Kino klasy Z

BRUCE LEE WSTAJE Z GROBU I WALCZY. Fenomenalnie absurdalny

To nie jest tabloidowy nagłówek mający na celu zwiększenie liczby "kliknięć", film o takim tytule naprawdę powstał.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Kung fu drugiego sortu

Gdyby Bruce Lee żył, wczoraj obchodziłby siedemdziesiąte siódme urodziny. Jego fascynująca osobowość oraz niebywałe umiejętności odcisnęły piętno na popkulturze, które jest wyraźne po dziś dzień. Pozostały po nim rzesze młodych adeptów sztuk walki, otwierane przez nich szkoły, a także kolejne produkcje filmowe, choć rzadko dorównujące Wejściu smoka.

Zarabianie na śmierci nie jest zjawiskiem zapoczątkowanym przez wydawców Michaela Jacksona, już w 1973 roku studia filmowe z Chin, Hong Kongu czy z Tajwanu zastanawiały się, jak spieniężyć gwałtownie przerwaną karierę gwiazdy, która dopiero co rozbłysła. Rozwiązanie musiało być budżetowe, raczej pasożytnicze niż artystyczne, i tak zrodził się nowy odłam kina eksploatacji – bruceploitation, a jego bohaterami zostali tacy aktorzy, jak Bruce Li (Wyjście smoka, wejście tygrysa) czy Bruce Le (Enter the Game of Death). Bruce Lee wstaje z grobu i walczy jest natomiast przypadkiem bardzo specyficznym, ponieważ wpisał się w ten nurt bez wiedzy reżysera.

Fenomenalny w swojej absurdalności plakat (ewidentnie wzorowany na okładce Bat Out of Hell Meat Loaf) ze zmarłym wojownikiem wyskakującym z grobu, by uratować nieproporcjonalną niewiastę ze szponów szpetnego człowieka-nietoperza, od samego początku był magnesem dla zwolenników „złego kina”, obok takiej grafiki nie da się przejść obojętnie. W dodatku przez lata krążyła plotka, jakoby za reżyserię odpowiadał włoski specjalista od podobnych przedsięwzięć, niedawno zmarły Umberto Lenzi, który na koncie miał między innymi Dziewczynkę z pajacem (nieoficjalną trzecią część Martwego zła), Zjedzonych żywcem czy Nightmare City. Faktycznie jednak za kamerą stał Doo-Yong Lee, znany jeszcze tylko z Milczących zabójców z Lindą Blair w roli głównej.

Wszystko wskazuje na to, że żer na popularności twórcy jeet kune do nie był zaplanowany. Dosłowne tłumaczenie oryginalnego, koreańskiego tytułu to Gość w Ameryce, a poza sceną otwierającą film – gdzie po uderzeniu pioruna sobowtór Bruce’a Lee wyskakuje spod ziemi – nie istnieją absolutnie żadne związki pomiędzy zmarłym trzy lata wcześniej aktorem a fabułą. Podobieństwo Jun Chonga (tu podpisanego jako Bruce K.L. Lea) do bohatera tytułowego jest żadne, dostrzec mógł je tylko biały człowiek przy całej swojej żądnej pieniędzy ignorancji, a w dodatku Chong posługuje się taekwondo, które w niczym nie przypomina stylu stworzonego przez Bruce’a Lee. W efekcie tytuł filmu ma działanie podwójne. Z jednej strony być może na Zachodzie nikt nigdy nie usłyszałby o tej produkcji, gdyby nie jej przedziwna nazwa, z drugiej wielu oceniło ją bardzo negatywnie z powodu niespełnienia obietnicy zawartej w „kampanii” promocyjnej.

Prawdziwy Lee nigdy nie przeklął w filmie, nie miał fizycznego zbliżenia z kobietą i trzeba było naprawdę parszywego zachowania, by zmusić go do walki. Lee-Zombie z uśmiechem tłucze taksówkarza, który był na tyle bezczelny, że poprosił o wynagrodzenie za swoją pracę, a w dodatku nie stroni od alkoholu.

Chong/Lea nie jest ucharakteryzowany na żywego trupa i nie walczy z cichymi zabójcami z klasztoru Shaolin, którzy zgodnie z popularną teorią spiskową mieli zamordować niedoszłego reżysera Gry śmierci w ramach kary za przekazywanie tajników sztuki kung fu laikom ze Stanów Zjednoczonych. Nie uświadczycie tu żadnych elementów nadnaturalnych, a jedynie standardową historię o poszukiwaniu zemsty na zabójcach bliskiej osoby. Jeżeli odrzucicie jednak wygórowane oczekiwania i nie ulegniecie wrażeniu, jakoby czekało przed wami wiekopomne dzieło filmu klasy B, otrzymacie przyzwoitą rozrywkę z kilkoma niezłymi kopniakami i dostatecznie zadowalającą ilością tandety.

Pierwszym, co natychmiast rzuca się w oczy, jest niewyobrażalnie chamskie zachowanie głównego bohatera. Prawdziwy Lee nigdy nie przeklął w filmie, nie miał fizycznego zbliżenia z kobietą i trzeba było naprawdę parszywego zachowania, by zmusić go do walki. Lee-Zombie z uśmiechem tłucze taksówkarza, który był na tyle bezczelny, że poprosił o wynagrodzenie za swoją pracę, a w dodatku nie stroni od alkoholu. Dialogi bez wątpienia zostały zmienione w angielskim dubbingu, są kompletnie niezsynchronizowane z ruchami ust i niedorzeczne w swojej treści, a towarzyszą im piski imitujące charakterystyczne odgłosy wydawane przez mistrza, a także niewyobrażalnie głośne uderzenia butów o trotuar, zupełnie jakby każda z postaci kroczyła po eksplodujących fajerwerkach. Ani przez chwilę nie mamy do czynienia z obrazem tak widowiskowym, jak Chiński kaskader (w moim odczuciu najlepszy film nurtu bruceploitation) czy tak wulgarnym i brutalnym, jak Gymkata Killer, ale etykieta „tak zły, że aż dobry” pasuje tu idealnie, co dla osób, które dobrnęły aż do tego akapitu, musi być rekomendacją samą w sobie.

Bruce Lee nie wstał z grobu, już prędzej przewraca się w nim, widząc swoje dziedzictwo. Z drugiej strony był to człowiek dużego poczucia humoru, więc być może dzisiaj sam z uśmiechem na twarzy oglądałby własne, nieporadne podróbki. Porównywanie ich nie ma sensu, podobnie jak nie powinno się stawiać obok siebie Draculi i Blaculi. To alternatywne rzeczywistości, które za sprawą odmiennych środków potrafią sprawić, że na dziewięćdziesiąt minut zapomnimy o przyziemnych troskach życia doczesnego.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane