolejna część ?Taxi? czy ?Transportera? jest gorsza od poprzedniej, do bessonowskiej formuły raz na kilka lat wkrada się nieokreślony, nieprzewidziany składnik, który powoduje, że zamiast wysilonego gniota wychodzi mu… prawdziwa perełka.

Taką właśnie perełką był ?Taken? ? intensywny, emocjonujący film akcji z Liamem Neesonem wykaszającym zastępy albańskich łotrów. Klisza poganiała kliszę, ale działania byłego komandosa generowały typ emocji, którym trudno nie ulec, tym bardziej, że ?Uprowadzona? została pomyślana w sposób dość ?staroszkolny? ? nie było w niej ani misji ratowania świata, ani rozpieprzania całego miasta, ani nawet matriksowskiej choreografii. Liczył się podstarzały zawodowiec, koncertowo zagrany przez Liama Neesona, dążący po trupach do prostego celu. I to wystarczyło.

?Taken? nie tylko pomógł wybić się z dołka firmie producenckiej Bessona Europa Corp. (zarabiając niemal dziesięć razy tyle, ile kosztował), ale też zapewnił Neesonowi drugą filmową młodość. A ponieważ dwa kolejne filmy wyprodukowane przez twórcę ?Leona? (komediowe ?Pozdrowienia z Paryża? i teledyskowa ?Colombiana?) nie zwróciły zainwestowanych weń pieniędzy, francuski reżyser uznał najwidoczniej, że brutalna, oldschoolowa rozwałka to coś, czym warto się zainteresować na dłużej. Innymi słowy ? nakręcić kolejny film w stylu ?Uprowadzonej?. Ale tym razem w kosmosie.

Wystarczy rzut oka na zwiastun, żeby zauważyć, że ?Lock-Out? nie będzie ani nowatorskie, ani pomysłowe. Nie o to przecież Bessonowi chodzi. Guy Pearce gra niesłusznie oskarżonego o szpiegostwo więźnia, który musi odbić córkę prezydenta z orbitalnego mamra, aby uwolnić się od stawianych mu zarzutów. Już w dwuminutowej zajawce pali, klnie i rzuca czerstwymi one-linerami, czyli robi wszystko to, co bohaterom hollywoodzkiego kina akcji od ponad dekady zabrania robić MPAA. I jakkolwiek tandetnie nie brzmi skrócony opis fabuły, takiego kina mi brakuje ? prostego, ale emocjonującego, z wyrazistym głównym bohaterem i bezpretensjonalną rozpierduchą w tle.

Trudno określić, czy ?Lock-Out? się uda, ale wszystko wskazuje na to, że tak. Guy Pearce jest ciekawym, choć mocno niedocenianym aktorem, a Besson nie stracił wszystkich swoich umiejętności. Jeżeli tylko ich nowy projekt nie pójdzie w stronę cool-luzackiego pastiszu, mamy szansę na akcyjniaka SF, który niczym nie zaskoczy, ale zapewni półtorej godziny czystej filmowej frajdy.