Kino klasy Z

THE VOID. Horror wprost z lat 80.

Wojna o dominujący paradygmat w dziedzinie efektów specjalnych trwa, a praktyczne metody właśnie odnotowały jeden punkt więcej na swoim koncie.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Gumowe potwory szatana

Kult szatana i macki. Prawdziwe macki. Pasjonatom kina klasy Z tyle wystarczy za rekomendację, ale The Void nie jest hermetycznym filmem przeznaczonym wyłącznie dla wąskiego grona VHS-owych maniaków. To horror, który powinni docenić wszyscy wielbiciele gatunku.

Fabuła… jest. Nic nadzwyczajnego, ale zarazem nic na tyle oklepanego, żeby jedyną reakcją na kolejne zabójstwa było rozważanie: „Co by tu zrobić na obiad?”. W The Void najważniejsze są jednak atmosfera i efekty specjalne. To drugie może wywołać w was nieufność, w końcu niskobudżetowe filmy grozy od lat trawione są przez cyfrowe koszmarki, przy których niesławny jeleń z The Walking Dead (albo równie niesławny jeleń z amerykańskiego The Ring 2 – biedne zwierzę, nie ma szczęścia do producentów) wygląda jak żywcem wyjęty z Avatara. Kanadyjski duet reżyserski miał tego świadomość, a ich film można potraktować jako sprzeciw wobec dominujących praktyk.

Gwoli ścisłości, CGI nie jest złem wcielonym i ma wiele wzniosłych momentów w historii kina (chociażby aktorska wersja Ghost in the Shell), ale jeżeli nie stoi na bardzo wysokim poziomie, natychmiast kole w oczy i rujnuje seans. Przykłady? Jestem legendą – jeden z lepszych mainstreamowych horrorów XXI wieku, gdzie paskudna animacja zombiepodobnych istot skutecznie niszczy budowaną przez pół godziny atmosferę. Watchmen – jedna z najlepszych adaptacji komiksu, gdzie Bubastis (zmutowany ryś) wygląda tak żenująco, że aż chciałoby się go przemienić w jelenia. Z drugiej strony, nieudane efekty praktyczne? Sok z żuka? Twarz Schwarzeneggera w pierwszym Terminatorze? Koszmar z ulicy Wiązów? Każde z nich ma wyjątkowy urok, który po latach wciąż zachwyca.

Dzisiaj efekty uchodzące ćwierć wieku temu za tanie są najdroższymi, więc duet postanowił zorganizować nietypową kampanię crowdfundingową.

Twórcy The Void doskonale zdają sobie sprawę ze wszystkich wad i zalet praktycznych oraz komputerowych zaklinaczy rzeczywistości, ponieważ praca nad nimi jest ich codziennością. Obaj współtworzyli oprawę wizualną dla Legionu samobójców, o którym można powiedzieć wiele złego, ale nie da się zaprzeczyć, że wygląda świetnie. Obaj pracują także nad nową wersją znakomicie prezentującego się w zwiastunach To. Jednak tak się przewrotnie złożyło, że dzisiaj efekty uchodzące ćwierć wieku temu za tanie są najdroższymi, więc duet postanowił zorganizować nietypową kampanię crowdfundingową. W jej ramach zbierany był budżet nie na cały film, lecz właśnie na wygenerowanie pożądanych wrażeń wizualnych.

Jeremy Gillespie i Steven Kostanski w opisie kampanii przypomnieli film Coś Johna Carpentera, który przygotowywano przez jedenaście miesięcy, zanim w ogóle rozpoczęto zdjęcia. Przy aktualnych standardach żadne duże studio nie zgodziłoby się na tak długi czas pracy, a żadnego małego na to nie stać. Reżyserzy The Void dopięli jednak swego i uzbierali aż osiemdziesiąt pięć tysięcy dolarów (158% założonej kwoty), co starczyłoby na pięć filmów studia Troma. Mucha z 1986 roku, Blob z 1988, H.R. Giger i Masahiro Ito – to główne źródła inspiracji. Na ekranie szczególnie widoczna jest fascynacja twórczością tego ostatniego – pierwsze napotkane przez bohaterów monstrum wygląda jak zagubiony mieszkaniec miasteczka Silent Hill (którego Ito był współtwórcą), a postać ciągnąca za sobą siekierę natychmiast wywołuje skojarzenia z Piramidogłowym.

Efekty specjalne decydują o wyjątkowości The Void, ale nie jest to równoznaczne z niskim poziomem fabuły. Kobiety rodzące demony są wprawdzie zjawiskiem tak często wykorzystywanym w horrorze, że można by je wyodrębnić jako osobny gatunek, a w dodatku w scenariuszu brakuje elementów zaskoczenia, jednak historia poprowadzona jest w sprawny sposób i wciąga niemalże od pierwszej minuty. Prostym wątkom pomaga świetna, klaustrofobiczna atmosfera, co znowu przywodzi na myśl Coś, ale także inne produkcje Carpentera – Atak na posterunek 13, Księcia ciemności, Dark Star, W paszczy szaleństwa… Właściwie we wszystkich jego filmach pojawia się wątek odcięcia większej lub mniejszej grupy ludzi od świata zewnętrznego. Dzisiaj John Carpenter jest jednak przede wszystkim muzykiem, a jego unikalne brzmienie (stworzone z budżetowego przymusu, a nie z ambicji artystycznych) jest częściej kopiowane niż kiedykolwiek wcześniej. Akurat w tej kwestii The Void wyłamuje się trendowi i zamiast bitów generowanych przez archaiczne klawisze Casio proponuje twórczość żywej legendy dark ambientu – Lustmorda.

Jeżeli porównać The Void do większości współczesnych, mainstreamowych horrorów, to zdecydowanie wyróżnia się jakością wykonania i brakiem skrajnie nieprawdopodobnych czy wręcz bezmyślnych elementów fabularnych. Jeżeli jednak zestawimy efekty specjalne duetu Gillespie/Kostanski z tym, co w latach osiemdziesiątych potrafił wyczarować Rob Bottin, a scenariusz z niepohamowanymi szaleństwami twórców Mózgu czy Zemsty embriona, to efekt jest najwyżej przeciętny. The Void broni się więc głównie jako produkt dzisiejszych czasów i choć najprawdopodobniej przepadnie w odmętach historii, warto poświęcić mu jeden leniwy wieczór.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane