Ile to już razy słyszeliśmy, że oto pojawia się jakieś niezwykle zdolne aktorskie dziecko? Za Oceanem takich młodych aktorskich gwiazd jest na pęczki, lecz najczęściej jest to zachwyt chwilowy, a kiedy młode gwiazdy wyrastają z bycia słodkimi chłopczykami/dziewczynkami, zainteresowanie nimi spada i zostaje przeniesione na nowy obiekt zachwytów.

W końcu pamiętamy jak jeszcze niedawno rozpływaliśmy się nad Abigail Breslin, która w „Małej miss” czarowała swoim urokiem, a obecnie o niej ani widu, ani słychu. O Haleyu „I see dead people” Joelu Osmencie zapomnieli już chyba wszyscy. Do niedawna palmę pierwszeństwa wśród dzieci dzierżyła Dakota Fanning, która w „Człowieku z ognia” przyćmiła Denzela Washingotna, a w „Wojnie światów” Toma Cruise’a. Teraz jednak jej dorosłe role nie cieszą się takim uznaniem, a pałeczkę przejęła po niej jej młodsza siostra Elle, która znakomicie partnerowała Stephenowi Dorffowi w „Somewhere”. Oprócz niej aktualnie liczą się także Saorise Roonan, która od czasu „Pokuty” regularnie pojawia się w głośnych produkcjach, Chloe Moretz, którą przebojowymi rolami w „Kick-Ass” i „Pozwól mi wejść” z hukiem weszła do panteonu gwiazd, oraz Jaden Smith, który jako nowy „Karate Kid” osiągnął zaskakujący duży sukces, w czym pomógł mu na pewno status bycia synem gwiazdora kina akcji.
A jak na tym polu prezentuje się Polska? U nas niestety mamy wielki dar do błyskawicznego tracenia młodych aktorskich talentów, których i tak u nas niedostatek. Znakomita współpraca z dziećmi zawsze cechowała Jana Jakuba Kolskiego. Urocza Wiktoria Gąsiewska z jego „Jasminum” pojawiła się później w „Katyniu” oraz „Afonii i pszczołach”, a także na jakiś czas dołączyła do ekipy „Rodziny zastępczej”, ale obecnie słuch o niej zaginął. Zobaczymy jaki los spotka Marcina Walewskiego, który także u Kolskiego znakomicie zagrał w „Wenecji” i póki co kilka produkcji z nim jest w trakcie produkcji. Niestety trudno mi przywołać więcej zdolnych polskich dzieci-aktorów, gdyż albo niestety nie posiadają one odpowiedniego warsztatu, a przede wszystkim talentu, który pozwalał by na zapamiętanie ich na dłużej, albo najczęściej lądują szybko w serialach, gdzie skutecznie hamuje się ich karierę. Oby ten los nie spotkał tego o kim przede wszystkim jest ten tekst.
Filip Garbacz – zapewne nie wszystkim to nazwisko coś mówi, ale warto je zapamiętać, gdyż jeżeli, jego kariera potoczy się w odpowiedni sposób ma szansę zostać kimś więcej niż jednorazową ciekawostką. O urodzonym w roku 1994 w Zgierzu chłopcu, głośno zrobiło się po tym jak w 2009 roku otrzymał nagrodę za najlepszy debiut aktorski na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, za rolę w filmie Roberta Glińskiego „Świnki”. Niestety trafiło się to akurat w najlepszym od dawna roku dla filmowej Polski w którym niemałe zamieszanie powodowały znakomite i niezwykle świeże na tle innych produkcji „Rewers”, „Dom zły” i „Wojna polsko ruska”. W całym tym zamieszaniu „Świnki” były mocno pomijane przez dystrybutorów, premierę przekładano wielokrotnie, pamiętam nawet, że swego czasu zwiastun „Świnek” widziałem przed seansem „Nine: Dziewięć”, czyli grubo ponad rok temu. Niestety z czasem sprawa ucichła i wszystko wskazywało na to, że film odłożono na półkę. Swoją drogą Robert Gliński ma spore problemy z dystrybutorami, gdyż jego poprzedni film „Benek”, który wszedł na ekrany kin w ubiegłym roku na dystrybucję czekał 3 lata. Takim sposobem o wyjątkowości roli Garbacza mogli tylko zaświadczyć ci którzy widzieli go na Festiwalu.
Prawdziwym debiutem dla szerszej publiczności była dla niego jego duża rola numer 2 w „Matce Teresie od Kotów”. Stworzył tam niezwykle autentyczny duet z Mateuszem Kościukiewiczem, który po „Wszystko co kocham”, wypracowuje sobie coraz mocniejszą pozycję w polskim kinie. Co prawda nieco przyćmił on swojego młodszego kolegę, ale trzeba przyznać, że z niezwykle trudnego zadania aktorskiego, Garbacz wyszedł obronną ręką. Tym którzy nie widzieli filmu przypomnę, że opowiada on opartą na faktach historię dwóch braci, którzy zamordowali swoją matkę. Garbacz pojawiał się w kolejnych produkcjach. Zagrał drugoplanową rolę w „Glasgow” Piotra Subbotko, krótkometrażowej polsko-duńskiej koprodukcji „Teddyboy” oaz komedii romantycznej „Maraton tańca”, która w kinach pojawi się w czerwca tego roku. Jednak co najważniejsze od przyszłego piątku widzowie w Polsce w końcu będą mogli zobaczyć na własne oczy osławione „Świnki”.
A powiem szczerze, że film ten warto zobaczyć właściwie tylko i wyłącznie dla roli Garbacza. Sam film, mówiący o prostytuowaniu się nieletnich dla pieniędzy, nie pokazuje sobą nic nowego i powiela utarte schematy pokazane wcześniej w równie przeciętnych „Galeriankach”. Jednak rola Garbacza jako Tomka wynosi ten film o kilka poziomów wyżej. Jest to kreacja (nie zawaham się nazwać tego kreacją!) niezwykle złożona i autentyczna. Jest wiarygodny zarówno jako chłopiec, którego z rodziną łączą skomplikowane i trudne relacje, który para się każdej pracy by zarobić trochę grosza, a jednocześnie jest wiarygodny w swoim uczuciu do poznanej na dyskotece Marty, dla której jest w stanie zrobić wszystko, ale jednocześnie wiele jej zachowań powoduje jego rozgoryczenie. W końcu zachwyca także jako chciwego, pazerny i bezwzględny wrak człowieka(?). Szkoda jedynie, że Gliński, każe mu wypowiadać tak sztucznie brzmiące dialogi, a słaba fabuła doprowadza w końcu do tak bzdurnych sytuacji jak SPOILER przejęcie przez Tomka interesów w mieście czy też końcowe zabicie jednego z bohaterów KONIEC SPOILERA. Ale o dziwo jego zacięta twarz, jakby żywcem zdjęta, z jakiegoś chłopaka z nizin społecznych, która wcale nie wymaga rozbudowanej mimiki by przekazać wszystkie emocje, daje nam gigantyczną ilość filmowego autentyzmu.
Rzadko się zdarza, żeby rola i to dziecka aż tak znacząco wpływała na poziom filmu, dlatego zachęcam do zapoznania się z filmem. No i trzymania kciuków za Filipa, który jeśli nie zostanie wciągnięty w żadne serialowe patrzydło ma szansę dojść bardzo daleko.