Kino klasy Z

SNAKE OUTTA COMPTON. Gangsta rap na wojnie z gigantycznym wężem

"Sharknado" to staroć, pora na nowe pokolenie, a dzisiaj nie da się przyciągnąć młodzieży, jeżeli nie ma hip-hopu... i węży.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Snake Outta Compton. Lepszego tytułu nie wymyślę

Młodzi raperzy z niebezpiecznego sąsiedztwa muszą uratować miasto przed zmutowanym wężem olbrzymem – jeżeli ten opis was nie bawi, nie brnijcie dalej; jeżeli bawi, to trafiliście na jeden z lepszych tegorocznych filmów klasy Z.

Nie musiałem nawet oglądać zwiastuna, żeby zadławić się śmiechem, czasami tytuł jest tak dobry, że rzuca filmowi wyzwanie. Snake Outta Compton to właśnie taki przypadek, ale seans nie okazał się rozczarowaniem, a pomysłodawcom należą się oklaski z dwóch powodów. Po pierwsze, po premierze Straight Outta Compton pojawił się wysyp memów nawiązujących do planszy z tytułem, a przemienienie jednej z nich w film to marketingowe zagranie na miarę Deadpoola. Po drugie, trzeba mieć bardzo specyficzną „wrażliwość”, żeby gangsta rapową opowieść o trudnym życiu w kalifornijskim Compton pożenić ze zmutowanym, gigantycznym wężem. Hank Braxtan (znany z fanowskich, krótkometrażowych sequeli Piątku Trzynastego, w których Jason spotyka między innymi Pogromców Duchów) spisał się znakomicie i już pierwsze sekundy potrafią rozbawić do łez.

„You are now about to witness the strength of snake knowledge” – parafraza słynnego wstępu Dr. Dre do utworu Straight Outta Compton to pierwsze, co usłyszymy, a zaraz później na ekranie pojawiają się samolot, wypadający z niego wąż i kolejne nawiązanie: „Muthafuckin snakes on a muthafuckin plane”. To słynna kwestia wypowiedziana przez Samuela L. Jacksona w Wężach w samolocie, a zarazem żartobliwa sugestia, że mamy do czynienia z sequelem tego pamiętnego pomnika kiczu. Podobnych nawiązań jest tutaj mnóstwo. Młody naukowiec odpowiadający za mutację gada do złudzenia przypomina Steve’a Urkela, głównego bohatera Family Matters; autobusowa ucieczka przed stworem to nowa wersja Speed; a doświadczony gliniarz szkolący białego młokosa to parodia Dnia próby. Joston Theney naśladujący Denzela Washingtona jest zresztą najmocniejszym punktem Snake Outta Compton, a zły, przerysowany glina w jego wykonaniu (rzucający standardowymi tekstami pokroju: „Jestem twoim największym koszmarem”) wywołuje śmiech w każdej jednej scenie.

Obronną ręką wychodzi także większość żartów i gagów, bo nie kręcą się wyłącznie wokół tematów gastrycznych oraz erotycznych.

Budżet produkcji jest boleśnie niski. Widać to po okropnych efektach cyfrowych, widać po dziwacznym, nieumiejętnym montażu, widać w każdej jednej scenie, ale historia jest na tyle dobrze napisana, że techniczne niedociągnięcia zupełnie nie przeszkadzają. Przede wszystkim Braxtan (i współautorzy scenariusza) ma historię. Głupiutką, opartą na parodiowaniu innych filmów, ale daleką od powtarzania utartych schematów, co jest największą bolączką dzisiejszych filmów niskobudżetowych. Obronną ręką wychodzi także większość żartów i gagów, bo nie kręcą się wyłącznie wokół tematów gastrycznych oraz erotycznych. W tego rodzaju produkcjach humor nie może być wyrafinowany, ale nie musi też grzęznąć na dnie wyściełanym prostackimi odzywkami z Domu bardzo nawiedzonego i podobnych koszmarków.

Filmy z wielkimi potworami przeżywają w ostatnim czasie renesans. Niedawno powrócili zarówno Godzilla, jak i King Kong, a w tym roku na ekranach kin można było już oglądać Pacific Rim: Rebelia oraz Rampage: Dzika furia. Tam, gdzie blockbuster musi jednak zachować powściągliwość – narzuconą celowaniem w odpowiednio niską, zwiększającą szanse na wyższy dochód, kategorię wiekową – tam tania, niezależna produkcja może iść na całość, co dla Snake Outta Compton zakończyło się pełnym sukcesem. Tej historii po prostu nie dało się lepiej zrealizować. Akcja, komedia, urokliwa tandeta – miano „tak złego, że aż dobrego” w pełni zasłużone. I koniecznie poczekajcie na scenę po napisach, w której czekają na was między innymi ninja oraz superbohaterowie gady…

Ostatnio dodane