Dziwnie się czuję… Bardzo boli mnie głowa – powie roztrzęsiona Hanka Mostowiak do swojej siostry Anny. Parę minut wcześniej pod koła samochodu Hanki o mały włos nie wpadnie mała dziewczynka idąca poboczem. By tego uniknąć prowadzone przez Mostowiakową auto zahamuje i wykona gwałtowny skręt. Tylko pozornie jedynym skutkiem tego zdarzenia będzie drobna rana na czole Anny… (ze strony katowice.naszemiasto.pl )

W ostatnich dniach polską rzeczywistością wstrząsnęły dwa epickie wydarzenia (lądowania bez podwozia nie liczę, bo blednie przy epickości tych, które mam zamiar opisać!) – samonokaut Marcina „Prawdopodobnie złamałem nogę” Najmana oraz śmiertelny wypadek Hanki z „M jak Miłość” przez wjechanie w kartony (i stare łóżko). Internet nie zna litości, doskonale świadczy o tym przypadek Najmana, na którego temat, po słynnej walce pojawiło się w sieci wiele kąśliwych uwag i obrazków np. na kwejk.pl, i którego całkiem przypadkowo zabawne słowa: „Przepraszam, ale prawdopodobnie złamałem nogę” robią w sieci niespotykaną furorę. Aż przypomniał mi się jeden z najlepszych tekstów z „Rejsu” – „Bardzo przepraszam, ale moja żona przeprasza, bo śpi”. Marcin Najman nie mógł przewidzieć rozwoju wypadków, nie mógł przewidzieć, że zginie od miecza którym wojował i nie mógł przewidzieć reakcji środowisk internetowych na swoje wypowiedziane po walce słowa.

Inaczej jest w przypadku serialu „M jak Miłość”, którego twórcy mieli co najmniej kilka tygodni, o ile nie miesięcy, żeby sensownie uśmiercić Hankę, której pani Kożuchowska postanowiła (po 11 latach) już dłużej nie grać. Można było Hankę np. wysłać samolotem w daleką podróż i powiedzieć w wiadomościach TVP, że samolot spadł i Hanka razem z nim. Mogła Hanka wpaść pod okręt podwodny, wypaść z okna w piwnicy, nadziać się na stalowe kolce na parkingu strzeżonym, zjeść czekoladkę z niespodzianką w postaci otwierających się w buzi ostrzy, zostać omyłkowo wzięta za Kaddafiego, zostać zmiażdżona przez lądującego bez podwozia 767 – wszystko byłoby wiarygodniejsze od śmierci przez wjechanie w kartony! Dramatyczna w zamyśle śmierć bohaterki, przez nieudolność scenarzysty i realizatorów, przerodziła się w jedną z najzabawniejszych i najbardziej kuriozalnych scen w historii telewizji i aktualnie robi furorę na humorystycznych portalach. Hasło „Wjedź w kartony – umrzyj” jest nie tylko genialnym w swej prostocie podsumowaniem tandetnej śmierci Hanki, ale też, celną konstatacją kondycji współczesnego polskiego serialu – skierowanego do gospodyń domowych, taniego, tandetnego, byle jak nakręconego, umownego. Jeszcze nie opadł kurz po latających w powietrzu nagrobkach z „Bitwy warszawskiej”, jeszcze mamy w pamięci pożar kartonowego Rzymu z „Quovadis” Kawalerowicza, a tu twórcy „M jak Miłość” fundują nam coś takiego i to w najlepszym czasie antenowym.

Niestety, na Youtubie znalazłem rzeczony fragment nagrany komórką z telewizora, wszystkie inne wersje zostały zdjęte „na żądanie właściciela praw autorskich”. Czyżby twórcy wstydzili się tej wiekopomnej, nakręconej z ułańską fantazją sceny?

Ci, którzy obejrzeli cało poniedziałkowy odcinek wiedzą, że Hanka nie zginęła bezpośrednio od wjechania w kartony, bo po całym zdarzeniu wysiadła z samochodu. To jej siostra miała rozcięte czoło – dlaczego więc Hankę bolała głowa, w efekcie czego za kilkadziesiąt minut zmarła? Nie wytłumaczono. Ale po kolei – jakim cudem Hanka uderzyła głową o kierownicę (co starają się sugerować realizatorzy, bo przyglądając się uważnie, zauważymy, że Hanka wali głową w pustą przestrzeń), skoro samochód nie uderzył w żadną przeszkodę z prawdziwego zdarzenia? Kartonów i starego łóżka nie ma co liczyć, bo samochód przejechał przez nie jak nóż przez masło, co miało zasugerować mało wymagającym widzom, że „coś strasznego się dzieje”. Jako posiadacz prawa jazdy z kilkunastoletnim stażem mogę śmiało powiedzieć, że kierowca, jakby ostro nie hamował, nigdy nie uderzy przy tym głową o kierownicę, bo podczas nagłego hamowania jego mięśnie napinają się, a ręce zapierają się o kierownicę i nie ma możliwości, by doznać kontuzji takiej, jak Hanka. Pasażer i owszem, poleci do przodu, bo nie jest przygotowany na gwałtowne zatrzymanie pojazdu i gdy samochód hamuje, pasażer jedzie dalej. Niestety, oglądając ten słynny już odcinek serialu, nie przyjrzałem się czy panie miały zapięte pasy – mniemam, że tak, w końcu odbywały długą podróż na ruchliwej trasie. Tak czy inaczej, ani gwałtowne hamowanie, ani wjechanie w kartony w pasach czy nie, nie dałoby rady nikogo uśmiercić, ani nawet zranić. Może za kilka odcinków wyjaśni się, że Hanka miała coś nie tak z głową i gwałtowne szarpnięcie spowodowało pęknięcie jakiegoś tętniaka czy innej żyłki… w takim jednak wypadku, po co na plan zwieziono kartony, mające symulować uderzenie w dużą przeszkodę?

Nieprzemyślany przez scenarzystów i źle zainscenizowany wypadek Hanki, zamiast dramatycznego wywołał efekt komiczny i pociągnął za sobą falę internetowych żartów. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że szeregowi widzowie „M jak Miłość” zapewne tej głupoty dekady nawet nie zauważyli, zbyt przejęci śmiercią ulubionej bohaterki.