publicystyka filmowa

JOELA SCHUMACHERA ŻAL ZA GRZECHY. Dwudziestolecie BATMANA I ROBINA

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Dzisiaj mija dwadzieścia lat od światowej premiery Batmana i Robina Joela Schumachera, czwartej części serii rozpoczętej przez Tima Burtona w 1989 roku. O filmie zrobiło się znowu głośno jakiś tydzień temu, kiedy reżyser podczas wywiadu dla magazynu internetowego „Vice” przeprosił fanów za swoje niesławne dzieło. Informacja pojawiła się w wielu nagłówkach innych internetowych serwisów, co nieco mnie zdziwiło, gdyż reżyser nie pierwszy raz bierze odpowiedzialność za porażkę obrazu z 1997 roku. Oglądając dodatki do filmu zarejestrowane na potrzeby wydania DVD z 2005 roku, usłyszeć mogliśmy:

Byłem dorosły, byłem tego świadomy i zgodziłem się na to. Więc nie wytykam nikogo palcem, mówiąc: „Oni kazali mi to zrobić”, jasne? Brałem w tym udział.

Dużo ważniejsze wydają mi się inne słowa wypowiedziane podczas wywiadu dla „Vice”. Schumacher wspomina, że po Batmanie i Robinie traktowany był jak śmieć, czuł się, jakby zamordował dziecko. Czy rzeczywiście na to zasłużył? Przyjrzyjmy się historii produkcji filmu.

Był czerwiec 1995 roku, Batman Forever rządził w kinach na całym świecie, batszaleństwo opanowało sklepy z zabawkami, gadżetami, restauracje McDonald’s, z przystanków autobusowych znikały plakaty widowiska, pozostawiając po sobie tylko dźwięk tłuczonego szkła. Warner Bros. nie chciało czekać, kuło żelazo, póki gorące. Od razu zwrócili się do Schumachera i jego ekipy z zamiarem stworzenia kontynuacji.

Wstępne prace zaczęto już w sierpniu tego samego roku. Jak wspomina sam Schumacher, swój pierwszy batfilm robił skromnie i niepewnie, z myślą, że może się uda. Przy Batmanie i Robinie wszyscy czuli się nieskrępowani i pewni swoich możliwości. Zespół nie miał czasu na ochłonięcie, nabranie dystansu, szybko okazało się też, że został pozbawiony tytułowej gwiazdy – Val Kilmer zajęty był pracą przy kinowym remake’u Świętego.

Studio chciało, żeby film był bardziej rodzinny, skierowany do dzieci. Nie objawiało się to tylko wprowadzeniem takich postaci jak Batgirl, z którą utożsamiać miały się dziewczynki, czy Bane, o którego istnieniu reżyser dowiedział się od pięcioletniego siostrzeńca, oraz dość infantylnym tonem (chociaż z wciśniętą zatrważającą liczbą dwuznacznych żartów), ale przede wszystkim wymaganiami względem produktów marketingowych. „Film ma być bardziej zabawkarski” – usłyszeć miał reżyser. Jakikolwiek powstały rekwizyt był, jak ujął to Schumacher, wyrywany twórcom z rąk, aby można było przygotować z niego formy pod zabawki. „Możecie to zrobić większe i lepsze?” – dopytywano. Chris O’Donnell, który powrócił w filmie do roli Robina, przyznaje po latach, że czuł się, jakby kręcił reklamę zabawek.

Kolejnym problemem były ogromne oczekiwania i entuzjazm, którymi otoczony był projekt. Reżyser wspomina, że inaczej aniżeli w przypadku poprzedniej części, każdy chciał z nim pracować. Liczne gwiazdy odwiedzały plan, przyprowadzały swoje dzieci. Zdarzało się, że po planie krążyło kilkaset niezwiązanych z projektem gości. Osoby odpowiedzialne za ochronę notorycznie konfiskowały kamery i aparaty fotograficzne, nowe kostiumy bohaterów ukrywane były przez pracowników planu, których zadaniem było chodzić wokół gwiazd i zasłaniać je specjalnie przygotowanymi plakatami. „Jezu, Joel, jestem przytłoczony”powiedział do reżysera George Clooney (zastępujący Vala Kilmera w roli obrońcy Gotham) po wejściu na plan, na co w odpowiedzi usłyszał: „Ja również”.

Oczywiście całej winy za niepowodzenie projektu nie można przypisać producentom i oczekiwaniom. Joel Schumacher miał krążyć po planie, krzycząc, żeby wszyscy pamiętali, że kręcą kreskówkę. Chciał też, co przy czwartej części serii było w pełni zrozumiałe, nadać całości świeżości. Szkoda, że osiągnąć to próbował, między innymi sugerując George’owi Clooneyowi, by nie traktował swojej postaci zbyt poważnie. Sam aktor zresztą nie rozumiał mroku i smutku, które zwyczajowo przypisywano jego bohaterowi – twierdził, że przystojny miliarder, playboy i posiadacz wszystkich tych niesamowitych gadżetów nie ma powodów do dalszego rozpamiętywania traumy z dzieciństwa. Zaskakująca może być także teza reżysera, według której gloryfikowanie piękna i seksualności to część pracy przy filmie o Batmanie (stąd zupełnie nie rozumiał, skąd oburzenie wokół gumowych sutków na kostiumach tytułowych bohaterów).

Nie należy też zapominać o drugiej stronie medalu – Batman i Robin to widowisko o wielkiej skali, co widać w pomysłowych scenografiach, całych ulicach zbudowanych w studiach filmowych, tłumach zatrudnionych statystów, odważnych projektach, ogromnych posągach, świetnym soundtracku. Trzeba powiedzieć sobie jasno – Batman z 1997 roku to dzieło pasji i radości tworzenia, nie ma tu mowy o braku pomysłów czy szaroburych obrazkach znanych z wielu współczesnych filmów rozrywkowych. To także wzorowe kino dla najmłodszych – kolorowe, pełne akcji, trafnych morałów („Zabijać potrafi każdy, prawdziwą władzę ma ten, który daje życie” – mówi Batman do Mr. Freeze’a w finale filmu). Jako kilkulatka, w późnych latach dziewięćdziesiątych, trudno było oderwać mnie od przyniesionej z wypożyczalni kasety VHS. Figurki z filmu wciąż znaleźć można w przykurzonym kartonie w mieszkaniu moich rodziców, a ja niemal przed oczami mam reklamę telewizyjną je promującą. W końcu – ktokolwiek widział film, nigdy nie zapomni nieśmiertelnych punch-line’ów Schwarzeneggera, wspomnianych już gumowych sutków czy batkarty kredytowej. Sami zadajcie sobie pytanie, ile pamiętacie z blockbustera, na którym byliście w kinie rok temu.

Scenarzysta filmu, Akiva Goldsman, podkreśla jeszcze jedną niezwykle ważną kwestię:

Przyczyną tego, że komiksy nie poddają się czasowi, jest to, że postaci są trwałe. Przedstawia się je w różny sposób. (…) One się zmieniają i zmienia je świat w zależności od czasu i okresu historycznego. Bez tych odrzuconych i może mniej udanych zakrętów, nigdy nie powstałby Powrót Mrocznego Rycerza [jedno z największych osiągnięć amerykańskiego komiksu, które wyciągnęło postać Batmana z głębokiego kryzysu wydawniczego – przyp. red.].

Czy gdyby Joel Schumacher nie zaprowadził Batmana w rejony campu, infantylizmu i nieporozumień, kiedykolwiek zobaczylibyśmy Batmana – Początek czy Mrocznego Rycerza? Raczej nie. Osobną kwestią, przy okazji filmów Nolana, pozostaje niesprawiedliwość dziejowa, wobec której Joel Schumacher nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni przepraszać musi za pełen pasji film, o którym myślę tylko i wyłącznie z uśmiechem i sentymentem, a Christopher Nolan za swój pokraczny, nudny i pozbawiony widocznej radości tworzenia finał trylogii Mrocznego Rycerza, Mroczny Rycerz powstaje, przepraszać nigdy nie będzie musiał.

Gorzkie tłumaczenia Schumachera – „chciałem tylko dostarczyć rozrywki” – wydają się w kontekście wywiadu sprzed tygodnia zwyczajnie smutne. Joel, nie masz powodów do przepraszania, ale raczej do świętowania – twoje dziecko właśnie skończyło dwadzieścia lat. Wszystkiego najlepszego!

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane