Kino klasy Z

CHILDREN OF THE CORN: RUNAWAY. Kukurydza z przeceny

Niewiele można oczekiwać po filmie nakręconym wyłącznie dla zachowania praw do dalszego eksploatowania tytułu i z tej perspektywy "Runaway" wypada przyzwoicie.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

"Dorosłe dzieci mają żal za kiepski przepis na ten świat"

Dimension Films znowu to zrobiło! Ledwie miesiąc po premierze ekstremalnie taniego – istniejącego wyłącznie po to, aby zachować prawa do serii – Hellraiser: Judgement, pojawia się kolejny średniak wyprodukowany przez chciwe stado psów ogrodnika. Jest jednak światełko w tunelu, bo ów ogrodnik wkrótce może mieć znacznie więcej do powiedzenia.

Ogrodnikiem jest Stephen King, autor opowiadania Dzieci kukurydzy z 1977 roku, na bazie którego powstała ta rozciągająca się na ponad trzy dekady seria. Pisarz w 2016 roku zrozumiał, że podobnie jak superbohaterowie Marvela nie są już niskobudżetową tandetą podtrzymywaną przy życiu przez chociażby niesławną Fantastyczną Czwórkę Rogera Cormana, tak i jego twórczość zasługuje na więcej niż kolejne fatalne scenariusze realizowane tylko po to, aby odniosły klęskę. Udało się, od 1 września każdy, kto będzie chciał opowiedzieć historię osadzoną w realiach znanych z Cujo, Podpalaczki, Oka kota czy właśnie Dzieci kukurydzy będzie musiał uzyskać błogosławieństwo „Króla”. Nie jest to może gwarancja wysokiej jakości, w końcu mamy do czynienia z reżyserem koszmarnego Maksymalnego przyśpieszenia, niemniej na pewno skończy się dominacja wyrachowania i żerowania na fanach. Zanim to jednak nastąpi, musimy się zmierzyć z jeszcze jedną odsłoną Dzieci z pola kukurydzianego, jak w epoce dominacji kaset VHS tytułowano tę serię w Polsce.

Mimo sępiego nastawienia, Dimension wyciągnęło wnioski z poprzednich klęsk i zamiast upychać tanie efekty cyfrowe w pretekstową fabułę, próbuje opowiedzieć jakąś historię.

Dziewiąte spotkanie (dziesiąte, jeżeli liczyć fatalny remake zrealizowany dla stacji Syfy) zaczyna się całkiem solidnie. Mimo sępiego nastawienia, Dimension wyciągnęło wnioski z poprzednich klęsk i zamiast upychać tanie efekty cyfrowe w pretekstową fabułę, próbuje opowiedzieć jakąś historię. Oczywiście nie wynika to z refleksji nad kondycją dzisiejszego kina i woli poprawienia jej na najniższym, obecnym tylko na domowych ekranach szczeblu. Najprawdopodobniej jest to efekt sukcesów Uciekaj!, To przychodzi po zmroku czy Mięsa, horroru przez jednych nazywanego arthouse’owym, przez innych po prostu post-horrorem. Moda na treść wypierającą kabotyńskie wybryki jest godna pochwały, ale nie róbcie sobie nadziei – Runaway bardziej chce niż potrafi…

Jak wskazuje tytuł, w centrum wydarzeń tym razem znajduje się uciekinierka, która porzuciła kult Kroczącego Między Rzędami. Postać wdzięczna, kiedy chce się pokazać ludzka niedolę. Wystarczy uczynić z niej samotną matkę dorabiającą w warsztacie samochodowym na usługach szefa domagającego się także fizycznych świadczeń i gotowe – oto pozornie przejmujący trud macierzyństwa w stylu The Florida Project, ale z nieco bardziej zaangażowanym i nieco mniej wulgarnym rodzicem w roli głównej. Pomysł ukazania byłego „dziecka kukurydzy” dręczonego przez grzechy przepełnionej okrucieństwami przeszłości to strzał w dziesiątkę, który podobnie jak fabuła Hellraiser: Judgement pozwala spojrzeć na mocno zakorzenioną w historii gatunku markę z zupełnie innej strony. Jest to pewnego rodzaju rekompensata za skrajnie niskie środki zaangażowane w stworzenie tych dwóch filmów, a w dodatku obydwa są jednymi z lepszych sequeli w historii swoich serii, ale wciąż nie sposób pozbyć się wrażenia, że można było lepiej, gdyby tylko włodarze studia się wysilili.

Największym problemem filmu Johna Gulagera jest niezdolność do wygenerowania atmosfery grozy.

Największym problemem filmu Johna Gulagera (autora solidnej, komedio-horrorowej trylogii Krwawa uczta oraz świetnej, po brzegi wypełnionej absurdem Piranii 3DD) jest niezdolność do wygenerowania atmosfery grozy. Tu i ówdzie tryska krew, wyblakłe kolory próbują dodać beznadziejności świata widzianego oczami głównej bohaterki, a oprawa muzyczna próbuje wręcz wmówić widzowi, że patrzy na coś przerażającego, choć w nim samym nic nawet nie drgnie. Jeżeli szukacie dreszczy alb nawet taniego „jump scare’a”, to Runaway pozostawi was rozczarowanych. Właściwie w ogóle nie macie czego tu szukać, o ile nie jesteście zatwardziałymi fanami horroru albo Stephena Kinga.

Nietrudno wyobrazić sobie „dzieci kukurydzy” podobne do dzieciaków z ekranizacji Tego według Andreasa Muschiettiego, tyle że obok problemów okresu pokwitania nie pojawiłby się morderczy klaun, lecz rozbudzanie własnego instynktu zabójcy. To wciąż bardzo dobry materiał na horror i mam nadzieję, że konieczność zmierzenia się z jednoosobową komisją w postaci Kinga przywróci mu dawną świetność. Na dzisiaj jedyną satysfakcją z nowej odsłony cyklu jest wyłącznie to, że nie wzbudza zażenowania.

Ostatnio dodane