Kino klasy Z

HELLRAISER: JUDGEMENT. Najlepszy z najgorszych sequeli

Trudno stworzyć dobry film, kiedy nawet studio nie wierzy w jego sukces. Nowy "Hellraiser" nie mógł się udać, ale przynajmniej pierwszy raz od wielu lat podjął walkę.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Budżetowe piekło

„Żeby nie było wstydu” – to chyba jedyne życzenie, z jakim fani czekali na dziesiątą odsłonę Hellraisera, horroru, który odcisnął wyraźne piętno na współczesnej popkulturze. Plan minimalny został zrealizowany, ale niewiele ponadto, za co odpowiedzialność ponosi tylko i wyłącznie ignorancja Dimension Films.

Podobnie jak w przypadku pięciu wcześniejszych części, tak i Judgement powstało w jednym celu – zachowania praw do rozpoznawalnej, choć systematycznie wyniszczanej marki. Dwa lata temu Dimension Films przespało odpowiedni moment i utraciło kontrolę nad przyszłością innej ważnej serii – Halloween (dzięki czemu w tym roku być może wreszcie otrzymamy sequel marzeń, chociażby dlatego, że częściowo jest w niego zaangażowany sam John Carpenter), więc za wszelką cenę chciało uchronić się przed powtórzeniem błędu… A właściwie nie za wszelką cenę, bo za zaledwie pół milion dolarów, czyli tyle samo, ile kosztowała pierwsza część Toksycznego mściciela, co daje wyraźny obraz jakości, z jaką musimy mieć do czynienia. Reżyserowi Gary’emu J. Tunnicliffe’owi należą się jednak oklaski, bo zrobił wszystko, na co pozwalały dostępne narzędzia, aby zadowolić oddanych widzów.

Zasadniczą różnicą jest to, że Judgement od samego początku powstawało jako element świata Hellraisera. Może się to wydawać oczywiste, a jednak od czasu Bloodline z 1996 roku za każdym razem adaptowano przeróżne, szukające okazji do zrealizowania scenariusze tak, aby wpleść w nie obecność sadystycznych cenobitów. Tunnicliffe chciał rewolucji dla ukochanego tytułu (z którym związany jest od wielu lat jako makijażysta i współtwórca efektów specjalnych), a obiecywał ją, wskazując na inspiracje Davidem Lynchem, Davidem Cronenbergiem, Davidem Fincherem (David to cholernie ponure imię), Hieronimem Boschem czy Francisem Baconem. Częściowo dopiął swego.

Pierwsza scena jest zabawna, choć nie intencjonalnie – owiany mrokiem Pinhead powoli odwraca się w kierunku obiektywu, a strumień światła pada tylko na fragment jego twarzy, co może kojarzyć się ze spotkaniem z hrabią Draculą w wykonania Beli Lugosiego. Dalej jest znacznie lepiej, możemy przyjrzeć się zwyczajom panującym w tutejszym piekle, jesteśmy świadkami intrygującego przesłuchania i wymyślnych tortur, co razem buduje wrażenie surrealistycznego, kameralnego kina artystycznego. To jedynie wizualne skojarzenie, treść nie dostarcza żadnych wątków zdatnych do pobudzenia refleksji i być może w tym tkwi problem wszystkich dawnych tytanów horroru. Jason Voorhees, Freddy Krueger czy Michael Myers nie otrzymują społecznego kontekstu, nie potrafią już straszyć i nawet gdyby znalazł się wizjoner gotów do odmieniania ich losu, producenci wolą wybierać bezpieczny wariant zarzynania grupki nastolatków przez z odcinka na odcinek coraz bardziej bezosobowego „potwora”.

Z jednej strony Tunnicliffe po latach starań spełnił marzenie i zrealizował nieco innego Hellraisera, z drugiej studio rzucało mu pod nogi niezliczone kłody, jakby za wszelką cenę chciało udowodnić, że szukanie nowych rozwiązań musi zakończyć się klęską.

Z jednej strony Tunnicliffe po latach starań spełnił marzenie i zrealizował nieco innego Hellraisera, z drugiej studio rzucało mu pod nogi niezliczone kłody, jakby za wszelką cenę chciało udowodnić, że szukanie nowych rozwiązań musi zakończyć się klęską. W efekcie oglądamy film niepokrywający się z bijącymi od niego ambicjami. Najlepszy przykład to Paul T. Taylor, aktor przede wszystkim teatralny, który do roli Pinheada przygotowywał się bardzo starannie – często spacerował po niebezpiecznych dzielnicach, chcąc wyczuć negatywną aurę, a także… zmusił się do palenia papierosów, aby zniekształcić brzmienie swojego głosu. Stało przed nim wielkie wyzwanie i nie mam na myśli próbę doścignięcia Douga Bradleya (oryginalnego Pinheada), ale wymazanie z pamięci koszmarnej roli jego poprzednika – Stephana Smitha Collinsa. Wywiązał się z zadania znakomicie, lepiej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, ale cały ten trud umniejsza licha oprawa filmu.

Scenariusz nie jest szczególnie ambitny, czerpie pełnymi garściami z Siedem Finchera, ale nadrabia atmosferą przypominają teledyski Nine Inch Nails oraz Tool, choć w zdecydowanie tańszych wydaniach. Poziom brutalności, która w filmie o mistrzach tortur z piekła powinna być obligatoryjna, satysfakcjonuje, a nawet otrzymujemy jedną z najobrzydliwszych scen w historii serii – wyciąganie zakrwawionego psa z macicy właścicielki, gdzie został umieszczony, bo… była jego „mamusią”. Szkoda, że stockowe odgłosy, marne zdjęcia i tandetne dialogi odwracają uwagę od tego, co dobre i chyba wciąż mamy do czynienia z sequelem, który w całości będą w stanie obejrzeć jedynie najbardziej zatwardziali fani.

Dlaczego nie stworzyć po prostu solidnego filmu? Twórcy, którzy wychowali się na oryginale z 1987 roku, są już dorosłymi ludźmi i mogliby przekuć swoją dawną pasję w coś świeżego, coś, co byłoby odpowiedzią na potrzeby fanów, którymi sami przecież są. Po co latami przetrzymywać prawa do tytułu, na który nie potrafi znaleźć się pomysłu? Mało tego, nawet się go nie szuka i nie daje się mu szansy, przydzielając żałośnie niskie budżet. To przykre, ale doszliśmy do momentu, kiedy Hellraiser cieszy, bo nie jest żenującym pokazem ignorancji i arogancji. Judgement to prawdopodobnie najlepsze, co przy takim nastawieniu mogliśmy otrzymać.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane