Kino klasy Z

SPIDER-MAN (1977). W sieci kiczu

Lada moment przekonamy się, czy Tom Holland udźwignie rolę Spider-Mana, a wcześniej warto sobie przypomnieć, kto jako pierwszy próbował tego dokonać.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Z małą mocą wiąże się mała odpowiedzialność

Kinowa kariera Spider-Mana jest wyjątkowa zawrotna. Niewiele innych postaci doczekało się aż trzech odtwórców i dwóch rebootów w ciągu zaledwie piętnastu lat, ale pokolenie wychowane na VHS-ach pamięta jeszcze jednego Człowieka Pająka, który na skali tandety bezapelacyjnie zajmuje pierwsze miejsce.

Historia filmu z 1977 roku jest nieco zawiła. Dziewięćdziesięciominutowa produkcja została pomyślana jako pilot serialu, ale w tamtych czasach telewizyjne serie nie rozchodziły się na światowych rynkach tak błyskawicznie jak dzisiaj, więc aby wycisnąć ze świeżo zakupionej od Marvela licencji jak najwięcej, wypuszczono materiał do zagranicznych kin. Sukces był formalnością, Spidey trafił na ekran po raz pierwszy w historii, więc chcieli go zobaczyć wszyscy.

Jak na pierwszy film przystało, mamy do czynienia z historią typu origin, gdzie oglądamy obowiązkowe ukąszenie napromieniowanego pająka, początki pracy w Daily Bugle i cały ten standardowy cyrk. Jedyne zaskoczenie to brak jakiejkolwiek wzmianki o wujku Benie, a tym samym ani razu nie pada: „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. Utrata „ojca” oraz poczucie współodpowiedzialności za jego zabójstwo od zawsze były główną motywacją Petera Parkera do walki ze złem, tym razem można odnieść wrażenie, że za wszystkim stoi nieskazitelna moralność na miarę Kapitana Ameryki czy Supermana (oczywiście nie tego w wersji Snydera). Ani słaba gra aktorska, ani dłużyzny, ani nawet marne zdjęcia nie przeszkadzają tak bardzo, jak to drastyczne przebudowanie psychiki postaci stworzonej przez Stana Lee i Steve’a Ditko.

Spider-Man w wersji Nicholasa Hammonda przypomina ulicznego wojownika na miarę serialowego Daredevila czy nawet Kick-Assa, który owszem, chce zmienić świat na lepsze, ale ma też zupełnie przyziemne problemy.

Okazuje się, że już w tamtych czasach problematyczna była także kwestia czarnego charakteru. Nie poznajemy żadnego złoczyńcy z bogatego panteonu świata Marvela, w zamian Nowy Jork terroryzuje człowiek znany jako Guru, którego supermocą jest umiejętność kontrolowania umysłów. Wszystko wskazuje na to, że w latach siedemdziesiątych było to zjawisko tak tajemnicze, że nawet jego opisowa nazwa wymagała wyjaśnienia – w jednej z pierwszych scen Peter Parker recytuje: „Niewiele wiem o kontroli umysłów poza tym, że prowadzone są eksperymenty i można zmusić ludzi do robienia pewnych rzeczy wbrew ich woli”.

W braku potężnego wroga tkwi jednak największa moc pierwszego Spider-Mana. Postać została wymyślona jako chłopak z sąsiedztwa, którym każdy z nas mógłby być, a brak eksplozji, efektów komputerowych i innych przebierańców wiarygodniej oddaje ten zamysł. Parker zapomina połknąć swoje pigułki, nie może znaleźć źródła utrzymania, pieniądze pożycza od koleżanki, a katar nie przestaje go męczyć nawet wówczas, gdy nosi maskę. Spider-Man w wersji Nicholasa Hammonda przypomina ulicznego wojownika na miarę serialowego Daredevila czy nawet Kick-Assa (zwłaszcza w pojedynku z „samurajami”), który owszem, chce zmienić świat na lepsze, ale ma też zupełnie przyziemne problemy.

Wspinaczki Spideya mogą wyglądać dzisiaj sztucznie i komicznie, ale w połowie lat siedemdziesiątych robiły wrażenie. Przygotowanie ich nie było łatwe, wymagało potężnego ekwipunku, okablowania, szyn ukrytych pod ścianami i sufitami. Pojedyncza scena, w której heros przeskakuje z budynku na budynek, kosztowała krocie i była niezwykle ryzykowna. Nakręcono ją jednocześnie z kilku kamer, aby w kolejnych odcinkach używać różnych ujęć. W kostiumie nigdy nie znajduje się Hammond, wszystkie zamaskowane sceny odegrał kaskader Fred Waugh. Fani kina klasy Z w obsadzie natychmiast rozpoznają jednak kogoś innego. Kapitan Barbera to Michael Pataki, który występował między innymi w Powrocie Hrabiego Yorgi, Więzieniu śmierci czy Zoltanie, psie Draculi. Pozostali aktorzy i aktorki są raczej anonimowi, a w sposób negatywny odznacza się przede wszystkim Robert F. Simon jako J. Jonah Jameson. Do samej gry trudno się przyczepić, zawinili scenarzyści, bo jak można wymyślić szefa Daily Bugle, który nawet raz nie podnosi głosu?

Spider-Man to pierwsza aktorska inkarnacja jednego z najpopularniejszych herosów w historii i jako produkcja przecierająca szlaki może liczyć na nieco lżejsze potraktowanie. Film E. W. Swackhamer potrafi potwornie wynudzić, ale warto po niego sięgnąć choćby dla poznania ludzkiego spojrzenia na Człowieka Pająka. Nie oczekujcie też kiczu, przy którym będziecie zataczać się ze śmiechu, to otrzymacie dopiero w nakręconym rok później Supaidāman japońskiej produkcji.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane