JA, FRANKENSTEIN - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Ja, Frankenstein

Frankenstein przeniesiony z sukcesem na grunt współczesności, wprost do kina wielkiej przygody!




Nowe szaty króla




Rafał Donica
23.01.2014


plakatChoć jestem oddanym miłośnikiem tej postaci, nie wystarczy, że film będzie „o Frankensteinie” albo „z Frankensteinem”, aby mnie uszczęśliwić. Spośród opisanych w książce „Frankenstein 100 lat w kinie” tytułów, 80% to produkcje słabe, fatalne, lub po prostu koszmarnie złe. Jestem w tym zakresie bardzo wymagający, więc tytuły powstałe w ostatnich dwóch latach (na wszystkie czekałem zacierając dłonie) oceniałem bardzo surowo. I tak „Hotel Transylwania” był dobry, a „Frankenweenie” bardzo dobry, „Frankenstein’s Army” nieudany, a „Frankenstein’s Theory” wyrzuciłem przez okno razem  z telewizorem. Od ponad roku z ogromną i coraz bardziej narastającą niecierpliwością czekałem na premierę „Ja, Frankenstein”. O wszystkich nowinkach na temat produkcji filmu, informacjach obsadowych, nowych fotosach, trailerach oraz ścieżce dźwiękowej, informowałem na bieżąco na moim blogu CinemaFrankenstein. Balon – zwłaszcza moich – oczekiwań, zdawał się rosnąć w tempie geometrycznym…

Długo wyczekiwany trailer wywołał u mnie ambiwalentne uczucia. Wizualnie wszystko prezentowało się dobrze, ale z drugiej strony latające potwory nasuwały skojarzenia z nieszczęsnym „Van Helsingiem”. Ponadto wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że bohater tytułowy, zamiast posługiwać się porządną spluwą (jak w komiksowym oryginale autorstwa Kevina Greviouxa), będzie walczyć… bronią białą. Na odsiecz pospieszył soundtrack autorstwa Johnny’ego Klimka i Reinholda Heila – kawał dobrze skrojonej muzyki ilustracyjnej. Z kolei strzałem w kolana twórców filmu zdawała się być kategoria PG-13. Po szybkim przeliczeniu plusów i minusów, wybierając się na pokaz prasowy 20 stycznia, wciąż zastanawiałem się czym ostatecznie okaże się „Ja, Frankenstein”; skleconym naprędce klonem „Underworldów” (wszak producenci i pomysłodawca – Kevin Grevioux – ten sam), o którym zapomina się jeszcze przed wejściem do kina, czy rzetelnie wykonanym akcyjniakiem, który nie tylko nie przejedzie walcem po klasycznej postaci, ale też dostarczy mi konkretnej dawki emocji i wrażeń na wysokim poziomie. Jak mówi stara prawda, trailery pokazują najlepsze sceny, prawda? W przypadku „Ja, Frankenstein” – nieprawda.

4

Film Stuarta Beattie wypełniony jest akcją po brzegi. Fragmenty kilku z nich widzieliśmy w trailerze, ale wyrwane z kontekstu nie miały szans zrobić odpowiedniego wrażenia. Zresztą najlepsze kąski zostawiono nam do skonsumowania dopiero na sali kinowej. Takie perełki, jak sekwencja wkroczenia Adama do laboratorium przez rozbitą szybę, jego upadek wraz z Gargulcem na starego Mercedesa, walka na pałki w fenomenalnej choreografii, czy ujęcie Adama idącego w slow-motion, sfilmowane kamerą z perspektywy kałuży, przyprawiły mnie o szczery uśmiech zadowolenia. Ze sceny na scenę, począwszy od prologu na cmentarzu, utwierdzałem się w przekonaniu, że mam do czynienia z może i mało ambitnym filmem (no wiecie, Frankenstein, Gargulce, Demony, ożywianie martwych ciał, zawładniemy światem bla… bla… bla…), ale dopieszczonym w każdym calu pod względem realizacyjnym. Tak, jak „Underworld” czerpał pomysły realizacyjne z estetyki „Matrixa” – topowego filmu tamtego okresu, tak „Ja, Frankenstein” w wielu momentach przypomina rozmach inscenizacyjny… „Władcy pierścieni”! Tak, tak, ten skromny zdawałoby się film (budżet w wysokości 68 mln $ nie należy do najwyższych), dziejący się we współczesnej metropolii, został sfilmowany lepiej od niejednej epickiej produkcji batalistyczno-historycznej. Kamera podąża za postaciami na ziemi, wykonując najdziwniejsze ewolucje, i nigdy nie popadając przy tym w tanie efekciarstwo – a gdy trzeba wzbija się wraz z nimi w powietrze by lotem koszącym towarzyszyć Gargulcom, lub panoramować potężną gotycką katedrę – najefektowniejszy element dekoracji w „Ja, Frankenstein”, zarówno z zewnątrz, jak i w środku.

Ja Frankenstein 2

Film, również dzięki dynamicznemu montażowi, jest niezwykle energetyczny i aż skrzy się (dosłownie) od akcji. To, co na trailerze nie zrobiło na mnie zbyt wielkiego wrażenia – umierające Demony zmieniające się w płonące smugi – w kinie wygląda nadzwyczaj widowiskowo. No właśnie, i tu się wyjaśnia powód przyznania filmowi kategorii PG-13. Akcje są brutalne, ale bezkrwawe, bo Demony giną spalając się jasnym płomieniem, a Gargulce oddając ducha emitują błękitny promień wędrujący wprost do nieba. Jedyna krew w filmie to ta z rany na plecach Adama. Dzięki takiej zagrywce producentów, i wilk jest syty i owca cała. Młoda gawiedź może bez problemu obejrzeć film w kinie, a dorośli, spragnieni krwi widzowie, nie czują, że puszczono im naiwną, bezkrwawą baję.

Obrazowi kroku dotrzymują efekty dźwiękowe oraz muzyka ilustracyjna, a kropkę nad „i” nowoczesnej stylizacji Frankensteina stawia ostry rockowy kawałek „Misgiving” zespołu Maker, towarzyszący napisom końcowym. Także dekoracje, zwłaszcza podziemia siedziby Demonów i wnętrza gotyckiej katedry – siedziby Gargulców, stoją na bardzo wysokim poziomie. Reasumując, „Ja, Frankenstein” to wielka niespodzianka pod względem oprawy wizualnej! Wszystkie elementy zostały wykonane na wysoki połysk. Na szczególną pochwałę zasługują kamienne Gargulce – prawdziwy popis grafików komputerowych. Czuje się, że to ciężkie, betonowe posągi, a nie komputerowe wydmuszki. Efekt 3D wzmocniony gigantycznym ekranem IMAX i głośnikami powodującymi krwawienie z uszu – podnosi rangę całego widowiska, więc jeśli tylko macie okazję, to wybierzcie seans w kinie IMAX.

Ja Frankenstein 3

Formie „nieznacznie” ustępuje treść, ale tutaj chyba nikt nie nastawiał się na głębię scenariusza czy psychoanalizę postaci. Prosta i naciągana jak cięciwa łuku Legolasa fabuła okazuje się być jednak znakomitym podłożem dla działań tak fantazyjnej postaci jak monstrum Frankensteina. Cieszę się niezmiernie, że słynny potwór doczekał się nie tylko filmu ze sobą w roli głównej, ale też, że nie ucieka po raz n-ty przed tłumem z pochodniami (choć Adam sporo mówi o ludzkiej niechęci wobec jego osoby), lecz bierze sprawy w swoje ręce, zakasując rękawy i skopując dupska czarnym charakterom, a w dodatku czyni to nadzwyczaj widowiskowo i bez wdawania się w zbędne rozmowy. Czy od akcyjniaka z radosną rozpierduchą w tle ktoś wymagał czegoś więcej? „Ja, Frankenstein” nawet przez moment nie udaje czegoś, czym nie jest. Miał być prościutką rozrywką cieszącą oko, z naszkicowanym jedynie w tle wątkiem (nad)człowieczeństwa Adama – i z obydwu tych zadań wyszedł obronną ręką.

