Kapitalizm, panie kolego | FILM.ORG.PL

Kapitalizm, panie kolego. O reklamach w kinie.








Jerzy Babarowski
19.11.2013


Lubię reklamy w kinach. Pozwalają się rozluźnić i przygotować mentalnie do filmu, dają czas, by się rozsiąść, rozebrać i podjeść trochę popcornu lub niezastąpionych nachosów. No i jak dużo zasłaniających film spóźnialskich głów musielibyśmy znosić, gdyby nie spoty reklamowe? Czym by był kinowy seans bez przynajmniej jednego zwiastuna najbliższej hollywoodzkiej rozwałki? Problem pojawia się, gdy oglądając kolejny trailer nagle sobie uświadamiam, że popcornu już nie ma, a woda prawie wypita.

Klient nasz pan

35 minut. Bez kitu. 35 minut. Tyle trwały reklamy przed seansem „Wyścigu”, na który poszedłem tydzień temu do warszawskiego Multikina w Złotych Tarasach. Sprawdzałem z zegarkiem w ręku. 35 minut. No chyba sobie jaja robią.

Jestem przyzwyczajony do reklam, jak my wszyscy. Traktuję je jak część wyjścia do kina, magii emanującej z sali kinowej. W pewien sposób nawet je lubię – są częścią świata, który kocham, w którym wiem, że jest moje miejsce i do którego zawsze należałem. Przyzwyczaiłem się, że trwają 15, 20, w porywach nawet 25 minut. Ale 35? To mi się chyba zdarzyło pierwszy raz w życiu.

Nie chodzi tu zresztą tylko o mnie, ale o zwykły komfort widzów. Ludzie przecież wyjścia do kina planują, często chcą gdzieś jeszcze iść po seansie, rezerwują stoliki, kupują bilety na pociągi, zapowiadają się u znajomych. I gdy nagle termin zakończenia projekcji przesuwa się o pół godziny (a niech Bóg ma w opiece tych, którzy akurat poszli na jakiś film Marvela i chcą koniecznie doczekać do sceny po napisach…) wszelkie plany szlag trafia. Z której strony by na to nie patrzeć, nie jest to właściwe podejście do klienta.

MASSENA01

Poruszony w bynajmniej nie pozytywny sposób zrobiłem mały research w internecie, aby zbadać sprawę, dowiedzieć się, czy są jakieś sposoby zmiany tego stanu rzeczy i czy coś się w tym kierunku robi. Okazało się, że owszem, robi się, ale sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, niż na początku myślałem.

Głowa w piasek

Przede wszystkim należy sobie odpowiedzieć na pytanie: czy reklamy są tak naprawdę niezbędne? Czy coś nam dają? Cóż, wydaje się, że tak – a przynajmniej dawały. W odchodzącym powoli do lamusa modelu biznesowym, w którym nowości filmowe dostępne były do obejrzenia jedynie w kinach, obecność reklam pozwalała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: dostarczała pieniędzy właścicielom kin, a widzowie mieli dzięki nim tańsze bilety.

Ten ostatni argument jest zresztą nadal główną linią obrony właścicieli kin: – Pamiętajmy, że dłuższe bloki reklamowe stanowią pośrednią korzyść również dla widzów. Ich likwidacja lub znaczące ograniczenie skutkowałoby koniecznością podniesienia cen biletów – mówił w niedawnym wywiadzie dla „Gazety Stołecznej” Mariusz Spisz, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Multikina SA.

ruse(1)

Tak, tylko że idąc tym tokiem rozumowania, wydłużenie czasu trwania reklam powinno iść w parze ze spadkiem cen biletów. A tak nie jest, a czasem mamy wręcz do czynienia z sytuacją odwrotną. Wiadomo przecież, że kino z samych wpływów z biletów się nie utrzyma, jakaś obecność reklam jest więc nieunikniona. Kwestia tylko tego, w którym momencie uczciwe podejście do klienta zastępuje zwykła chęć maksymalizacji zysków.

Oczywistym jest również, że argument Spisza miał jakąkolwiek moc oddziaływania przed nastaniem ery internetu. Fakt swobodnego (co z tego, że nielegalnego) dostępu do najświeższych nowości kinowych, które można dosłownie w kilka minut ściągnąć z torrentów, wymusza radykalną zmianę sposobu myślenia o interakcji z widzami – czego właściciele kin zdają się nie zauważać.

pisf

Problemem jest również to, że tak naprawdę nikt nie chce się przyznać do odpowiedzialności za ustalanie czasu reklamowego przed kinowymi seansami. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji owszem, reklamami się zajmuje, ale tylko w radiu i telewizji – odsyła do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. PISF również twierdzi, że w jego gestii reklamy w kinach nie leżą: – To kina decydują, jak długie są bloki reklamowe przed seansami. My nie mamy możliwości prawnych do zmiany tej sytuacji – mówi rzecznik instytutu Rafał Jankowski w wywiadzie dla „Gazety.pl”.

Z kolei po niedawnym seansie filmu „Wałęsa. Człowiek z nadziei” w ursynowskim Multikinie, który się zaczął po 45-minutowym bloku reklamowym, pracownik kina przekonywał, że za długość trwania irytujących spotów odpowiadają „wytyczne dystrybutora”. – Dystrybutor nie ma żadnego wpływu na długość bloków reklamowych w poszczególnych kinach – skomentowała wówczas sprawę Aneta Klemke z ITI Cinema, również dla „Gazety.pl”.

Wszystkie poszlaki wydają się więc wskazywać na właścicieli sieci kin jako tych „złych” – ale tego rodzaju zrzucanie winy na innych i brak woli wzięcia odpowiedzialności za swoje decyzje biznesowe na pewno nie polepsza atmosfery i nie pomaga w rozwiązywaniu problemu.

Wolna amerykanka

Czasu reklamowego w kinach nie regulują żadne akty prawne, nie zostały w tym celu powołane żadne podmioty – a właściciele i operatorzy kin dobrze o tym wiedzą. KRRiT i PISF rozkładają ręce. – Możemy jedynie apelować do właścicieli kin, aby potrafili pogodzić chęć zysku z szacunkiem dla widza – mówi Jankowski. – Nie zajmujemy się tym obszarem, ale dostrzegamy problem i podzielamy zdanie widzów, którzy skarżą się na długie bloki reklam poprzedzające seanse – dodaje dla „Gazety.pl” Katarzyna Twardowska, rzecznik KRRiT.

Obiekt_-_Multikino_Zabrze

Regulacji brakuje także za oceanem: – Powszechnie stosowaną praktyką jest natomiast wyświetlanie bloku reklamowego jeszcze przed podaną w repertuarze godziną seansu. Zwykle oznacza ona początek emisji zwiastunów – mówił „Metru” Patrick Corcoran, dyrektor ds. Mediów i Badań National Association of Theatre Owners, amerykańskiej organizacji zrzeszającej właścicieli kin.

A widzowie zaczynają się powoli buntować przeciw dyktatowi wielkich multipleksów. O problemie zbyt długich reklam mówi się coraz częściej i więcej, artykuły na ten temat pojawiają się na portalach, blogach i w prasie. W tym miesiącu widzowie z Opola zagrozili bojkotem sieci Helios z powodu jej reklamowych praktyk. Na Facebooku powstała grupa „Bojkotujemy reklamy w kinie”, która namawia do celowego spóźniania się na seanse 20 minut – ale w ten sposób można czasem przegapić początek filmu, a spóźnialscy widzowie przeszkadzają innym na sali.

50b6297b5383d_o

Ale to nie jedyne skutki braku poszanowania dla klienta. Na swoim portalu Artur Smolicki, specjalista od marketingu internetowego, zaznacza, że zbyt długie reklamy wywołują u widzów negatywne skojarzenia z reklamowanymi markami, a więc efekt odwrotny do zamierzonego: – Reklama w kinie coraz częściej powoduje zdenerwowanie, zniecierpliwienie, irytację. Odczucia te automatycznie kojarzą się z prezentowanymi spotami. W końcu to z ich powodu spędzamy na sali o wiele więcej czasu niż planowaliśmy.

W Multikinie staramy się, żeby blok reklam i zwiastunów nie przekraczał 25 minut, podobnie jak w krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych – podkreśla w rozmowie ze „Stołeczną” Spisz. Problem w tym, że tego rodzaju zapewnienia okazują się być zupełnie bez pokrycia. No bo jak niby rozumieć „staranie się”, skoro ta sprawa leży tylko i wyłącznie w gestii kierowników kin? To znaczy, że jeśli na film nie walą tłumy, to się starają, ale jak już jest jakaś dochodowa premiera, to mogą się tak nie postarać, bo uszczkną na tym więcej kasy?

Przykład seansu „Wyścigu”, na który poszedłem, pokazuje, że „Wałęsa” nie jest w tej sprawie wyjątkiem i że można się niestety spodziewać kontynuacji tego rodzaju praktyk w przypadkach co głośniejszych premier.

Patowa sytuacja

 Po dotarciu do tych raczej mało pocieszających wniosków zacząłem sobie zadawać pytanie: czy jest jakiś sposób zmiany tego stanu rzeczy?

8779356_l

Cóż, prawnicy twierdzą, że wątpliwe praktyki biznesowe właścicieli kin można potraktować jako wprowadzanie konsumentów w błąd. Powód? Prosty: kino sprzedaje nam bilet z nadrukowaną godziną seansu, a sam film rozpoczyna się kilkadziesiąt minut później. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów może potraktować coś takiego jako naruszanie dobrych obyczajów. – Pozwala to już organom zajmującym się ochroną konsumentów zakwalifikować taką działalność kin jako praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów w rozumieniu ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, a tym samym na podjęcie odpowiednich działań zmierzających do jej ograniczenia – powiedział w rozmowie z „Dziennikiem.pl” Piotr Cybula, radca prawny.

Ja osobiście nie mam złudzeń: zrobienie chryi w mediach i zaangażowanie do sprawy prawników może powstrzymać właścicieli kin jedynie na krótki okres – długofalowo nie odniesie żadnych skutków. Dla władz problem wydaje się zbyt miałki, aby zajęto się nim na poważnie, a kiniarze spokojnie przetrwają burzę czekając, aż będą mogli wyciągnąć z nas jeszcze więcej pieniędzy.

pieniadze-2

Problem jest szerszy, bo systemowy – reklamy w kinach stanowią w nim pewnego rodzaju wyrwę, której nie reguluje nic poza wolnym rynkiem. I jeśli szukać jakiegoś rozwiązania, to właśnie szeroko, w systemie, bo tylko tego rodzaju zmiana zapewni długotrwałe rezultaty. Jaka zmiana? Cóż, jak zwykle wracamy do odwiecznego dylematu na linii „rząd – własność prywatna”.

Plan walki

Co więc zrobić – może powołać państwowy podmiot, który by kwestie reklam regulował? W socjalizmie było łatwo i przyjemnie – nikt nic nie miał, więc wszyscy byli równi – i jeśli ów socjalizm miał jakąkolwiek zaletę, było nią właśnie ukrócanie tego rodzaju praktyk. Jeśli ktoś był chciwy, to mógł sobie być – w zaciszu własnego domu.

Nie wiadomo tylko, jak skutecznie by taki podmiot działał i jaką realną siłę nacisku mógłby na kiniarzy wywrzeć. Domyślam się również, że tego rodzaju instytucja byłaby polem do wszelkiego rodzaju nadużyć, korupcji, przestępstw finansowych, podatkowych… A właśnie, pamiętać też trzeba, że kasa na jego utrzymanie odciągana by była z naszych podatków – czyli moich, twoich i waszych pieniędzy.

TorrentButler

To w takim razie może lepiej zostawić kwestię tak, jak jest i poczekać, aż zweryfikuje to rynek? Powszechnie przecież wiadomo, że kina coraz bardziej kojarzą się z luksusem, na który pozwolić sobie może tylko niewielu i Polacy chodzą do nich coraz rzadziej. Więc skoro kiniarze jeszcze do tego tak skutecznie nas od nich odstraszają, to może po prostu poczekać, aż ponoszone przez nich koszty staną się niewspółmierne do dochodów i liczyć na to, że palną sobie w łby?

Tyle że nie jestem pewien, czy chce mi się czekać. Nie wiem też, czy taki moment kiedykolwiek nastąpi: ja i moi znajomi lubimy chodzić do kina na wielkie hollywoodzkie premiery – przeznaczone przecież do oglądania na dużym ekranie – i nie jestem przekonany, czy ludzie kiedykolwiek zrezygnują z przeżywania dawanych przez nie w kinie wrażeń. No ale to już kwestia indywidualnego podejścia i usposobienia. Byłby to swoją drogą ciekawy materiał na ankietę i badanie…

gilliammmm

Nie wiem, który sposób jest skuteczniejszy i czy nie ma jakichś zupełnie innych, o których nie pomyślałem. Wiem natomiast, co ja zrobię: wzorem Terry’ego Gilliama, który walkę o wypuszczenie do kin „Brazil” przekuł na grunt osobisty, ja również zdecydowałem się podejść do sprawy osobiście. Otóż postanowiłem przeszukać internet i odnaleźć nazwiska oraz wizerunki wysoko postawionych dyrektorów największych sieci kinowych w Polsce, podać je do waszej wiadomości i namówić, abyście tych ludzi zapamiętali i słali do nich maile, wydzwaniali i nękali wszelkimi możliwymi sposobami. Nawet jeśli za praktyki reklamowe w swoich sieciach nie odpowiadają bezpośrednio, to z pewnością mają władzę, aby je zmienić.

Poniżej wyniki moich poszukiwań. A ja tymczasem żegnam się z wami i do usłyszenia! :)

thumbnail.php

 

 

 

 

 

Israel Greidinger – Członek Zarządu i Dyrektor Finansowy spółki Cinema City International N.V.

 

alan-mcnair

 

 

 

 

Alan McNair – dyrektor finansowy i zastępca dyrektora generalnego spółki Vue Entertainment Group, która od października 2013 r. posiada 100% akcji sieci Multikino S.A.

 

z14203417N

 

 

 

 

 

Tomasz Jagiełło – założyciel i prezes zarządu spółki Helios S.A., od czerwca 2013 r. wchodzi w skład zarządu Agory S.A. Nadzoruje tam segment Kino oraz pion Projekty Specjalne.

 

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • Jerzy

    Raptem reklamy trwają 10 minut dłużej niż 25 minut, do których jesteś przyzwyczajony i już aferę kręcisz…..

    • Jerzy Babarowski

      No jasne. Niedługo będą trwać raptem 15 minut dłużej, potem 20 minut dłużej… po co się denerwować, po co zgłaszać problem :) Lepiej bulić za 45 minut komercyjnego gówna :)

      I nie chodzi o mnie, ale o ogólne zjawisko, coraz wyraźniejsze w największych multipleksach. O którym trzeba pisać i z którym trzeba walczyć.

  • Ostatnio byłem na „Grze Endera” w warszawskim Atlanticu. Nie dość, że bilet kosztował 25 zł (a nie jak mi się zdarzyło ostatnio zapłacić w Multikinie na innym filmie – 35 zł), to jeszcze nie było reklam.

    I gdzie niby ten związek ceny z długością reklam?

    Dla mnie i te 25 minut to jest za dużo. Jedną, dwie reklamy wytrzymam. Ale więcej? Sorry – za wyjście do kina w 2 osoby daję jakieś 100 zł, bo oprócz biletów do kina kupuję też coś do przegryzienia, na czym kino ma marże idące pewnie w tysiące procent. I za to mam pół godziny oglądać reklamy?

  • steppenwolf1982

    to jeszcze podaj numery telefonów i maile do tych panów, bo niby jak mamy ich nękać?

    • Jerzy Babarowski

      Nie mogłem znaleźć. Ale dla chcącego nic trudnego, wierzę w was :)

  • uppersilesian

    Po to idę do kina aby zobaczyć film. Ewentualnie zwiastuny, które akurat lubię. Celowo spóźniam się około 20minut i zazwyczaj wchodzę akurat na trailer. Większość widzów już wcięła popkorn i wychłeptała kolę. Więc to już dwie zalety takiej praktyki. Reklamy są wszędzie, mam je także w filmie właściwym więc mi wystarczy. A jeśli chodzi o tańsze bilety, to mam inny pomysł. Wypłaty podnieście to wtedy mogę płaić więcej za film.
    Namolną i wkurzającą praktykę zauważyłem na „Grawitacji”, nie dość że reklamy trwały długo to jeszcze były wyświetlana w 3D. To jest dopiero jazda:)

  • Mefisto

    Sorry, ale wstęp do tego artykułu, a następnie cała jego reszta jest szczytem hipokryzmu. Najpierw stwierdzasz, że lubisz reklamy, bo „pozwalają się rozluźnić i przygotować mentalnie do filmu, dają czas by się rozsiąść, rozebrać i podjeść trochę popcornu lub niezastąpionych nachosów.”, a następnie narzekasz, że jest ich coraz więcej. Abstrahując już od tego, jak niby oczojebne, często zbyt głośne i mega durne spoty mają przygotować mentalnie do filmu (co ja paczę po prostu!), to sorry, ale wpierdalać nachosy możesz w domu, a rozbieranie chyba nie zajmuje Ci pół dnia?
    Owszem, problem poruszyłeś fajny, ale w taki głupi sposób, że po prostu nie da się tego nie zauważyć. Bo to właśnie przez reklamy znosimy coraz więcej spóźnialskich głów, gdyż ludzie zostali do podobnych praktyk przyzwyczajeni, więc zamiast wybrać się do kina na daną godzinę często świadomie się spóźniają, bo „przecież jeszcze reklamy będą”. Pamiętam, że jeszcze w latach 90 ich prawie w ogóle nie było – jeden, dwa zwiastuny plus może jakiś okazjonalny dodatek (lub promocja jakiejś firmy, która w taki czy inny sposób związana jest z daną produkcją). I co? I jakoś się kurwa dało – i nie spóźniać notorycznie (szczególnie, że kiedyś po prostu nie wpuszczano do sali na 10 minut po rozpoczęciu się filmu), i nie zgłupieć od idiotycznych reklam kolejnego banku. Nie wiem na ile jest prawdą, iż reklamy przyczyniają się do tańszych biletów, ale podejrzewam, że to bajka, bo te jedynie ciągle idą w górę. Tak czy siak, gdyby nie akceptacja tego zjawiska przez widzów, jak i podobne, „błyskotliwe” spostrzeżenia, co we wstępie tego artykułu, to sytuacja na pewno miała by się nieco inaczej. Zresztą końcowy apel też mnie rozbawił, bo napisany jest z taką powagą, jakby autor nie wiedział, co to spam i kierownictwo ds public relations :) Zresztą nawet, gdyby te parę wymienionych osób faktycznie zostało zalanych nieuprzejmymi mailami, to co by się zmieniło? Takie rzeczy trzeba wystosowywać do rządowych instytucji, bo to one – choć na dzień dzisiejszy rozkładają ręce – są w stanie zmienić coś za pomocą forsowania kolejnych ustaw i innych dupereli prawnych. Ale do tego potrzeba pospolitego ruszenia, które w III RP jest mniej więcej taką fatamorganą, jak zimniok wśród łotewskich chłopów :) No chyba, żeby te reklamy jakoś z Krzyżem powiązać – wtedy może coś by ruszyło. A tymczasem może lepiej wystarczy po prostu nie spóźniać się do tych kin, nie kupować na potęgę żarcia, co zmusza do stania w kolejeczkach do baru, a jak się coś nie podoba, to zadręczać bezpośrednio obsługę danego kina, a nie właścicieli całych korporacji.

    • Jerzy Babarowski

      Ech, Mefi, Mefi :)
      Jeśli dobrze zrozumiałem to próbujesz powiedzieć, że reklamy w kinie są w ogóle niepotrzebne, bo kiedyś ich przecież nie było (ja zupełnie tych czasów nie pamiętam, a jeśli już coś to jak przez mgłę) i to de facto my, widzowie, dajemy na nie przyzwolenie akceptując ten stan rzeczy. Tak?
      No więc jest to bzdura, którą nie wiem z jakiego odbytu żeś wyciągnął. Po pierwsze, najpierw piszesz, że przez reklamy ludzie się spóźniają na filmy, żeby ich nie oglądać, a potem, że dają na nie przyzwolenie. W jaki niby sposób dają to przyzwolenie specjalnie się na nie spóźniając? Toż to właśnie taka postawa powinna budzić Twój podziw :) Po drugie, nawet gdyby to przyzwolenie dawali to nie za bardzo rozumiem na czym by miało polegać i jaki by miał być jego wpływ na obecność/brak obecności reklam w kinach. Reklamy się pojawiły dlatego, że okazały się rentowne – gdyby nie były to by ich nie puszczali. Jedyne, co widzowie mogą z tym zrobić to ich nie oglądać i się spóźniać właśnie więc znowu nie czaję czemu tej postawy nie chwalisz.

      Po trzecie, wstęp napisałem ze SWOJEJ – rozumiesz? – SWOJEJ perspektywy. MNIE reklamy relaksują. Nie wiem, jak mają inni, o sobie mówię. Tylko, że relaksują do pewnego momentu – o czym też napisałem na końcu tego wstępu, czego już nie byłeś łaskaw zauważyć. Lubię też w kinie wpierdalać nachosy i popcorn – i co mi zrobisz? :)
      Po czwarte, wydajesz się sugerować, że swoim tekstem daję na te reklamy przyzwolenie – sorry, ale robisz z siebie w tym momencie debila, którym nie jesteś, więc pozostaje mi domniemywać, że ktoś Ci za to płaci :) :) :)
      Po piąte, co do nękania mailami biznesowych szych – oglądałeś kiedyś „Yes-Meni naprawiają świat”? Od czegoś trzeba zacząć :) Jestem zwolennikiem usuwania problemu u źródła, a nie jego symptomów – a tym właśnie wydaje mi się uchwalanie ustaw, które by ukróciły tego rodzaju praktyki. Ale pewien tego nie jestem, o czym TEŻ W TEKŚCIE NAPISAŁEM, przedstawiając obydwa podejścia ze sobą na równi, czego też najwyraźniej nie byłeś łaskaw doczytać -.-
      Po szóste – nie rozumiem co ma niby dać zadręczanie obsługi kina, skoro składa się ona z ludzi w moim wieku lub młodszych, którzy na nic nie mają wpływu i za nic tam nie odpowiadają.

      Po siódme – serio nie wiem o co Ci chodzi z tym, że daję na coś przyzwolenie albo że ten artykuł jest głupi albo mądry. To raczej streszczenie problemu niż wyrażenie jakiejś mojej konkretnej opinii więc wtf?

      A, i po ósme – ja osobiście mimo, że zawsze kupuję na film żarcie/picie to na seans prawie nigdy się nie spóźniam i grzecznie oglądam wszystkie reklamy od początku do końca :)

      • Mefisto

        Po pierwsze, to przestań traktować mnie potakiwaniem główki, skoro sam napisałeś bzdurę. Bo generalnie Twój artykuł można skondensować do prostej analogii: lubię lody, ale są za zimne, więc błagam was, atakujcie w tej sprawie Grycana i innych, bo tak być nie może! Facepalm po prostu.
        Poza tym nie zrozumiałeś ani słowa z tego, co napisałem. Ludzie nie dają przyzwolenia na reklamy spóźniając się na nie – ludzie spóźniają się właśnie przez ich obecność. Są przekonani, że przed seansem jest wuchta reklam, więc się spóźniają, bo wiedzą, że nic nie przegapią. Ergo gdyby nie bloki reklamowe, nie było by takiej „mody” na późne przychodzenie na seans. Przyzwolenie społeczeństwo natomiast daje przez brak jakiegokolwiek głosu. Nikt nie protestuje, nikt nie stosuje żadnych petycji, etc. Więc skoro już zabierasz głos w tej sprawie i zaczynasz od stwierdzenia, że „lubisz reklamy”, to sorry – trudno to brać na poważnie, zwłaszcza z punktu widzenia danego dystrybutora, w których tak chcesz ugodzić. I nie ważne, że to jedynie Twoja perspektywa – widząc coś takiego już na wstępie stajesz się mało wiarygodny.
        A co do obsługi – płacisz za daną usługę, więc możesz być z niej niezadowolony. Pani w kasie raczej nic z tym nie zrobi, ale każde kino ma swoje kierownictwo, do którego bezpośrednio możesz się udać i przedstawić swój problem (w tym wypadku zbyt długa ilość reklam), żądając na przykład zwrotu pieniędzy (bo przecież zapłaciłeś za film, nie za reklamy). Jako konsumentowi przysługują ci pewne prawa, które oni muszą uszanować. I teraz wyobraź sobie kilkanaście takich sytuacji dziennie i setki w ciągu miesiąca. Myślę, że wtedy na pewno by się coś zmieniło – może nie od razu i nie diametralnie, ale włodarze nie mogliby pozostać głusi na taką sytuację, w przeciwieństwie do tych kilku maili zalegających im w skrzynce od bliżej niezidentyfikowanych użytkowników internetu.

        P.S. A za wpierdalanie popcornu i nachosów w kinie powinno grozić więzienie. Z kolei delikwenci, którzy to robią powinni sie cieszyć, iż w Polsce nie ma pozwolenia na broń, bo już dawno bym upierdolił 44-ką niejednego łakomczucha :)

        • Jerzy Babarowski

          Twoje socjopatyczne skłonności są co najmniej niepokojące. Wolę aż nie myśleć co robisz jak komuś w kinie dzwoni telefon albo co gorsza ktoś ten telefon odbierze :)

          Traktuję Cię tak, a nie inaczej bo Twoje argumenty wynikają z interpretacji tekstu, a nie z tego, co ja naprawdę myślę. No co Ci poradzę na to, że Ci się wydaje mało wiarygodny – trudno mi wymyślić co bym musiał jeszcze tam napisać, żeby bardziej pokazać, że reklamy w kinach nie są fajne. Wstęp wynika z prostego faktu, że reklamy były, są i będą i nigdy się ich nie usunie w zupełności, można je co najwyżej ograniczyć. Ważne, żeby czas ich trwania zawierał się w granicach dobrego smaku. Więc skoro nie da się pozbyć całkowicie to równie dobrze można je przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza.
          I ten tekst właśnie jest formą protestu, naprawdę tego nie widzisz? :)
          A co do skarg do kierowników kina – jak najbardziej, popieram, chociaż oni też żadnej mocy sprawczej raczej nie mają. Tylko z Twojej poprzedniej wypowiedzi wynikało, że masz na myśli raczej szeregowych kasjerów i sprzątaczy :)

          • Mefisto

            Jeśli ktoś odbiera telefon w kinie nie nadaje się, by wpuszczać go między ludzi i tyle w temacie (a jeśli ktoś MUSI odebrać, to może sobie w każdej chwili wyjść na zewnątrz i tam pogadać, a sygnał mieć przyciszony) :)
            A moja interpretacja tekstu wynika z jego formy – gdybyś napisał wprost, że reklamy są be, ale je akceptujesz, to nie byłoby sprawy. Zamiast tego napisałeś, że lubisz reklamy, ale… nie są fajne :)

          • Jerzy Babarowski

            Nie, napisałem, że je lubię w rozsądnych dawkach, skoro i tak się nie da ich pozbyć. Kwestia czytania ze zrozumieniem :P

        • Kaczor

          Ostatnio miałem sytuację że kino „na złość” puściło tylko jedną reklamę. Przez kolejne 20 minut co chwilę ekran przesłaniali spóźnialscy…

    • Leszy

      Niech Bóg broni przed mieszaniem się do tego instytucji rządowych. Nie widzisz jak wygląda TV, regulowana właśnie przez państwową instytucję? Pewnie też nie pamiętasz jak wyglądały państwowe kina za komuny, to popytaj rodziców. Jedynym skutecznym i uczciwym sposobem jest oddolna walka portfelem. Należy propagować informację, które kina stosują takie praktyki i chodzić do innych.

      • Mefisto

        Wyglądały lepiej za komuny, jak teraz, czego najwyraźniej sam nie pamiętasz. Tylko, że wtedy z urzędu była na to kasa państwowa, nie było wielu innych rozrywek, a o multipleksach to mało kto i w Stanach jeszcze słyszał. A walka portfelem jest mało efektywna, bo olewając jedno kino kosztem drugiego skończy się jedynie na tym, że sami nie obejrzymy jakiegoś filmu.

        • Leszy

          Lepiej? Filmy wchodziły kilka lat po światowej premierze. I to w takiej ilości, że czasem jeden tytuł grali dwa lata. A z wyglądem kin to chyba sobie jaja robisz. Jedynie duże reprezentacyjne kina w dużych miastach miały jako taki poziom. Nie ma co się wdawać w szczegóły, ale rozwiązania państwowe zarówno jeśli chodzi o kasę jak i regulację, zawsze są gorsze. Z definicji.

          • Mefisto

            Filmy wchodziły kilka lat po ze względów ustrojowo-cenzuralnych, a nie ze względów takich prostych regulacji, jak tutaj poruszonych. A co do kin, to oczywiście, że miałem na myśli duże miasta, a nie jakieś wsie, gdzie pewnie i dziś nie jest różowo. Tak czy siak, to nie za komuny, a za demokracji padły takie legendy, jak Palladium, Relax, czy w końcu jedyna w swoim rodzaju Moskwa (a następnie także multipleks, który powstał w tym samym miejscu).

  • Unknown

    A czy komuś zdarzyło się przed seansem obejrzeć nie zwiastuny innych filmów… a reklamy, takie jak w telewizji? W zeszłym roku w Multikinie na 30 min reklam puścili mi przed seansem tylko 2 zwiastuny, a reszta to reklamy proszków do prania, sieci komórkowych czy jakiegoś napoju energetyzującego.

    • Jerzy Babarowski

      Nie raz… :)

  • Boguś Linda

    W Multikinie byłem ostatni raz kilka lat temu i szczerze mówiąc nie pamiętam ile trwały reklamy, zazwyczaj chodzę do Cinema City, a ostatnio coraz częściej do Heliosa i reklamy raczej nie przekraczają 15 minut.

  • krysiron

    Autor tekstu chodzi do kina w Warszawie, więc ma olbrzymi wybór kin. Wystarczy udac się do kina studyjnego i olać multipleksy. Jak można mówic, że reklamy i popcorn to część składowa udanego seansu w kinie? Okropne.

    • Jerzy Babarowski

      Dla mnie jest częścią składową – nic na to nie poradzę :)
      A do kin studyjnych chadzam, ale na holllywoodzkie premiery idę do multipleksów, tak – oglądając takie „Rush” jakoś nie mogę się obejść bez wielkiego ekranu i lepszej jakości obrazu.

      • krysiron

        Ja bym wybrał Feminę albo Atlantic. Taniej, mniej reklam, a komfort właściwie ten sam.

        • Jerzy Babarowski

          No z Feminą bym się nie niekoniecznie zgodził… Atlantica czasem odwiedzam, ale pod tym względem najczęściej mnie goszczącym kinem jest Kinoteka :)

          • krysiron

            Nie wymieniłem Kinoteki, bo mówiłeś, że nie lubisz małych ekranów, a to jedna z wad Kinoteki, którą cenią za repertuar. Zresztą oglądaj gdzie chcesz:)

  • Qba_23

    Równie dobrze można było napisać nieszczędzący w słowa artykuł na temat wad seansów 3D, które windują ceny biletów od 2009 roku. Na końcu zaś zamieścić zdjęcie i nazwisko Jamesa Camerona z dopiskiem „reżyser filmowy” i informacją „to wszystko przez tego gościa”. Słowem: rozmawiać o minusach seansów filmowych można, ale próbować je zlikwidować za pomocą samego słowa, zakładania profilów, portali, bojkotów etc. to walka z wiatrakami.

    • Jerzy Babarowski

      Czyli lepiej nic nie robić? Nie mówić o problemie i liczyć na to, że sam sobie pójdzie? Sorry, ale wolę przynajmniej zrobić coś w tym kierunku i zawieść niż nie zrobić nic.

      Przykład z 3D całkiem dobry, ale po pierwsze James Cameron nie jest wcale odpowiedzialny za to, że większość amerykańskich superprodukcji kręci się w/konwertuje się do 3D (przeciwnie, powiedział, że jest przeciwny tego rodzaju praktykom i że jest to klasyczny przykład Hollywood robiącego coś źle), a po drugie odpowiedzialni za to są producenci i właściciele studiów.
      I tak, w tym wypadku również sprawiłoby mi przyjemność pospolite ruszenie widzów by ich zaatakowali (bo nic mi nie sprawia takiej przyjemności jak krawaciarze w opałach), ale raz, że 3D wcale nie jest rzeczą jednoznacznie złą (widziałeś Gravity?), a dwa, że sądzę, że nie musimy tego robić – ludzie mają już dość trójwymiaru, a hollywoodzcy producenci niedługo to odczują na własnej skórze :)

      • Qba_23

        „To w takim razie może lepiej zostawić tę kwestię tak jak jest i poczekać aż zweryfikuje to rynek….”-sam rozważałeś, czy aby nie lepiej przeczekać i przemilczeć poruszany przez siebie temat. W komentarzu napisałem „rozmawiać o minusach seansów filmowych można”. Więc o co kaman? Ale chyba nie liczysz, że tego typu teksty coś na serio zmienią? Będziemy gadać, komentować ok. Ale zwróć uwagę, że żaden z uczestników dyskusji nie jest pracownikiem, prezesem kina, filmowcem etc. To jednostronna polemika, z której punktem wyjściowym czyli „reklamy przed filmami są za długie” i tak wszyscy się zgadamy. To sztuka dla sztuki. Ludzie po lekturze tego tekstu i dyskusji nie będą przykuwać się łańcuchem do kas kinowych na znak protestu, nie będą bojkotować seansów, nie będą robili petycji. Propozycja spamowania skrzynek jegomościów podanych przez ciebie na końcu jest co najmniej śmieszna.

        Co mówi Cameron, a co robi Hollywood to dwie inne rzeczy. Avatar zarobił swoje rekordowe miliardy. Głównym magnesem było 3D. A skoro jeden film mógł odnieść taki sukces, to na zasadzie mody zaczęto kręcić, czy bardziej konwertować na szybko inne widowiska (i nie tylko) na trzy wymiary. Jednym z pierwszych takich przypadków było „Starcie tytanów” z premierą późniejszą od Avatara o zaledwie kilka miesięcy. Casus Avatara trwa do dziś. W Polsce (nie wszyscy mamy taki wybór jak w Warszawie) czasem nie ma nawet możliwości oglądać danego filmu w 2D a jedynie w 3D. Często seanse 2D odbywają się do godz. 14:00 a potem, kiedy większość ludzi ma czas na kino, już tylko seanse trójwymiarowe. Takich filmów, gdzie 3D się sprawdza jest jak na lekarstwo. „Grawitacja” (istnieje polski banalny tytuł) jest wyjątkiem, ale też bez większej przesady. Ta tendencja będzie trwała bo co roku wychodzi x superprodukcji, gdzie na siłę można wcisnąć tych kilka „odstających efektów” (polskie napisy, 2-min. napisy końcowe, opadający śnieg/pył). Ludzie i tak przyjdą, i tak kupią bilet. Bo chodzenie na tego typu filmy to norma. Zresztą kto nie pójdzie na sequele Avengersów, Avatara, Piratów, Transformersów itd.? A że nie będzie wyboru i pozostanie tylko seans 3D-trudno, zapłacę.

        • Jerzy Babarowski

          No moich akurat pieniędzy producenci tych dwóch ostatnich sequeli na pewno nie zobaczą :)

          Wiadomo, że dwie różne rzeczy, ale napisałeś, że powinienem obwiniać Camerona – a to nie jego wina, że przetarł szlak, który potem Hollywood postanowiło wydoić do oporu. Jednak wydaje mi się – nawet czytałem o tym artykuł jakiś czas temu, ale teraz nie chce mi się go szukać – że ludzie powoli zaczynają mieć dość 3D i będą zwyczajnie wybierać albo dwa wymiary (pamiętaj, że dla producentów bardzo liczą się wpływy z USA, gdzie wybór prawie zawsze jest; co ich obchodzi Polska :)) albo nie będą na takie filmy chodzić w ogóle. To już się dzieje i mam nadzieję, że się będzie tylko pogłębiać. 3D już parę razy w historii kina miało podbić świat i za każdym razem nic z tego nie wychodziło.
          No, i pamiętajmy, że są te wyjątki (Gravity właśnie, „Jaskinia zapomnianych snów” Herzoga, filmy Pixara, ostatnie „Transformersy” Baya…), które dają trójwymiarowi dobre imię.

          Może i końcowa propozycja jest śmieszna, ale przynajmniej prowokuje do dyskusji (i nie, nie napisałem jej tylko po to by sprowokować). Jak mówię – napisanie takiego tekstu nic mnie nie kosztuje, a na pewno przeczyta go sporo osób, które nie miały o tym wszystkim wcześniej pojęcia i może zaczną się teraz nad tym zastanawiać. A może nawet jedna osoba jakąś petycję zrobi :)

          Lepsze to, niż nic.

          • Qba_23

            Ludzie mają dość 3D praktycznie od początku tej mody. Poszli z ciekawości na jeden, dwa lub kilka filmów i się rozczarowali. Ja miałem dość już w 2009, po Avatarze, Ice Age 3 i Opowieści wigilijnej. Podobnie moja rodzina i znajomi. Problem w tym, że Hollywood myśli interesem własnym, nie widza. 3D to spory bonus do kasy. Niejedna produkcja z ostatnich 4 lat przekroczyła 1 mld dolarów wpływów w box officie dzięki seansom „w okularach”. W dodatku to nie musi być film nowy, wystarczy przerobić takiego Króla Lwa, Titanica czy Star Wars i interes się kręci. Nie zabija się kury znoszącej złote jajka. Stąd naprawdę wątpię czy studia filmowe zrezygnują/zredukują seanse 3D. A widz? I tak pójdzie. Zostanie postawiony przed faktem dokonanym: potencjalne hity będą puszczane albo tylko w 3D, albo w godzinach popołudniowych i wieczornych. Jak się komuś normalna cena nie podoba to ma alternatywę : wszelkiej maści maratony, promocje. Np czwartki z Kinder Bueno za 10 zł. W 2011 r. Piratów 4 i to w 3D można było zobaczyć za symboliczne 15 zł. Kino, jak kasyno: zawsze wygrywa z widzem. Jedynym zagrożeniem na chwilę obecną jest w zasadzie tylko piractwo. Ale znowu lepiej filmy z a x mln dolarów oglądać na dużym ekranie, w weekend w gronie przyjaciół.

            PS. Ta sytuacja nasuwa mi skojarzenie z inną coraz pospolitszą praktyką, ale w polskich kinach: dubbing filmów nieanimowanych. Polacy tego nie chcą, szczerze odradzają, traktują alergicznie. Za zdubbingowanie takiego Hobbita gotowi byli zabić. A co robią polscy dystrybutorzy: mają opinię widzów gdzieś. Dubbing to okazja do zarobku dla aktorów. Podążają za zachodnią modą, która dawno nas omijała a w takich Niemczech, Francji, czy Czechach była już normą. Kolejne hity Disneya i Marvela na bank będą z dubbingiem. Czyli znowu: stawianie widza przed faktem dokonanym.

            PPS: Miło, że na stronie kmf można kulturalnie i na poziomie porozmawiać z twórcami artykułów/ analiz i recenzji. Pozdrowienia dla całej redakcji. Tak dalej.

          • Jerzy Babarowski

            Dzięki za miłe słowa :)

            Co do 3D to oczywiście zgoda – ja mam po prostu nadzieję, że ludzie jednak na te seanse przestaną chodzić i zaczną dane filmy oglądać w 2D. A akurat przeciwko reedycjom klasyków nic nie mam – nigdy nie miałem okazji obejrzeć takiego „Titanica” w kinie, a muszę przyznać, że konwersja do 3D wypadła w jego przypadku absolutnie niesamowicie. I bardzo się cieszę, że na ten seans poszedłem. Ze Star Warsami było ponoć gorzej… :)

            Dubbing to też masakra, no ale tutaj jednak zawsze będzie wybór. Sprzeciw widzów jest zbyt silny – chociaż samo zjawisko niestety niepokojące, to prawda :(

  • Kaczor

    Dlatego tak czasem lubię moje jednosalowe, lokalne (ale cyfrowe) kino. Przed wspomnianym wyścigiem było ZERO reklam :)

  • Ubik

    Drogi Autorze, do your research. Sieci kinowe nie sprzedają bezpośrednio czasu ekranowego w kinach. Zajmują się tym wyspecjalizowani brokerzy, którzy oprócz reklamy on-screen oferują również działalność reklamową off-screen (samplingi produktów, reklama w toaletach kinowych, branding sal kinowych itp.). W Polsce funkcjonują trzy podmioty, zajmujące się reklamą kinową – New Age Media (powiązane z sieciami Cinema City oraz Helios), Multikino Media (Multikino i Silver Screen) oraz KinAds (kina studyjne i Kinoteka).

    Odnosząc się do Twojej wypowiedzi, że może warto „po prostu poczekać aż ponoszone przez Kiniarzy koszty staną się niewspółmierne do dochodów i liczyć na to, że palną się w łby?”. Nic na to nie wskazuje. Reklama kinowa (bardzo mała nisza całego mediowego rynku reklamowego) przez wiele lat traktowana było jako dobro ekskluzywne, głownie ze względu na jej koszty oraz wizerunkowy charakter kina jako medium. Toteż, niewielu reklamodawców mogło sobie pozwolić na taki wydatek. Natomiast w ostatnich latach kino stało się relatywnie tanie „reklamowo”, na skutek cyfryzacji kin – reklamodawcy nie ponoszą już wielkich kosztów technicznych związanych z produkcją kopii reklamowych. Wcześniej, produkcja jednej fizycznej kopii (szpuli z materiałem reklamowym) wynosiła ok. 35 zł. Do tego należało doliczyć koszt przesłania każdej kopii do kina. Żmudny, czasochłonny i drogi proces. Dodam, że przeciętna ogólnopolska, miesięczna kampania kinowa jest emitowana w ok. 400-500 ekranach. Teraz, dzięki cyfryzacji reklamodawca potrzebuje tylko jednego transferu i przekonwertowania kopii na właściwy format, który następnie jest rozsyłany „wirtualnie” przez serwery FTP do całej sieci kin. Koszt takiej usługi to maksymalnie 5000 zł. Niski koszt produkcji, lepsza jakość dźwięku i obrazu, natychmiastowa dystrybucja materiałów, duża elastyczność planowania kampanii (doboru miast, repertuaru) – same korzyści dla reklamodawców.

    W kwestii rozwiązań („planu walki”), jakiekolwiek powoływanie zewnętrznych podmiotów mija się z celem, ze względu na znikomą siłę lobbystyczną takiej jednostki. Tylko i wyłącznie regulacje na poziomie rządowych instytucji (UOKIK) mogą przynieść oczekiwany skutek. Na chwilę obecną prawo nie reguluje długości reklam emitowanych przed filmowym seansem,tak jak ma to miejsce w przypadku radia czy telewizji (12 minut na godzinę dla tych mediów). Oczywiscie, w przypadku kina byłoby to nieco bardziej skomplikowane ze względu na obecność zwiastunów (które są de facto reklamami emitowanymi przez dystrybutorów filmowych) oraz „klasycznych” reklam. Dystrybutorzy filmowi ściśle współpracuje z sieciami kin – Ci pierwsi chcą wypchnąć jak najwięcej swoich produkcji na ekrany, którymi dysponuje druga strona.

    @Ceny biletów – owszem, są za drogie, ale zarówno Multikino jak i Cinema City maą sporo atrakcyjnych promocji dla widzów (Tanie Środy w CC, Środy z Orange w Multikino, Kinder Bueno…), dzięki którym cena biletu jest na poziomie jak najbardziej akceptowalnym. Co ciekawe, to właśnie środy są dniem z najwyższą frekwencją kinową w Polsce, a nie dni weekendowe.

    Składniki ceny biletu do kina – http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,10148648,Ile_kosztuje_bilet_do_kina_na_film_3D_i_dlaczego_tak.html

    • Jerzy Babarowski

      Pierwszy akapit – no dobrze, fajnie, ale jakie to ma znaczenie w świetle tego, co napisałem?

      Drugi akapit – bardzo ciekawe. Mówiąc o niewspółmiernych kosztach nie chodziło mi o wysokie wydatki, których wymaga produkcja reklam, ale raczej fakt, że w erze internetu ludzie ściągają filmy z neta i oglądają z domu i nie chce im się chodzić do kin. Choć wczoraj kolega mnie uświadomił, że kina w Polsce mają się raczej dobrze i nic nie zapowiada, żeby miało do nich chodzić mniej widzów… :(

      Trzeci akapit – nie wiem, czy się zgodzę. Jak mówię, kwestia sposobów walki z reklamami jest otwarta, ale ciężko mi uwierzyć, że UOKiK będzie mógł coś tu na dłuższą metę zmienić. Tak jak pisałem – zrobi się aferę, potrwa to jakiś czas, po czym wszystko wróci do normy.

      Czwarty akapit – W zalinkowanym przez Ciebie artykule jest ankieta dot. opinii nt. cen biletów kinowych w Polsce. Jak zagłosujesz to zobaczysz, co ludzie myślą o Twoich promocjach i tanich środach :)

      • Ubik

        PIerwszy akapit – To ile reklam puszczanych jest przed każdym seansem nie zależy od kiniarzy (właścicieli kin), ale właśnie od brokerów (New Age Media, Multikino, KinAds). W ich gestii leży układanie bloku reklamowego przed filmem. Sprzedając coraz taniej „czas ekranowy”, zachęcają więcej reklamodawców do obecności reklamowej w kinie. I na to nie mamy, jako społeczeństwo, żadnego wpływu.

        Frekwencja kinowa – od trzech lat utrzymuje się na stałym poziomie, rocznie sprzedaje się ok. 38-39 milionów biletów kinowych w Polsce. Każde kino raportuje frekwencję do zewnętrznego podmiotu – Box Office (www.boxoffice.pl), który te dane agreguje. Szacuje się, że 2013 pod względem frekwencji będzie dla kin nieco słabszy niż dwa poprzednie lata (brak mocnych jesiennych premier; w zeszłym roku Skyfall oraz Zmierzch). Na tle europejskim Polska prezentuje się mizernie z frekwencją per capita ok. 1, podczas gdy np. Francja 3,1, UK 2,8, Niemcy 1,8 (średnia dla UE: 2). Bogatsze społeczeństwo = droższe bilety, kino wcale nie jest tanią rozrywką w Europie Zachodniej, ale zapewne relatywnie tańszą dla przeciętnego Europejczyka, aniżeli dla polskiego Kowalskiego. Ciężko więc określić, w jakim tempie frekwencja kinowa w Polsce będzie rosła, czy może już osiągnęła pewien poziom nasycenia? Rocznie powstaje przynajmniej kilka nowych multipleksów w Polsce, likwidacji podlegają praktycznie tylko kina jedno lub dwusalowe. I ta ekspansja kin nie dotyczy tylko mniejszych miast (>400k mieszk), gdzie faktycznie jest na taką rozrywkę popyt. W 2014 Cinema City planuje otwarcie dwóch nowych placówek: na Wilanowie i na Białołęce. Ergo, „hajs się musi zgadzać”.

        Ceny biletów – podkreślę raz jeszcze, że zgadzam się z tym, że bilety kinowe są za drogie. Ale jeżeli dla kogoś faktycznie stanowi to zbyt dużą barierę, to kina wychodzą do nich z tańszą ofertą. Ja osobiście ograniczam swoje wizyty w kinie w trakcie weekendów, gdzie większość multipleksów w Warszawie jest zapchana po brzegi, a bilety są wówczas najdroższe.

        • Jerzy Babarowski

          Ach, rozumiem. Bardzo ciekawe, co piszesz :) No tylko jedno pytanie: domyślam się, że ci brokerzy, nawet jeśli działają niezależnie, muszą ściśle współpracować z sieciami kinowymi, których infrastrukturę udostępniają reklamodawcom, prawda? Bardzo ściśle. No bo zdrowy rozsądek mówi, że to sieć kinowa powinna dawać brokerom wytyczne – jakie to mają być reklamy, jakiej długości i, wreszcie, ile czasu przed filmem mają trwać. Innymi słowy, nie rozumiem za bardzo w jaki sposób obecność niezależnych brokerów zwalnia same sieci od odpowiedzialności za czas reklamowy w kinach. Możesz wyjaśnić? :)

          Rozumiem, czyli pod względem frekwencji wcale nie jest u nas tak różowo. Tym niemniej, skoro utrzymuje się ona na stałym poziomie, to raczej nie ma co liczyć na zmuszenie właścicieli do zmiany polityki…

          No, a co do cen – widzisz, nie każdy ma czas chodzić do kina poza weekendami i nie każdy ma czas, głowę i ochotę użerać się z promocjami, których warunki co chwila się zmieniają i którym trzeba się podporządkować (np. przychodzić w określone dni na określone godziny…). To nie jest rozwiązanie długofalowe.

  • GROSZ-ek

    Jejciuniu, recepta na problem jest tak prosta, że aż nie do uwierzenia. Po zakończeniu seansu zbyt dużo ilością reklam, należy pójść do kasy i złożyć reklamację na piśmie. Reklamacja zostanie odrzucona, ale sprawę kierujemy do sądu cywilnego ze skargą na nienależycie wykonaną usługę, gdyż seans filmu zaczął się w innym czasie niż to jest podane na bilecie. Sąd raczej nie będzie miał problemu z zasądzeniem reklamacji na naszą korzyść, tak więc kino – zamiast zwrócić 30 zł – zapłaci 1030 zł. Kilkanaście takich spraw i kina same zaczną dokładnie pilnować tych reklam.

    • Wirus

      Kino się obroni bez problemu gdyż na bilecie jest napisane „SEANS” a nie film. W skład seansu wchodzą również reklamy. Ja już od 3lat stosuje regularna praktykę. Przy kupowaniu biletów pytam ile trwa blok reklamowy a przy kupowaniu przez internet dzwonie z takim pytaniem i zawsze proszę o podanie imienia i nazwiska rozmówcy (dzięki temu zawsze dokładnie sprawdzą). W ten sposób przychodzę sobie na salę spokojnie na 5 min przed rozpoczęciem filmu. Myślę że to jest najlepsze wyjście z sytuacji aby jak najszerzej uświadamiać ludzi aby po prostu nie przychodzili na reklamy.
      Autor artykułu widać kompletnie nie zna realiów uważając takich ludzi za „spóźnialskich” a myślę, że 80-90% z nich to są właśnie takie osoby jak ja, które po prostu bloki reklamowe olewają i przychodzą od razu na film.

      • Jerzy Babarowski

        To, że nie przychodzisz na reklamy świadomie nie oznacza, że nie jesteś spóźnialskim. Zapewniam Cię, że dla innych na sali – zwłaszcza tych za Tobą – jesteś bardzo spóźnialski :) I jeśli naprawdę uważasz, że 80-90% ludzi nie przychodzi na reklamy wcześniej dzwoniąc i pytając się, ile one trwają to jesteś bardzo naiwny. Tak, zapewne większość z tych osób nie chodzi na nie z premedytacją, ale na zasadzie „no ale czekajcie, jeszcze jest 20 minut reklam”.

        I w jaki sposób nie przychodzenie na reklamy uświadamia ludzi, by robili to samo? Dla innych na sali jesteś po prostu spóźnialskim, w dodatku irytującym, bo zasłania łbem ekran i się przeciska między rzędami na swoje miejsce :)

    • Jerzy Babarowski

      Tak jak napisał następca – kupując bilet akceptujesz regulamin, a w regulaminie stoi, że wydrukowana na bilecie godzina to moment rozpoczęcia bloku reklam/zwiastunów, a nie samego filmu (co prawda nie sprawdzałem tego, ale nie wyobrażam sobie by było inaczej). Sąd więc tutaj nic nie wskóra – można natomiast skierować skargę do UOKiKu (o czym jest w tekście), bo mimo, że regulamin mówi tak, a nie inaczej to urząd może to uznać za pogwałcenie dobrych obyczajów.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kino w złym guście - odcinek 2

Następny tekst

Szpagat 80's style



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE