publicystyka filmowa

INDIANA JONES. Trylogia

Autor: Rafał Gałuch
opublikowano

George’owi Lucasowi marzył się cykl filmów przygodowych. Filmów, w których by się dużo działo. Filmów biorących wzorce z seriali z dzieciństwa. By były pościgi, walki i wielka przygoda. By widz co chwilę był czymś zaskakiwany, by nie mógł oderwać się od przygód na ekranie. Pomysł całej serii wziął się ze sceny ścigania ciężarówki (w filmie wykorzystano ją przy pościgu ciężarówki, w której znajdowała się Arka) – George cały czas miał przed oczami obraz jeźdźca skaczącego z konia na ciężarówkę. Owocem tych marzeń był Indiana Jones.

Roy Chapman Andrews w terenie

Na początku Indiana Jones miał być zupełnie inną postacią.

Wiele osób uważa, że pierwowzorem Indiego była autentyczna postać – pracownik Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej, urodzony 26 stycznia 1884 roku Roy Chapman Andrews. Roy był bardzo uparty i jego marzeniem było pracować w muzeum historii naturalnej. Na początku zatrudnił się tam jako sprzątacz – złota rączka. Bardzo szybko jego zwierzchnicy przekonali się o jego umiejętnościach i zaczęli je wykorzystywać. Był wysyłany przez muzeum w różne strony świata celem zdobywania różnych eksponatów – artefaktów. Na zdjęciu ilustrującym jedną z książek o jego przygodach Roy stoi nad stosem jaj dinozaurów. Ma na sobie – jakże znany fanom Indiany – kapelusz z rondem, a przy boku kaburę z rewolwerem. Gdyby jeszcze tylko dodać bat …

Medalion Abnera

Na początku Indiana Jones miał być zupełnie inną postacią. Kobieciarz i pijak – to dwa przymiotniki charakteryzujące go najlepiej. Nawet nazwisko miało być inne – Indiana Smith. To był wczesny szkic postaci. Archeolog musiał mieć za co finansować swój styl życia – dlatego zbierał na całym świecie bezcenne artefakty. Miał być też heroiczny, lecz nie budzący tak wielkiej sympatii u widza, jaką ma dzisiaj. Bardziej dbający o swoją kieszeń niż o eksponaty dla muzeum. Jedną z pierwszych osób, która zmieniła rys postaci, był Philip Kaufman. Jemu też zawdzięczamy to, że w pierwszej części Indiana poszukuje Arki Przymierza. Jak to ładnie powiedziałby Hitchcock, Arka Przymierza to taki McGuffin, czyli coś, co napędza akcję całego filmu.

Wiecie, kim jest Jimgrim? Do niedawna sam nie wiedziałem – a okazuje się, że ta postać z przygodowych książek Talbota Mundy’ego również odcisnęła spore piętno na postaci Indiany Jonesa. James Schuyler Grim – bo tak brzmiało jego pełne imię i nazwisko, był bohaterem serii książek przygodowych. Amerykanin pracujący dla Brytyjskich Agencji Wywiadowczych na Bliskim Wschodzie. Odwiedzał te same miejsca co Indy – począwszy od Indii, a na Egipcie i Palestynie skończywszy. Philip Kaufman, jeśli nie wzorował się na tej postaci, to przynajmniej wiele z niej zaczerpnął – tym bardziej, że tworzył na podstawie jednej z książek scenariusz (nigdy z niego nie powstał film), który wyglądał toczka w toczkę jak Indiana Jones i Świątynia Zagłady. Nazywać się miał Jimgrim vs. dziewięciu nieznanych, a opowiadał o tym, jak nasz dzielny bohater leci do Indii, by walczyć z ludźmi chcącymi zdobyć panowanie nad światem za pomocą złej bogini Kali – czyż to nie brzmi znajomo?

James Bond??? James Bond!!!

Steven Spielberg zamierzał zrobić film o Bondzie. Całe szczęście, że George Lucas wybił mu to z głowy. George miał już gotowy pomysł na scenariusz o archeologu awanturniku, miał też już tytuł. Sam pomysł to jednak, nie ukrywał, zbyt mało, by zrobić przebój. Miał to być film przygodowy z mało znanymi gwiazdami o niezbyt pokaźnym budżecie. Spielberg dał się przekonać – tym bardziej, że w Indianie Jonesie jest coś z Jamesa Bonda. Casting został urządzony w kuchni Lucasfilmu, a aktorzy, którzy przychodzili na ranne przesłuchania, pomagali w gotowaniu. Natomiast ci, którzy przychodzili na popołudnie – zajadali gotowe specjały. Kiedy tylko wśród agentów rozeszła się ta informacja, wszyscy aktorzy kategorycznie żądali, by zapisywać ich na popołudnie.

Selleck Indym?

Pierwszym poważnym kandydatem do roli Indiany Jonesa był Tom Selleck, choć wcześniej zastanawiano się nad Kanadyjczykiem – Nickiem Mancuso. Wybór jednak padł na Toma. Kiedy już wszystko było zapinane na ostatni guzik, okazało się (niestety dla Sellecka, który wcześniej nakręcił pilotażowy odcinek serialu detektywistycznego Magnum dla studia CBS), że studio CBS postanowiło nakręcić z Tomem kolejne odcinki serialu Magnum. Więc w jednej chwili producenci zostali bez odtwórcy głównej roli, a czas naglił. Wszyscy (z Fentonem na czele) zaczęli przeszukiwać materiał testowy (a w tym starsze filmy Lucasa i Spielberga) w gorączkowych poszukiwaniach. Wtedy właśnie wybór padł na Forda. Mimo iż w końcu szczęście się do niego uśmiechnęło – nie przesadzał z entuzjazmem na wieść, że to właśnie on zagra główną rolę w najnowszym filmie Spielberga i Lucasa. Decyzję, że będzie to Ford, podjęto wspólnie po kolejnym obejrzeniu przeboju – Imperium kontratakuje.

Gdy do drużyny dołączył Lawrence Kasdan – pierwsze, co zrobił, to przerobił postać Indiego do takiego kształtu, jaki dzisiaj znamy z filmów. Co prawda Lucas nalegał, by zrobić z niego playboya, lecz pomysł upadł. Nawet poprosił o napisanie sceny, w której Marcus Brody idzie do domu Indiego i zastaje go w smokingu w ramionach seksownej blondynki. Scena ta nigdy nie została sfilmowana (choć Indy nosił smoking w Świątyni Zagłady).

Jeśliby twórcy wstrzymali się miesiąc i opóźnili zdjęcia – to Selleck mimo wszystko mógłby zagrać Indianę Jonesa. Podczas kiedy kręcono Poszukiwaczy zaginionej Arki, wybuchł strajk Związku Aktorów Filmowych i Tom Selleck przesiedział pół roku bezczynnie. A Poszukiwacze zaginionej Arki byli kręceni przez firmę angielską w Afryce Północnej i Europie, więc produkcja nie podlegała władzy amerykańskiego związku zawodowego. Gdyby ktoś wtedy mógł przewidzieć, że strajk przeciągnie się tak długo …

Pijemy – co?

Był problem z wyborem głównej roli kobiecej do Poszukiwaczy zaginionej Arki. Steven Spielberg szukał zadziornej dziewczyny – spodobała mu się Karen Allen. Widział ją wcześniej w Zwierzyńcu. Twierdził, że miała w tym filmie taki cwany uśmieszek, jakiego właśnie poszukiwał. Ford również miał taki demoniczny błysk w oku, więc postanowił stworzyć prawdziwą mieszankę wybuchową. Karen okazała się świetnym wyborem. Była twarda i bezpośrednia. Sprawiała wrażenie, jakby potrafiła przylać facetowi znacznie potężniejszemu od niej. Jej osobowość bardzo pasowała do jej bohaterki. Wykorzystano to w pierwszej scenie filmu z jej udziałem – czyli piciu alkoholu i nie było to ostatnie spotkanie Marion z alkoholem w tym filmie. Swoją mocną głowę usiłowała też wykorzystać w namiocie Belloqa.

Arka Przymierza

To George Lucas wpadł na pomysł, by Indiana poszukiwał nie tylko zwykłych skarbów, ale przedmiotów mistycznych. Takich, w których drzemie magia i niewyobrażalne moce. Pasją Lucasa są mity i dlatego wprowadził do cyklu elementy nadnaturalne i okultyzm. Jako że Adolf Hitler interesował się tego typu przedmiotami (uważał, że gdyby posiadł nadnaturalną moc, byłby niepokonany) – wydawało się jasne, że głównymi wrogami Indiany będą naziści. Co do Indiego – starano się stworzyć go tak, by wyglądało, że mimo iż nasz archeolog twardo stąpa po ziemi, a gdzie się nie pojawi, tam zaraz wpadnie w tarapaty, szuka właśnie takich nadnaturalnych skarbów. W pewnych okolicznościach zachowuje się heroicznie – bo taki ma charakter, ale to nie jest podstawowy wyróżnik tej postaci. Nie jest zwykłym zaradnym facetem, który potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji. To, że potrafi posługiwać się wielkim gongiem jak tarczą czy masztem jak lancą, nie tworzy całej otoczki filmu, a z postaci nie tworzy kolejnego MacGyvera. Jego osią (filmu, nie bohatera ) jest akcja obracająca się to wokół Arki Przymierza, to wokół kamieni Sankary czy wreszcie wokół Świętego Graala.

Wleczenie Forda

Podobno Ford chciał grać w większości scen kaskaderskich. Twierdził, że dzięki temu widz zachowuje stały kontakt z bohaterem. Zarówno Lucas, jak i Spielberg musieli bardzo go przy tym stopować. Indiana Jones to bohater kina akcji, więc ryzyko, że aktorowi może się coś stać, było bardzo duże. Co prawda to właśnie Ford był wleczony za ciężarówką na linie (na bacie), ale sceny z ześlizgiwaniem się pod nią – zagrał profesjonalista. Kiedy spytano Harrisona, czy nie bał się tej sceny – powiedział, że owszem, ale nie sądzi, by była naprawdę niebezpieczna, bo gdyby była, to nakręciliby cały film wcześniej, a tę scenę zostawili na koniec.

Biedna Cate

Ford chciał grać w większości scen kaskaderskich.

Znany jest lęk Indiego przed wężami, więc połowa ekipy jeździła po sklepach zoologicznych rozsianych po całym Londynie. Udało się zebrać dwa tysiące sztuk, które umieszczono w Studni Dusz. Było to wielkie pomieszczenie z olbrzymimi posągami pod ścianami – co dodatkowo potęgowało monumentalizm. Ale dwa tysiące węży wystarczyło do pokrycia tylko jednego rogu sali. Wymyślono wtedy, że potrzebne są też węże gumowe i mechaniczne. To nie to, co biedna Kate Capshaw, którą oblepiono żywym robactwem. Niestety Spielberg nie był zadowolony z efektu przypominającego pływanie synchroniczne, gdyż jeden animator obsługiwał po kilkadziesiąt sztuk i wszystkie wykonywały ten sam ruch. Wtedy kazał ekipie rozjechać się po całej okolicy Londynu i nie wracać bez co najmniej kolejnych siedmiu tysięcy węży. Tak więc w scenie w Studni Dusz brało udział dziewięć tysięcy żywych węży oraz trzy tysiące obsługiwanych przez animatorów. A że wśród węży były i kąsające (kobra), to aktorzy cały czas byli oddzieleni od nich szklanymi ścianami. Niestety na niektórych ujęciach widoczne są refleksy świetlne na szybach.

Ostatnio dodane