Ja Frankenstein 4

Dla równowagi estetycznej, obok potwora, demonów i gargulców, musiało w filmie znaleźć się także coś ładnego, więc w prastary konflikt oprócz Adama (Aaron Eckhart) wplątana zostaje urodziwa pani naukowiec. To właśnie Terra (Yvonne Strachovski) jest motorem napędowym przemiany głównego bohatera i osobą, która wprowadza do filmu nieodzowną szczyptę humoru. Ich pierwsze spotkanie w laboratorium jest moim ulubionym fragmentem „Ja, Frankenstein” – wyjące w tle syreny alarmu budują super klimat, jak obejrzycie film, zrozumiecie.  Wielkie brawa należą się twórcom za szacunek dla literackiego oryginału, który jest wielokrotnie przywoływany i sprytnie wkomponowany w fabułę. Sam film zaczyna się zresztą od przedstawienia genezy powstania monstrum, a właściwa historia startuje w miejscu, gdzie kończyła się powieść Mary Shelley.  Nie brakuje też ciekawych odniesień do filmów frankensteinowskich. Jest obowiązkowe „It’s Alive!” oraz wzmianka o tym, ze Victor ożywił monstrum energią elektryczną wygenerowaną przez węże elektryczne (takiego sposobu użył wcześniej Kenneth Branagh w swoim filmie), a Adam siedzi przykuty do fotela łańcuchami podobnie, jak monstrum Borisa Karloffa w więziennej celi w  „Narzeczonej Frankensteina”. Nie zarejestrowałem za to obecności tekstu „Frankenstein must be destroyed!” (nawiązanie do horroru Hammera pod tym właśnie tytułem), który obecny był w trailerze.

Ja Frankenstein 5

Aaron Eckhart sprawdził się doskonale w roli unikającego ludzi, zabójczo skutecznego i  całkiem niebrzydkiego (pomijając blizny na twarzy)  Adama, targanego koszmarną przeszłością i szukającego własnej tożsamości oraz odpowiedzi na dręczące go pytania. Eckhart wyrzeźbił do roli swoje ciało i nabrał wprawy w posługiwaniu się bronią białą. Mówi zachrypniętym, niskim głosem, chodzi lekko przygarbiony, a blizny na jego twarzy i ciele oraz strój w postaci ciemnego płaszcza i poszarpanej bluzy z kapturem, dopełniają wizerunku Frankensteina XXI wieku, specyficznego „superbohatera” na mroczne czasy. Adam nie posiada poczucia humoru, często wygłasza patetyczne teksty (choćby „Giń w męczarniach Demonie!” ;), ale nie ma się co dziwić jego prostolinijności, wszak jest poskładanym z ośmiu trupów ożywieńcem, stojącym jedną nogą w XIX wieku. Eckhart mimo zagrania tak „ryzykownej” postaci i widocznego gołym okiem dużego zaangażowania w swoją rolę – zarówno fizycznie jak i mentalnie – ani razu nie popada w przesadę czy śmieszność. Na drugim planie dzielnie asystuje mu Yvonne Strachovski i znany z „Underworld” Bill Nighy, a także syn Johna McClane’a ze „Szklanej pułapki 5” – Jai Courtney, oraz pomysłodawca „Ja, Frankenstein” Kevin Grevioux, który lekcje mówienia niskim głosem pobierał chyba na dnie studni.

Ja Frankenstein 6

Miałem co do „Ja, Frankenstein” bardzo wysokie wymagania i film nie tylko im sprostał, ale dał mi znacznie więcej, zaskakując niemal na każdym kroku. Już teraz wpisuję dziełko Beattiego do mojego prywatnego TOP 5 2014 roku. Pomysły Kevina Greviouxa i Stuarta Beattiego fajnie spinają się w całość z elementami powieści Mary Shelley. Glówny bohater, choć nieśmiertelny i niepokonany od początku do końca, ewoluuje. Film nie leci na schematach, nie ma taniej i wepchniętej na siłę historii miłosnej, jest za to wątek przyjaźni i poświęcenia. Sceny walk są pomysłowe i finezyjnie sfilmowane, a pewne postaci, po których spodziewalibyśmy się, że powalczą do końca, giną w zaskakujących momentach. Najbardziej niespodziewanie kończy żywot pewien, zdawałoby się kluczowy Demon. Może nie jest to scena rangi tej z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, gdzie Indy zabijał Araba machającego mieczem strzałem z pistoletu, ale uderza w tę samą nutę. Choć wszystko tu jest naiwne, trzyma się przysłowiowej kupy i w ramach świata przedstawionego, fantastyczne postaci i wydarzenia funkcjonują znakomicie. Reasumując, klasyka zostało bardzo sprawnie przeniesiona na grunt współczesności. W takiej przygodowo-awanturniczej formie mit Frankensteina ma szansę trafić w gusta młodego pokolenia, które – kto wie – z ciekawości sięgnie może do klasyki Universalu, a nawet do powieści Mary Shelley.

Ja Frankenstein 7

Nie oszukujmy się – choćby nieświadomie, na pewno w pewnym stopniu oceniam ten film przez pryzmat mojej ulubionej postaci, której studiowaniu poświęciłem już ponad 8 lat życia. Ale nawet gdy odsuwam na bok myśl, że to film o Frankensteinie, nadal pozostaje kapitalna oprawa wizualno-dźwiękowa oraz mnóstwo pamiętnych i efektownych (nie mylić z efekciarskimi) ujęć oraz scen. Większość z nich mam ochotę obejrzeć ponownie jak najszybciej, a chęć kolejnego seansu danego filmu jest dla mnie zawsze najlepszą wykładnią jego wysokiej jakości. Znajomy na Facebooku zadał mi pytanie, jak film odbiorą kinomani, którzy względem „Ja, Frankenstein” nie mają żadnych oczekiwań, a z postacią Frankensteina nie łączy ich zbyt wiele, lub kompletnie nic. Szczerze? Nie mam bladego pojęcia. Możecie sobie ewentualnie odjąć jeden punkt od mojej oceny końcowej :).

Ja Frankenstein 8

Obawiam się, że „Ja, Frankenstein” może niesłusznie zebrać negatywne recenzje. Wnioskuję to po kilku obserwacjach na pokazie, z których wyłania się drwiący stosunek do tego tytułu i obrażanie się pro forma na to, że nowatorska fabuła nie idzie za rączkę z klasycznym mitem Frankensteina. Tu idę o zakład, że gdyby kolejny raz opowiedziano tę samą, znaną powszechnie historię o potworze uciekającym przed ludźmi, byłoby pewnie jojczenie w drugą stronę, że odgrzewa się setny raz ten sam kotlet… Jeszcze przed pokazem podsłuchałem przypadkiem rozmowę dwóch młodych panów Krytyków. Jeden z nich ocenił film okiem fachowca słowami: „Dla mnie wystarczy, że Aaron Eckhart gra monstrum” – niech żyją uprzedzenia i ocena filmu przed obejrzeniem filmu. Trzeba powiedzieć szczerze, na sali nie było grupy docelowej filmu „Ja, Frankenstein”, bo zasiadali tam sami Krytycy filmowi, w dużej części młodzi i nieopierzeni, w równie dużej po sześćdziesiątce / siedemdziesiątce. Z całym szacunkiem, ale takiemu audytorium nie spodoba się żaden film w którym „skaczą i strzelają”. Młodzi-ambitni przezornie złoją wypełnionego spektakularnymi scenami akcyjniaka – bo muszą udawać, że jara ich tylko kino wyższych lotów. Starsi z kolei niewiele w dynamicznych scenach  dostrzegą, a głośny dźwięk ich wymęczy, więc za karę też pewnie film mocno obiją w recenzjach.

Mimo mnóstwa bardzo prostych, chwilami banalnych dialogów, mających za zadanie popychać jedynie akcję od jednej rozpierduchy do drugiej, tylko raz przez salę przeszedł masowy tzw. uśmiech politowania. Otóż połowa sali, tzn. ludzi, bo sala nie może się śmiać, zarechotała radośnie w momencie, gdy Terra wspomniała, że Victor Frankenstein planował stworzyć dla Adama partnerkę, ale ostatecznie tego zaniechał. Ów wyśmiany motyw pochodzi wprost z kart powieści Mary Shelley, więc śmiech był zupełnie nie na miejscu – nieznajomość książki się kłania. A po seansie usłyszałem taką oto rozmowę dwóch panów Krytyków, tym razem tych w kwiecie wieku: „No i jak?” – spytał pierwszy, „Eeee…” – odpowiedział drugi i energicznie machnął ręką, jakby odpędzał muchę. Much w zimie raczej nie ma, więc albo jakaś się obudziła, albo odpędzał od siebie obejrzany właśnie film ;).

Odwiedź Blog autora:  CinemaFrankenstein.blogspot.com

Rafał Donica

Rafał Donica

Rocznik 77, od chwili obejrzenia „Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia „Akirę”, „Drive” i niedocenioną „Nienawistną ósemkę”). Miłośnik Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Od seansu „Frankensteina” Jamesa Whale'a – niepoprawny wielbiciel postaci monstrum. Założyciel i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Wieloletni współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE.
Prowadzi blog tematyczny poświęcony klasycznym monster-movies: cinemafrankenstein.blogspot.com
Rafał Donica

Rafał Donica - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • canismajoris

    te blizny pooperacyjne jakieś takie zbyt delikatne. No chyba, że Frank ma jakiś regen ;)

    Nie zgadzam się z teorią jakoby takie filmy nie miały prawa podobać się starszym widzom.

    A z łuku strzelał Legolas nie Aragorn :)

    • Rafał Donica

      Co do blizn, Eckhart ponoć nalegał żeby jego Adam był brzydki (podobno rządał nawet bolców w szyi ;), ale producenci postawili na wizerunek monstrum na swój sposób przystojnego, więc tylko lekko go oszpecili. PS. Dzięki za zwrócenie uwagi, już Legolas strzela z łuku ;)

  • Marek

    Niestety ale większość ludzi nie zna prozy Mary Shelley – zresztą sam wiele lat temu, jeszcze w Szkole Podstawowej, zostałem upomniany bym nie relacjonował drugiej części Frankensteina gdy mówiłem o pragnieniu potwora do posiadania kogoś kto by był u jego boku …

    Sam na film się chętnie wybiorę i mam nadzieje że będzie ok, nastawienie mam na dobrą zabawę, więc niech się spełni !

  • czytelnik od wielu, wielu lat

    O proszę, to chyba pierwsza na świecie recenzja :)
    Bardzo fajny, lekki tekst i raczej nie ma szans, aby ktokolwiek oprócz Duxa napisał o „I, Frankenstein” lepiej, ciekawiej.

  • Negatywny

    Bardzo zachęcająca recka :)

  • Piotrek

    Bardzo zaskakująca recenzja. Jestem ogromnym antyfanem filmów pokroju „Underworld” i „Van Helsing”, ale „Ja, Frankenstein” został przez Ciebie przedstawiony w tak ciekawy sposób, że chyba wybiorę się do kina.

  • Qba_23

    Uff, strasznie długa ta recenzja ;) Fajnie, że pozytywna, ale na mój gust, za dużo spojlerów i zwracania uwagi na detale, które najprzyjemniej wyłapuje się samemu.

  • Tokar

    Film miałem okazję obejrzeć i szczerze pisząc, nie jestem tak zachwycony jak Ty. Dla mnie to festiwal najgorszych klisz gatunku fantasy, podlany przeciętnych aktorstwem z domieszką tanich efektów specjalnych. Coś jak „Ksiądz 3D”, lecz ten tytuł bronił się przynajmniej nieszablonowym uniwersum,
    czego nie można powiedzieć o nowym Frankensteinie. Zaznaczam, że żaden ze mnie krytyk (jeno zwykły zjadacz chleba, który kocha kino) i choć faktycznie bliżej mi do młokosa niż faceta po sześćdziesiątce, to uwielbiam filmy, gdzie „skaczą i strzelają” (choćby zjechany przez krytykę „Hansel i Gretel” Wirkoli czy ostatni „Dredd 3D”).

    Doskonale rozumiem gloryfikację prostoty oraz minimalizmu, ale „Ja, Frankenstein” jest zwyczajnie zbyt prostacki, aby przejść obok tego obojętnie. Za dużo tutaj dziur i uproszczeń, a także prób upchania kilku wątków w 93 minutowym filmie. W konsekwencji całość robi się nieprzekonująca. Trudno mi uwierzyć w mocne zacieśnienie relacji pani doktor z Adamem (skoro jest ona tak pobieżnie naszkicowane), rozwijanie zalążków duszy stwora (kwestia przez większość część filmu pozostawiona na marginesie, aby potem nagle skupić się na niej w finale) czy wywołanie jakichkolwiek emocji śmiercią danej postaci (nie tworzy się żadne przywiązanie, skoro znamy ich motywacje tylko pobieżnie i przemykają oni przez ekran zanim się spostrzeżemy – 5-10 minut czasu ekranowego to za mało, aby przejąć się ich tragicznym końcem). Trudno mi było przejść obojętnie obok chorobliwego uporu Naberiusa i jego dziwnej fascynacji armią żywych trupów (po co kontynuować ten plan, skoro w pewnym momencie miał w garści klan gargulców?) czy rozchwianej Leonore (która co kwadrans zmienia stanowisko związane z naszym potworem).

    Film jest, jak dla mnie, również zbyt poważny. Ja rozumiem, że chciano uderzyć w mroczniejsze akcenty, ale według mnie tytuł, w którym monstrum Frankensteina, specjalizujące się w filipińskiej sztuce walki na kije, wybija hordę przerażających demonów, powinien wpleść do historii trochę więcej absurdalnego humoru i zdrowego szaleństwa. Wybaczcie, ale narracja godna apelu na Święto Niepodległości tutaj raczej nie przystoi…

    Co do efektów specjalnych i 3D. Heh… jak dla mnie gargulce przywodziły na myśl neandertalczyków ze skrzydłami i daleki byłbym tutaj od piania z zachwytu. Tak samo jak w kwestii 3D – szczerze pisząc, nie zaobserwowałem ani jednej sceny, gdzie wykorzystano dobrodziejstwo tej technologii. 90% filmu można spokojnie przelecieć bez okularów.

    Dobra, kończę te narzekanie, bo się anormalnie rozpisałem. Jak dla mnie „Ja, Frankenstein” to totalna klęska i raczej odradzałbym seans. Jednak wchodzimy tutaj już w sferę gustów, a jak mawia Sapkowski – z nimi jak z tyłkiem, każdy ma własny ;) Generalnie cieszy mnie, że komuś spodobał się ten film i wzbudził w nim wiele pozytywnych emocji. Tym bardziej u kogoś, kto zjadł zęby w temacie prozy Shelley. Znaczy to tylko tyle, że pieści on podniebienia głównego targetu tytułu, a to bardzo dobry znak :)

  • Nano

    Nie rozumiem tylko jednego – autor recenzji wspomina poszanowanie literackiego oryginału, tymczasem tytuł brzmi „Ja, Frankenstein” i odnosi się (tak zrozumiałem z recenzji) do głównego bohatera granego przez Eckharta. A przecież Eckhart gra potwora Frankensteina, a nie samego Frankensteina. Ponoć Victor pojawia się wspomniany tylko na samym początku.

    Wiem, że w języku potocznym na monstrum mówi się po prostu „Frankenstein”, ale autor filmu chyba mógłby nazwać bohatera jak trzeba. A może źle zrozumiałem recenzję i w filmie każdy się nazywa jak trzeba?

    • Tokar

      Spoko, w tym wypadku jest jak trzeba. Stąd też, postacie zwracają się do monstrum jako „Adam”, natomiast sam protagonista za każdym razem robi kwaśną minę, gdy wspominają nazwisko jego ojca. Sam tytuł jest raczej zabiegiem celowym i twórcy mieli ku temu większy zamysł, ale karty w tej kwestii zostają odkryte dopiero pod koniec filmu, więc nie będę spoilerować ;)

  • Jędrzej Dudkiewicz

    Jestem pod wrażeniem, że komuś mógł tak bardzo podobać się ten film. Jak dla mnie „Ja, Frankenstein” śmiało będzie pretendować do komedii roku. Film jest kopią Underworlda, tak samo schematyczną i pustą. Filozofowanie bardziej śmieszy, a teksty w stylu „Spojrzałam w twoje oczy i zobaczyłam tylko mrok” są straszne. I taka jest większość dialogów. Efekty specjalne biją po oczach, wszędzie widać CGI, 3D jest zupełnie niepotrzebne, do tego mamy okropną charakteryzację (zwłaszcza demonów) i aktorstwo. Ale okej, to tylko moja opinia, każdy ma prawo do własnej. Skoro Ci się podobał film, to spoko. Ja z całego serca odradzam wycieczkę do kina. Strata czasu i kasy.

    Prawdziwą perełką jest jednak końcowy fragment, gdzie besztasz krytyków. Moim zdaniem drwiący stosunek jest w pełni uzasadniony. Nie wiem na jakiej podstawie wnioskujesz, że młodzi krytycy boją się pisać o tym, że podoba im się jakiś film pełen akcji. I zapewniam, że śmiechu było podczas pokazu znacznie więcej, słyszałem go dookoła siebie często, równie często śmiejąc się samemu. Nie uważam też, że do obejrzenia filmu konieczna jest znajomość książki. Jasne, przydaje się. Ale ja na przykład nie miałbym czasu, żeby czytać wszystkie książki, na podstawie których powstają filmy. Jest to fizycznie niemożliwe. Cały fragment o krytykach wygląda trochę na „tylko ja mogę oceniać ten film, bo znam się na Frankensteinie, reszta niech się zamknie”. Sorry, ale średnio podoba mi się takie podejście.

  • w

    No Super nota 9 dla takiego badziewia… hmmm Dawno nie widziałem tak dennego filmu bez jakiejkolwiek fabuły ot Slasher w kinie tylko że gry tego typu się bronią Godd of war czy DMC bo po przyjsu do domu można się wyżyć godzinkę tak film ten niczym sie nie broni,,, dno jak dla mnie o 10 razy gorzej fabule od 2 wymienionych wyżej gier….






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota #122 - RoboCop

Następny tekst

#110 LOST - Zagubieni



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE