Kino klasy Z

DATE OF THE DEAD. Z miłości do złego filmu

Jest tylko jeden składnik obowiązkowy w przepisie na udany film klasy Z - pasja i akurat tego twórcom "Date of the Dead" nie zabrakło.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Randka Żywych Trupów

Długo zastanawiałem się, jak ugryźć tę recenzję. Jeżeli napiszę, że to niskobudżetowa antologia ukazująca w nieco przewrotny sposób trzy rodzaje horroru – home invasion, slasher i film o żywych trupach – nie będzie to wyglądać szczególnie interesująco. Dlatego pozwolę sobie nieco zdradzić fabułę pełnometrażowego debiutu Granta Nelsona, bo prawdopodobnie tylko wtedy możecie uznać ją za wartą uwagi.

Nelson korzysta z odwiecznego związku pomiędzy skrajnościami – strachem i śmiechem, które stają się sobie szczególnie bliskie, kiedy fundusze przeznaczone na realizację filmu nie pozwoliłyby nakręcić nawet jednego odcinka ostatniego sezonu Przyjaciół (który kosztował aż dziesięć milionów dolarów, z czego sześć zgarniali odtwórcy głównych ról). Jego groteskowe poczucie humoru idzie w dodatku w parze z iście nerdowską pasją do horroru. Wystarczy rozejrzeć się po pokoju jednej z bohaterek, aby dostrzec wszelkie tego objawy – plakaty pierwszej części Martwego zła i The Slumber Party Massacre; szkic ze słynnym kadrem z Psychozy, na którym biorąca prysznic Janet Leigh zostaje zaskoczona przez swojego oprawcę; rękawicę Freddy’ego Krugera czy książkę The Zombie Survival Guide. Nie mamy więc do czynienia z jednym z tych hollywoodzkich reżyserów, którym powierzono adaptację komiksu o superbohaterach, mimo że przed przyjęciem oferty żadnego z nich nie czytali. To oddany fan gatunku tworzący wręcz hermetyczną narrację, w jakiej początkujący adepci filmu grozy mogą poczuć się zagubieni.

Date of the Dead wygląda jak środowiskowy kawał zamkniętego grona znajomych, jaki dla obcych będzie zbyt mocno zaszyfrowany, aby mógł wzbudzić chociażby uśmiech.

Kiedy jeden z bohaterów po wyjściu z kina zachwala film słowami: „Był świetny, okazało się, że to matka była morderczynią”, dla doświadczonego widza będzie to wyraźne puszczenie oczka i nawiązanie do pierwszej części Piątku trzynastego, dla pozostałych pozbawiony sensu dialog osłabiający scenariusz. Zdarzają się także bardziej opisowe odniesienia, czytelne dla każdego – na przykład kiedy ten sam bohater szuka właściwej broni do walki z „zombie”, nowo poznana dziewczyna przekonuje, żeby odłożył siekierę, która zbyt kojarzy się z Lśnieniem, maczetę, bo przypomina Jasona Voorheesa, a kij krykietowy powoduje, że do rangi klasyku urasta nawet Wysyp żywych trupów. Ostatecznie jednak Date of the Dead wygląda jak środowiskowy kawał zamkniętego grona znajomych, jaki dla „obcych” będzie zbyt mocno zaszyfrowany, aby mógł wzbudzić chociażby uśmiech. Z mojej perspektywy nie jest to wadą, nie każdy film musi przecież celować w szerokie grono odbiorców, problemem jest natomiast nierówne, wyraźnie opadające tempo.

Pierwsza historia jest świetna. Najpierw dostajemy krótkie tło psychologiczne – obiektyw kamery imituje perspektywę dziecka, które nakrywa ojca z kochanką. „Mama jest jak mleko, ale czasami tata ma ochotę na kakao” – mniej więcej w ten idiotyczny sposób rodzic próbuje wybrnąć z niezręcznej sytuacji, po czym przenosimy się w przyszłość, gdzie dorosłe już dziecko nosi brzemię tamtego wydarzenia i notorycznie zmienia kochanki, stosując wobec wszystkich poprzednich metodę, jaką dzisiaj nazywa się „ghostingiem”. Wreszcie jednak dosięga go zemsta i właśnie tutaj Nelson ujawnia swój kunszt – tworzy historię o zombie, w której właściwie nie ma zombie. Przenosi cechy charakterystyczne dla otumanionych żywych trupów na pijane, zrozpaczone byłe dziewczyny próbujące dopaść powód swojego nieszczęścia oraz jego najnowszy obiekt westchnień. Sytuacja jest zabawna przede wszystkim dlatego, że raczej niewielu widzów jest w stanie identyfikować się z łaknącymi mózgów drapieżcami, ale już pijaństwo popychające do absurdalnych zachowań nie jest aż tak dużym wyzwaniem dla wyobraźni. Całość oprawiono w odpowiednią ilość do bólu sztucznej krwi, morał („Wystarczyło im powiedzieć, że nie jesteś zainteresowany”) i szczęśliwe zakończenie przerwane nieszczęsnym wypadkiem zaciągającym kurtynę nad finalnym niedopowiedzeniem.

Szkoda, że ta jedna opowieść nie została wydłużona do pełnego metrażu, bo pozostałe wątki nie mają równie dużej mocy, aczkolwiek nigdy nie obniżają lotów do poziomu, przy którym seans stawałby się nieznośnym popisem amatorszczyzny. Od Date of the Dead bije zaangażowaniem, a kiedy pod nawet średnią produkcją fanowską wyraźnie czuć puls włożonego w jej realizację serca, trudno nie dać się ponieść absurdalnym wydarzeniom z ekranu. Mam nadzieję, że dla Granta Nelsona to tylko wstęp, bo jego świeża wizja zasługuje na ciąg dalszy.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane