publicystyka filmowa

JOHN RAMBO. Walcząc z traumą i setkami przeciwników

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Choć Rambo nigdy nie miał szczęścia do krytyków (ich uznanie zdobyła tylko pierwsza część serii, i to nie od razu), to nie potrzebował ich, żeby odnieść niemały sukces kasowy i stać się prawdziwą ikoną kina. Życiowa rola (obok Rocky’ego) Sylvestra Stallone’a na stałe wpisała jego wizerunek do kanonu popkultury. Mali chłopcy przez długie lata przewiązywali sobie czoło czerwonymi bandanami i wcielali się w dzielnego weterana z Wietnamu. Rambo szybko stał się prawdziwym amerykańskim (i nie tylko) bohaterem i królował w złotej erze kina akcji. Nawiązania do jego postaci są standardem w filmach i innych dziełach kultury, a określenia typu „rzucić się do walki jak Rambo” na stałe przyjęły się w języku potocznym. Mam wrażenie, że dla wielu osób cała ta filmowa seria to jednolity festiwal eksplozji i szeroko pojętej rozróby. Tak jednak nie jest, a różnice w tonacji poszczególnych części są diametralne. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że każda z nich reprezentuje nieco inny gatunek filmowy, jak gdyby szukając swojej własnej tożsamości, niczym tytułowy bohater.

Wszystko zaczęło się w 1982 roku (w filmie jakąś dekadę wcześniej), kiedy w małym amerykańskim miasteczku pojawił się samotny weteran z Wietnamu. John Rambo trafił tam zupełnie przypadkiem, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić po odkryciu, że jego ostatni kompan z oddziału zmarł na raka. Miejscowy szeryf uznaje go za potencjalny kłopot i zamiast pomóc mu dotrzeć do jakiejś jadłodajni, postanawia wywieźć dawnego żołnierza poza miasteczko. Ten jednak wraca, co stopniowo doprowadza do eskalacji bezsensownego konfliktu z tamtejszymi stróżami prawa. Jego rezultatem jest prywatna wojna Rambo, który znajduje schronienie w pobliskich lasach i robi to, w czym jest najlepszy – poluje i walczy o przetrwanie.

W Rambo - Pierwszej krwi na próżno szukać pełnych ekstrawagancji i wybuchów scen akcji, gdzie trup pada na glebę jeden po drugim.

Niewiele tu też typowej dla gatunku bezpretensjonalnej frajdy. Historia Rambo jest niezwykle tragiczna – to człowiek zupełnie wyniszczony przez potworności, których był uczestnikiem i świadkiem w Wietnamie. Miał raptem dwadzieścia lat, kiedy przyszło mu zabijać z zimną krwią i obserwować najstraszniejsze czyny, jakie jeden człowiek może wyrządzić drugiemu. Kiedy wraca do domu, nie ma pojęcia, jak się odnaleźć poza wojną, jest ignorowany albo wręcz atakowany przez niewdzięczne, pełne ignorancji społeczeństwo. Trudno nie kibicować bohaterowi, który zostaje dosłownie pchnięty na skraj kompletnego załamania. Kiedy znęcający się nad nim policjanci aktywizują wywołane przez zespół stresu pourazowego flashbacki, nie żałujemy ich połamanych kończyn – domagamy się sprawiedliwości i krwi.

Niezwykle celnym zabiegiem okazało się ukazanie sporej części akcji z perspektywy stróżów prawa organizujących obławę na Rambo. Kiedy jedyne, co o nim wiemy, to to, że „gdzieś tam jest”, a podczas polowania unieszkodliwia jednego nieszczęśnika po drugim, czujemy się, jakbyśmy oglądali mroczny thriller. John przestaje wtedy być unikającym konfrontacji i wyniszczonym młodym mężczyzną, a staje się nieustępliwym i bezlitosnym łowcą. Zachowuje jednak swoje człowieczeństwo i nie zabija swoich ofiar, w dalszym ciągu chcąc odejść od tego konfliktu. Przynajmniej pozornie, bo widoczne jest, że ta mała partyzantka jest tym, co sprawia, że czuje się żywy. Że jego życie znowu ma sens w formie kolejnej misji. To, jak bardzo Rambo tkwi w pełnej traum przeszłości, staje się krystalicznie jasne podczas jego końcowego, chwytającego za serce monologu.

Co ciekawe, do produkcji Pierwszej krwi przymierzano się latami. Pomysły były różne, potencjalni reżyserzy i aktorzy również. Dużo dylematów dotyczyło kwestii odejścia od zakończenia z książkowego pierwowzoru, a ostateczna decyzja w tej sprawie poskutkowała zaś odejściem Kirka Douglasa od projektu. Niemożliwe jest chyba za to wyobrażenie sobie w tytułowej roli kogokolwiek innego niż Sylvester Stallone. Młody aktor bezbłędnie oddał wyobcowanie i dzikość swojej postaci, a pod koniec udowodnił, że potrafi przekonująco uderzyć w dramatyczne tony (i to pomimo sparaliżowanej części twarzy, która zdecydowanie utrudnia mu grę aktorską). Choć w filmie nie brakuje świetnie sfilmowanej akcji, to dla mnie w pierwszej kolejności pozostaje on gorzkim dramatem o wyniszczającym wpływie wojny i znieczulicy społecznej.

Ostatnio dodane