Kino klasy Z

Kino Klasy Z: Boyka: Undisputed IV

Zmiana na pozycji reżysera nie wyszła serii na dobre, ale sceny pojedynków wciąż nie mają sobie równych.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Kolejne bójki Boyki

Undisputed to przedziwna seria. Weźmy jakiś zupełnie przeciętny film – na przykład Assassin’s Creed – i wyrzućmy go z pamięci na kilka lat, do czasu, gdy pojawi się video sequel z nową obsadą, z potężną dawką brutalności oraz imponującymi scenami walki. Nie miałbym nic przeciwko i nie mam nic przeciwko temu, w jakim kierunku odeszła historia, której pierwotnymi bohaterami byli Wesley Snipes i Ving Rhames.

Walter Hill miał w latach siedemdziesiątych znakomitą passę – wyreżyserował dwa wybitne filmy akcji (Wojowników oraz Kierowcę), a także został jednym z producentów pierwszej części Obcego (później również wszystkich pozostałych). Jego forma stopniowo obniżała się, ale zanim popełnił koszmarne The Assignment z ubiegłego roku, zaliczył kilka przeciętnych przedsięwzięć, w tym Undisputed z 2002 roku. O dziwo nie wszyscy machnęli ręką na ten film i niespodziewanie do gry wkroczył człowiek, który wcześniej znany był głównie jako reżyser kilku odcinków Power Rangers. Isaac Florentine przekonał właścicieli Nu Image do wykupienia praw i tchnął w pomysł Hilla nowe życie, tworząc tym samym jedną z najciekawszych serii związanych ze sztukami walki, jakie w ostatnich latach powstały.

Boyka to bohater, jakich dzisiaj brakuje. Coś jak Luc Deveraux albo pułkownik James Braddock – niezbyt skomplikowany wojownik z celem i z charyzmą, która sprawia, że ilekroć skandowane jest jego nazwisko, widz ma ochotę dołączyć i wykrzykiwać w domowym zaciszu: „Boyka! Boyka! Boyka!”. Psychologiczny rys Boyki jest dosyć płytki, choć tym razem próbuje się mu narzucić moralne nawrócenie. Z drugiej strony, nie jest to całkowicie płaska postać – zadebiutował jako czarny charakter, później próbował odkupić swoje winy, a teraz jest draniem o złotym sercu. Jego osobowość stała się na tyle silna, że to właśnie nazwisko Boyka wybrano na tytuł nowego filmu, a Undisputed IV spadło na pozycję podtytułu. Scott Adkins wykreował antyherosa, którego na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych uwielbialiby wszyscy stali bywalcy wypożyczalń kaset wideo i vice versa – to Yuri Boyka odpowiada za wykreowanie Scotta Adkinsa jako najbardziej kompletnego wojownika w dzisiejszym kinie. Wielkim nieobecnym czwartej części Undisputed jest natomiast reżyser Isaac Florentine.

Florentine to obok Johna Hyamsa najlepszy reżyser filmów akcji w ostatnich latach i o obydwu Hollywood powinno się zabijać.

Florentine to obok Johna Hyamsa najlepszy reżyser filmów akcji w ostatnich latach i o obydwu Hollywood powinno się zabijać przy obsadzaniu produkcji typu Uprowadzona czy Niezniszczalni. Dlaczego wciąż są anonimami? Może dlatego, że liczą się dla nich prawdziwe umiejętności aktorów, a w blockbusterach ważniejsze jest nazwisko, nawet jeżeli oznacza to sześćdziesięcioletniego aktora wykonującego jeden cios w dziesięciu cięciach. Może też dlatego, że obydwaj zabłysnęli dzięki sequelom przeznaczonym na rynek wideo (Hyams świetnymi kontynuacjami Uniwersalnego żołnierza), a nie dzięki autorskiemu projektowi na miarę Johna Wicka. Tak czy inaczej nieobecność Isaaca Florentine’a (choć nie całkowita – pełni funkcję producenta) jest wyczuwalna. Nowym reżyserem został Todor Chapkanov, który nakręcił między innymi mockbuster filmu Thor dla niesławnego studia Asylum, a zmiana jakości jest wyraźna od pierwszych chwil.

Sceny walk wciąż mają świetną choreografię i wciąż są nakręcone tak, aby jak najwięcej pokazywać zamiast kamuflować, ale jest ich za mało, a w dodatku niemal wszyscy wojownicy walczą w dokładnie taki sam sposób. Najgorzej wypada finałowa potyczka z Koshmarem granym przez Martyna Forda, który zasłynął transformacją ze skromnego chłopca w prawdziwe monstrum. Wygląda imponująco, ale jako jedyny w tym filmie niewiele ma do zaprezentowania w ringu. Od czasu do czasu macha pojedynczymi cepami, jednak na ogół nieznacznie różni się od mięsa, które służyło Rocky’emu Balboa za worek treningowy. Można wręcz odnieść wrażenie, że Adkins/Boyka hamuje się, aby nie wykończyć go zbyt szybko. Nie oszukujmy się, po Undisputed i podobne mu produkcje sięga się niemal wyłącznie dla solidnego mordobicia i akurat tutaj nie powinno być żadnych wpadek.

Gwałtowne zbliżenia wyglądają wręcz karykaturalnie, a towarzyszące im dźwięki przywołują skojarzenia z tanimi produkcjami kung-fu.

Wszystko, co dzieje się poza ringiem, trzeba traktować z przymrużeniem oka, a najlepiej w ogóle z zamkniętymi oczami. O ile fabuła poprzednich części była prosta i dawała sensowne preteksty do bójek, o tyle tutaj ewidentnie nie ma żadnego pomysłu. Chapkanov bawi się w dramat, ale nie jest w stanie wzbudzić emocji. Kto umrze, wygra, przegra… Nie ma to żadnego znaczenia, nie sposób zaangażować się w losy filmowych bohaterów choćby na zasadzie kibicowania. Odbiór zakłócają dodatkowo niepotrzebne retrospekcje, czasami do wydarzeń, które rozgrywały się dosłownie kilka minut wcześniej. Największą bolączką filmu jest jednak praca kamery. Gwałtowne zbliżenia wyglądają wręcz karykaturalnie, a towarzyszące im dźwięki przywołują skojarzenia z tanimi produkcjami kung-fu.

Boyka: Undisputed IV nie będzie zawodem dla fanów serii, choć w wideotrylogii to zdecydowanie najsłabsza część. Kiedy jednak czuć ciężar zadawanych ciosów, a montażysta robi wszystko, żebyśmy ujrzeli sylwetki świetnie wyszkolonych aktorów/wojowników, zamiast skracać ich do grymasów twarzy i lecących w przestrzeni rękawic, trudno nie poczuć pierwotnej euforii, jaka towarzyszyła oglądaniu filmów z Van Dammem albo Lorenzo Lamasem.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane