Kongres Futurologiczny, czyli syntetyzowane maskony w mózgu rozpylane w powietrzu | FILM.ORG.PL

Kongres Futurologiczny, czyli syntetyzowane maskony w mózgu








Rafał Oświeciński
14.05.2013


Wielkimi krokami nadchodzi „Kongres” Ariego Folmana, z dawna oczekiwana ekranizacja opowiadania Stanisława Lema pt. „Kongres Futurologiczny”. 

Ci, którzy Lema wielbią – a fanów jest na pewno sporo – wiedzą, gdzie się zasadza geniusz Lema: w świetnej i znakomicie napisanej historii, która w wyobraźni czytelnika żyje dużo dłużej niż większość fantastycznej beletrystyki. Lema się nie tylko czyta – Lema się doznaje, chłonie, Lema się słucha jak najmądrzejszego filozofa. Lem intelektualnie poniewiera, sprowadza na manowce. Zachwyca, podnieca i intryguje. Słowem – mistrz.

Najpierw o opowiadaniu Stanisława Lema.

Powiedzieć o „Kongresie futurologicznym”, że jest dobry, to nie powiedzieć nic. To jedna z najciekawszych i najbłyskotliwszych podróży Ijona Tichy’ego: przenikliwa, groteskowa, skupiająca w sobie wszystkie cechy lemowskiej literatury. W kilku słowach przypomnę, o co chodzi.

„Kongres” dzieli się bowiem na dwie części – w pierwszej Ijon Tichy przybywa na Światowy Kongres Futurologiczny w Costaricanie, który ma dywagować nad wielkim przyrostem demograficznym. Ijon pije wodę z kranu i… odlatuje. W wodzie rozpuszczono środki halucynogenne, więc rozpoczyna się narkotyczna jazda godna najlepszych opisów z prozy Burroughsa czy Pynchona. W momencie kiedy narkotyk przestaje działać, Ijon nie wierzy, że rzeczywistość to rzeczywistość, więc dla swojego bezpieczeństwa zostaje zamrożony, aby po kilkudziesięciu latach obudzić się w świecie, który zaradzi jego problemowi.

I się Ijon budzi. To druga część opowiadania. Ijon budzi się w pięknym, pozytywnym świecie, którego stan nazwano psywilizacją, albo farmakokracją lub psychemokracją. O co chodzi? O to, że wszyscy ludzie są pod wpływem halucynogenów, które precyzyjnie uderzają w każdy zmysł – oczy widzą to, co piękne; słuch słyszy to, co odpowiednie. Smak, węch, dotyk – wszystko pięknie ułożone dzięki narkotycznym symulacjom, które dają spokój i pogodę ducha. Co więcej, pastylek, proszków i dymków jest więcej, dla każdego coś dobrego – można stworzyć odpowiednią pogodę, człowiek nie musi być przywiązany do konkretnego miejsca, może mieszkać jak chce i gdzie chce w stanie permanentnej szczęśliwości. Ba, nawet zło można wyprodukować bez poczucia winy – robić bliźniemu, co mu niemiłe, wcale mu nie szkodząc. „Wysłać tam, w mózgowy gąszcz, nieco dobranych molekuł, abyś jako jawę przeżył spełnienie rojeń”.

Możecie się tylko domyślać, że to wszystko fasada, za którą czai się niezbyt przyjemna dla zmysłów prawda. Nawet na tę niewygodną prawdę znaleziono sposób – jeśli ktoś, niczym Neo, domyśla się ściemy, może zażyć (albo zostanie mu podana) dehalucyniny, czyli środki, po których wydaje się, że się nic nie wydaje, ha! Koligacja „Kongresu futurologicznego” z „Matrixem” jest oczywiście bardzo widoczna, choć uzasadnienie użycia chemii zgoła inne, nie mówiąc już o buncie głównego bohatera. 

Opowiadanie Lema jest pełne ironii, swady, neologizmów, zabaw językowych i stylistycznych – creme de la creme lemowskiej narracji. Intelektualnie drażniące, pobudzające do życia wiele komórek mózgowych, zachęcające do logicznej gry, a jednocześnie wspaniale, żywo napisane piękną polszczyzną, cudownie wykreowane i najzwyczajniej w świecie interesujące, niebłahe. Kryje się w nim myśl dotykająca rzeczywistości wirtualnej, która wcale nie podlega jakiejś krytyce – może czasami lepiej żyć w świecie fasad? Może czasami lepiej pławić się w błogiej nieświadomości istnienia tego, co złe, brzydkie, bolesne?

Powyższe dywagacje sprowadzają się do ekranizacji „Kongresu futurologicznego”, którego premiera już wkrótce. Film zrealizował Ari Folman, autor jednego z najlepszych filmów animowanych w historii, czyli „Walca z Baszirem”. Folman jest wielkim miłośnikiem prozy Lema, a przy okazji bardzo odważnym, przenikliwym artystą – ekranizacja opowiadania nie mogła doczekać się lepszego połączenia. To nie Tarkowski, który zebrał myśli Lema bez odwołania do formy, ale i nie Soderbergh, który skupił się na formie, trochę ograniczając myśl.

Mając na względzie krótkie streszczenie, które dokonałem powyżej, obejrzyjcie zwiastun.

Mnie zatkało. Autentycznie. Zapowiada się wyśmienicie, lecz z Lemem… nie ma to nic wspólnego. Gdzie się kończy ekranizacja, a zaczyna inspiracja? Spójrzcie na streszczenie dokonane przez Folmana:

„Jest to historia aktorki, która sprzedała swój wizerunek pewnemu studiu filmowemu. Została zeskanowana elektronicznie przy użyciu specjalnych technik. Utrwalona w ten sposób na zawsze jej postać rozpoczęła niejako nowe, wirtualne życie. Po nabyciu praw do postaci, studio filmowe może więc produkować filmy, korzystając ze swego elektronicznego archiwum postaci aktorskich. I prawdziwi aktorzy nie są już w ogóle potrzebni. To pierwsza część filmu. W drugiej przenosimy się dwadzieścia lat w przyszłość. Akcja rozgrywa się w świecie animowanym, w fikcyjnym mieście, gdzie znajduje się siedziba owej wytwórni filmowej. Rozrosła się, jest ogromnym konglomeratem nie tylko rozrywkowym, ale ma też interesy w innych branżach, zwłaszcza w przemyśle farmaceutycznym. Wyprodukowała też wiele filmów z wykorzystaniem technik komputerowych, posługując się elektronicznym wizerunkiem owej aktorki. Filmy okazały się hitami, a ona gwiazdą. Nie uczestniczy jednak w tym sukcesie. Ma 65 lat, zmieniła się fizycznie i nikt jej nie rozpoznaje. Nie radzi sobie z tą sytuacją. Czuje się oszukana i próbuje odnaleźć swoją prawdziwą tożsamość. Bierze udział w kongresie futurologów zorganizowanym przez ową wytwórnię filmową.”

Folman zresztą w wywiadzie przyznaje, że „Na pewno nie ma nic z Lema w pierwszej części filmu. W drugiej jest zdecydowanie inaczej, ale Kongres futurologiczny wykorzystuję raczej jako źródło inspiracji, a nie jako podstawę scenariusza. Prezentuję moją wizję przyszłości, którą ukształtowałem jednak w dużej mierze pod wpływem lektury Lema.”

Nie ma Ijona, ikonicznego bohatera opowiadań Lema. Ani część kongresowa, ani ta z przyszłości nie wydają się być adaptacją świata z „Kongresu futurologicznego”. Kpiarskiemu i sarkastycznemu tonowi opowiadania nadano brzmienie zdecydowanie poważniejsze. Quasi-naukowe dywagacje i intertekstualne popisy Lema zastąpiono surrealistycznym obrazem.  

Ale jednak czuję, że Folman stworzył znakomity film, w którym nie zapomniano o tym, co najważniejsze – o noszeniu masek, o definiowaniu wolności, o budowie pożądanych złudzeń i poszukiwaniu niechcianej prawdy. Towarzyszy temu piękna forma, szczególnie mam na myśli tradycyjną animację przypominającą trochę halucynogenne tripy beatlesowskiej „Żółtej łodzi podwodnej”. Już „Walc z Baszirem” porażał niezwykle plastycznymi kadrami, które jednak nie przesłoniły tego, co najważniejsze – humanizmu. A to właśnie humanizm, etyka i moralność stały w centrum zainteresowania Lema. To daje nadzieję.

A że fabularnie dalekie od opowiadania Lema? No cóż, mógłbym utyskiwać nad tym faktem, ale nie uważam, że warto. Fani fabuł Lema nigdy nie będą ukontentowani – siła tego autora leży w słowie, błogiej przyjemności obcowania z nieprzeciętnym językiem i zwariowanymi pomysłami. Można się nimi tylko inspirować, bo zekranizować nie sposób. Na syntetyzowane maskony w mózgu rozpylane w powietrzu, rzeczywizję, śnidła, inteferenty, symkretyny, sięgarnie, cudzak, kąputery, pucybuntery, będzieje, myźnie, urbafantyny, sodomastole i gomoraki będziemy musieli albo poczekać, albo po prostu odpuścić – futurologia odlingwistyczna profesora Trottelreinera to zbyt ciężki orzech do zgryzienia. 

 

Mała galeria zdjęć z filmu:

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • Rafał Donica

    Hmm, jakby mi nikt nie powiedział, że to trailer filmu na podstawie „Kongresu futurologicznego” Lema, w życiu bym na to nie wpadł, choć książkę czytałem w zeszłym roku. To już „Matrixowi” i „Dziwnemu przypadkowi Benjamina Buttona” bliżej do powieści Lema ;)

  • GandalftheRainbow

    Nie ważne, czy będzie w tym dużo Lema, czy nie, bo film zapowiada się fantastycznie. Równie dobrze można by utyskiwać, że w „Blade Runnerze” zostało bardzo niewiele z „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”. Film to film, książka to książka. Nie po to mam opowiadanie, żeby później iść drugi raz na to samo do kina. Po za tym film nazywa się „The Congress” a nie „The Futurological Congress” jak opowiadanie.

    • film to nie książka, książka to nie film, dlatego czytając nie oglądasz i nie oglądasz czytając. Dlatego film to film, a książka to książka, a masło maślane :)

      Film nazywa się Kongres, ale od zawsze była to ekranizacja Kongresu Futurologicznego Lema – takie powinowactwo teoretycznie do czegoś zobowiązuje, co nie znaczy, że film Folmana źle wygląda. Wręcz przeciwnie.

      • Rafał Donica

        I tak chyba największa rozbieżność między tekstem oryginalnym a filmem była w przypadku opowiadania „Przypomnimy to panu hurtowo”, gdzie padł tylko jeden strzał z pistoletu i NIKT nie ginął, a „Pamięcią absolutną” Verhoevena, w której między świszczącymi kulami trudno się było aktorom przebić z dialogami i gdzie padło tyle trupów, że „Pamieć absolutna” była na pierwszym miejscu filmów z największą ilościa trupów, dopóki nie pokonał jej „Hot Shots 2”. Opowiadanie „Raport mniejszości” też ma baaardzo mało wspólnego z filmem Spielberga. No i jest jeszcze „Studnia i wahadło” Edgara A. Poe przerobiona na film pod tym samym tytułem, którego jedynym pomostem z tekstem Poe jest przepaść i wahadło-gilotyna w ostatnich scenach filmu.

        • Albertino

          „Pamięć absolutna” Verhoevena to ekranizacja duchowo wierna. Ileż można tłuc. Owszem, masę rzeczy dopisali scenarzyści, ale czy nie jest tak, że esencja opowiadania pozostała taka sama? Dick polubiłby ten film.

    • Kazik

      Właśnie, że ważne. Skoro koleś zabiera się za ekranizację prozy Lema, jakieś szczątki tego o czym pisał powinny w takim filmie być. Nie ma jednak nic. I jest to jawne przegięcie. Po za tym akurat W „Blade Runner” jest bardzo dużo z opowiadania Dicka.

      • GandalftheRainbow

        Bardzo dużo? Oprócz Deckarda, androidów, głównego motywu (który „Kongres” zachowuje) tak naprawdę nie ma nic. Nie ma tak ważnego w książce silnie wyeksponowanego wątku zwierząt, bohaterowie spotykają się często w innych sytuacji, część bohaterów jest wycięta (w tym jedna kluczowa, której oczyma patrzymy na świat przez ponad pół książki), zupełnie inne jest zakończenia, nie ma prezentera radiowo-telewizyjnego i nie ma tajemniczego proroka. „Blade Runner” i „Czy androidy…” wspólnych mają tylko głównych bohaterów i pytanie o to czym jest człowieczeństwo. A tak po za tym to są zupełnie inne dzieła, choć równie świetne. Wydaje mi się, że podobnie jest z „Kongresem”. Wspólna jest idea i podstawowe założenia.

    • Phaedra

      Dick nie napisał książki pt. „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” tylko „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”

      • Jakub Piwoński

        jeżeli już chcemy być dokładni, to powiedzmy, że oryginalny tytuł powieści Dicka brzmi: „Do Android Dream of Electric Sheep?”, i to od nas zależy jak przetłumaczymy w nim słowo „Dream”. twój post nie jest więc zwróceniem uwagi na błąd, a zwykłym czepialstwem.

        • Phaedra

          Sprawdź jak została przetłumaczona przez Sławomira Kędzierskiego i opatrzona przedmową Lecha Jęczmyka, książka a nie ebook z chomika. Przeczytaj ją i znajdź tam coś o śnieniu.

      • GandalftheRainbow

        Fakt, nie sprawdziłem polskiego tłumaczenia – pisałem z głowy. Przepraszam :<

  • Scarlet Pumpernickel

    Pomijajac zasadnosc wykorzystania nazwiska Lema, jestem zwyczajnie oczarowany techniczna strona filmu. Absolutne tornado roznych stylow animacji, od Fleischera (rubber hose animation!!!), poprzez Disneya, az po kwasowa stylowke rodem z „Yellow Sumbmarine”. Czekam

  • Lawrence

    Akurat „Blade Runner” ma bardzo wiele z ducha Dicka zachowanego. Tak samo jak „Pamięć Absolutna” czy „Raport Mniejszości”, które zresztą były oparte na kilkustronicowych opowiadaniach, też dalej mają ducha Dicka zachowanego. Dobra adaptacja nie oznacza, że musi być wszystko identycznie jak w książce. Niestety co do filmu Folmana to po trailerze nigdy bym nie wpadł, że to ma coś wspólnego z Lemem. I trochę mam mieszane uczucia, gdyż wygląda świetnie, ale raczej jako film, co najwyżej inspirowany Lemem. O adaptacji ciężko mi pisać, chociaż naturalnie to dopiero tylko trailer.

  • Jakub Piwoński

    wygląda pysznie. a tak w ogole, to kiedy premiera? bo książkę do tego czasu trzeba nadrobić :)

    • premiera to nie wiadomo, ale opowiadanie ma 130 stron. 2 godziny lektury. 4 godziny ze smakowaniem niektórych zdań, słów :)

  • Wojciech Olczyk

    Okropny styl… mnie trailer nie zachęcił…

  • tzi

    „kongres futurologiczny” jest POWIEŚCIĄ , nie „opowiadaniem” , niedorozwoju .

    i niech ci nie przyjdzie do pustego łba „karać” mnie spamem za nazwanie rzeczy po imieniu .






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Stalingrad - zwiastun rosyjskiego kina wojennego

Następny tekst

Na krańcu świata



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE