publicystyka filmowa

KINO WRACA DO LAT OSIEMDZIESIĄTYCH? Zmartwychwstanie neonowych wartości

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu jest Łukasz Krajnik.

Uważnie obserwując kinematograficzne tendencje ostatniej dekady, można dojść do wniosku, iż znaczna część filmowców jest rozkochana w latach osiemdziesiątych. Wielu młodych reżyserów oparło swe kariery na tworzeniu pieśni pochwalnych na cześć dzieł ery Ronalda Reagana. Przyczyn tej obsesji należy szukać w atrakcyjnym spektrum tematów, pojawiających się w historiach opowiadanych przez Johna Carpentera i jego kolegów. Zamiłowanie do ekranowej przemocy, zafascynowanie postępem technologicznym i celebrowanie efektownego przerostu formy nad treścią to charakterystyczne dla tamtej epoki motywy, które w nowym millenium rozpalają wyobraźnię widzów jeszcze mocniej niż podczas premiery pierwszego Terminatora.

Współczesna popkultura dopisuje wspomnianym wątkom interesujący ciąg dalszy, hołdując najbardziej wyrazistym kliszom i ukazując je w całkiem nowym kontekście.

Tęsknotę za tą specyficzną estetyką obrazuje aktualne, frywolne podejście do ukazywania przemocy. Dorobek Nicolasa Windinga Refna czy Ti Westa składa się z opowieści skąpanych w wystylizowanej brutalności, zapewniającej czysto estetyczne doznania. Krew ubarwiająca pamiętne sceny z Tylko Bóg wybacza pełni rolę elementu starannie skonstruowanej, audiowizualnej kompozycji. Sekwencje tortur i dekapitacji są pozbawione jakiegokolwiek socjopolitycznego komentarza. Agresja bohaterów pomaga naszkicować wykreowane uniwersum, a więc całkowicie ignoruje polemikę na temat realnego okrucieństwa. Skandynawski artysta nie zamierza szokować czy prowokować publiczność do inicjowania debat. Jego jedyną ambicją jest wyczarować alternatywną rzeczywistość, która zawładnie naszymi zmysłami. W takich okolicznościach efektownie zaaranżowane ujęcia odcinanych kończyn powinny być traktowane jako integralna część prezentowanej sztuki. Publicystyki unika także Dom diabła, gdzie przerażające, satanistyczne rytuały działają na zasadach sprytnego pastiszu okultystycznego kina grozy. Podczas gdy potworność bliźniaczych tematycznie horrorów lat osiemdziesiątych była osobliwą odpowiedzią na panującą wówczas sektofobię, dzieło Amerykanina skupia się tylko i wyłącznie na wartościach czysto kinematograficznych. Rozlew krwi z Rambo i Miami Vice fascynuje nową generację filmowców, którzy zamiast rozprawiać o niuansach powojennej traumy czy antynarkotykowej ulicznej batalii wolą oddać się magii kina. X Muza przestała być nośnikiem rozmaitych idei i stała się samowystarczalną filozofią.

Tylko Bóg wybacza

Innym dowodem miłości do czasów świetności Arnolda Schwarzeneggera jest wszechobecny, technologiczny fetyszyzm. Jeden z najpopularniejszych brytyjskich seriali – Czarne lustro – zbiera wszystkie futurystyczne fobie sprzed lat i opakowuje je w nieco bardziej nowoczesną formę. Właściwie każdy odcinek nosi w sobie piętno idei propagowanych przez tzw.”cyberpunk”, czyli popkulturalny nurt analizujący trudną relację pomiędzy istotami ludzkimi a błyskawicznie rozwijającym się cyfrowym światem. Łowca androidów Ridleya Scotta, stawiający ważne pytania dotyczące definicji humanizmu, jak i Wideodrom Davida Cronenberga, kreślący zatrważającą wizję społeczeństwa żyjącego w sadomasochistycznym związku z mediami masowego przekazu, są rodzicami sukcesu serii Charlesa Brookera. Analogie pomiędzy epokami widać jednak nie tylko na poziomie samej problematyki, ale także w przypadku strony wizualnej charakterystycznej dla kinowej fantastyki naukowej ostatnich lat. Za czarną tęczą Panosa Cosmatosa pożycza barwną, neonową kolorystykę eightisowego science fiction. Kolorowy retrofuturyzm syna autora Tombstone stoi w opozycji do wspomnianego wcześniej Czarnego lustra, ponieważ prezentuje romantyczny portret przyszłości. Kontrast pomiędzy tymi dwoma wyobrażeniami symbolizuje paradoks naszej cywilizacji. Jesteśmy świadomi zagrożeń epoki „upgrade’u”, ale wręcz religijne zamiłowanie do gadżetów często wygrywa ze zdrowym rozsądkiem.

Czarne lustro

Kolejnym ważnym elementem spajającym te dwie dekady jest ogromne znaczenie ścieżki dźwiękowej. Lata osiemdziesiąte były okresem zdominowanym przez syntezatorowy pop, zainspirowany dyskografią niemieckiej grupy Kraftwerk. Kompozycje amerykańskich (i nie tylko) tuzów muzyki elektronicznej stały się więc stałym elementem filmografii większości kultowych twórców tamtych lat. Obecnie jesteśmy świadkami powtórki z rozrywki. Ogromny sukces Drive pod wieloma względami przypomina sytuację związaną z telewizyjną premierą Policjantów z Miami. Jeden z najsłynniejszych seriali policyjnych w historii nabrał odpowiedniego charakteru właśnie dzięki znakomitemu soundtrackowi. Dzięki pamiętnemu motywowi przewodniemu czy legendarnemu In the Air Tonight Phila Collinsa, przygody Sonny’ego Crocketta zyskały miano kulturowego fenomenu, wykraczającego poza świat małego ekranu. Z kolei w opowieści o bezimiennym kierowcy zachwyca przede wszystkim niesamowita ścieżka dźwiękowa. Nawiązujące do najlepszych momentów w karierze New Order piosenki oraz flirtujące z Vangelisem, ambientowe pejzaże uczyniły z tej historii najważniejsze kulturalne wydarzenie 2011 roku.

Oglądając ostatnią pozycję w dorobku Toma Forda – Zwierzęta nocy, możemy zaobserwować kolejny motyw z lat 80., przywłaszczony przez współczesne kino. Chodzi oczywiście o całkowity brak poszanowania dla granic między tzw. sztuką „wysoką” i „niską”.

Projektant mody i hobbystyczny reżyser gra w tej samej drużynie co jego idole z młodości. Podobnie jak David Lynch, Dario Argento czy David Cronenberg, garściami czerpie z tradycji kina klasy „B”, jednocześnie romansując ze śmiertelnie poważnym arthouse’em. Autor Samotnego mężczyzny w błyskotliwy sposób wykorzystuje schematyczność typowego thrillera po to, by dokonać wyjątkowo brutalnej wiwisekcji relacji dwójki głównych bohaterów.

Jesteśmy więc świadkami wyjątkowego fenomenu. X Muza przeżywa obecnie renesans, ponieważ zaczęła garściami czerpać z bogatego filmowego dorobku lat osiemdziesiątych. Uwielbienie epoki Rambo i synth-popu skutkuje w powstawaniu kina, które celebruje audiowizualne piękno. Dzięki romansowi z tą efektowną estetyką co roku dostajemy dziesiątki pozycji dogadzających sensorycznym doznaniom publiczności. Mam nadzieję, że to dogadzanie będzie trwało wiecznie.

Ostatnio dodane