Hity i kity, czyli gdzie są pieniądze? | FILM.ORG.PL

Hity i kity, czyli gdzie są pieniądze?








Rafał Oświeciński
09.04.2013


Na stronie PISF, za box-office.pl, pojawiło się zestawienie tegorocznych polskich premier pod względem kinowej frekwencji. Okazuje się, że w pierwszym kwartale tego roku na filmy rodzimej produkcji wybrało się prawie 2,9mln osób z 5,5mln ogółem. To podobno dość marny wynik na tle ostatnich 10 lat i trudno tu przeceniać przeciągającą się zimę – w kinach goszczą jednak bardzo przeciętne filmidła, marzec to w ogóle repertuarowa bryndza, a kilka rodzynków nie może zmienić faktu, że brakuje hitu z prawdziwego zdarzenia.

Hity, czyli 3 filmy i 70% frekwencji kinowej

 

Jednak gdyby się przyjrzeć szczegółom widać wyraźnie, że frekwencyjny wynik pracowało tylko kilka filmów – „Drogówka”, „Sęp” i „Bejbi blues” zebrały prawie 2 miliony widzów, a przecież oprócz nich w kinach zagościło 12 innych polskich premier. Przyznam, to mnie trochę zaintrygowało, więc postanowiłem bliżej się różnego typu danym przyjrzeć, tym bardziej, że te pozostałe filmy widać było w telewizji, na plakatach, w prasie, w radiu. O części sporo się mówiło przed i po premierze, dla części komercyjny potencjał był całkiem duży, ale jak widać czarno na białym – kampanie reklamowe i działania PR zdały się na nic, bez względu na jakość samego dzieła.

Specyfika polskiego box-office polega na tym, że publikowane są dane frekwencyjne, czyli ile w danym czasie sprzedano biletów. To odwrotnie niż u Jankesów, którzy skupiają się na tym, kto i ile zarobił. Jednak można dotrzeć i do danych związanych z kasą, bo choćby na BoxOfficeMojo.com istnieją zestawienia dla całego świata, w tym dla Polski.

Postanowiłem skorelować zarobioną kasę z budżetem produkcji, w tym z kasą, którą daje Państwowy Instytut Sztuki Filmowej w ramach dofinansowania projektów (czyli z portfela nas wszystkich). Oczywiście fakt zarobienia w kinach pieniędzy nie oznacza, że taka kwota wpadnie do portfela producentów – w kolejce do do kasy, z przykładowo 20-złotowego biletu, ustawia się fiskus (7% VAT), PISF (obowiązkowy podatek 1,5% na Instytut). To, co zostanie, dzielone jest podobno 50-50 między kino a dystrybutora. Dystrybutor (mający jakieś 9zł z biletu) patrzy na koszty poniesione w związku z promocją, a tym, co zostanie, dzieli się z producentem filmu – w najlepszym wypadku będzie to jakieś 3zł od biletu (źródło). Czyli lipa – film w kinie, nawet hit, sam w sobie nie przyniesie oczekiwanych zysków, więc lukę między budżetem a kinowymi zyskami uzupełniają różni sponsorzy, mecenasi i darczyńcy. Jakoś się kręci.

Co widać na powyższym zestawieniu?

  • Tylko filmy z podium były w stanie zarobić w kinach więcej niż wynosił ich budżet.
  • Największą tegoroczną wtopą jest „Tajemnica Westerplatte”, czyli amatorsko zrobione kino wojenne za grubą kasę, bo aż za 13 baniek. Udało się zarobić 2 miliony.
  • Nie mniej spektakularną wtopą jest „Nieulotne” Jacka Borcucha, na stronie PISFu z błędą informacją o 114 widzach (tak naprawdę chodzi o tysiące). Spory, bo 7-milionowy budżet (serio, na co?) i 1,5 miliona złotych wpływów. Podobno ma szansę odkuć się za granicą, bo obecność na Sundance daje taką szansę.
  • Kolejna wtopa to „Syberiada polska”, kolejne wielkobudżetowe kino, z 5-milionowym wsparciem PISFU i 4-ma milionami w plecy.
  • Druzgocący jest wynik „Miłości” Sławomira Fabickiego – 6,5 tysiąca widzów w kinach, a budżet na poziomie 3,3mln (przy blisko 75% zaangażowania kasy PISFu).
  • „Jesteś legendą, człowieku” Marcina Koszałki poległo w kinach – nie doszukałem się kosztów, jakie poniesiono w związku z produkcją, ale 17 kopii to potwarz dla polskiego dokumentu i znakomitego twórcy, jakim jest Koszałka (abstrahując od poziomu polskiej piłki).

Kity, czyli miliony w plecy

 

Ogólnie rzecz ujmując – kasa PISFu to mniej więcej 50% budżetu polskiej produkcji filmowej. Bez tej kasy nie powstałyby artystyczne blubry Fabickiego i Borcucha, które PISF wiernie wspiera (także ich kolejne projekty). Można się temu dziwić i nie dziwić – bo jeśli ktoś chce tworzyć, to musi mieć kasę, a PISF ją gwarantuje. Pytanie tylko: czy zasadnie? Czy państwo powinno wspierać artystyczne wyuzdania, które nie mają szans na sukces komercyjny? Bez tej kasy ci, którzy nie celują w popularne projekty, mogą zginąć – tak zapewne powiedzą orędownicy takiego rozwiązania. Z drugiej jednak strony przykład „Układu zamkniętego”, stworzonego poza PISFem, osiągającego sukces artystyczny i finansowy (100 tysięcy widzów w pierwszy weekend), może sugerować, że się da tworzyć poza państwem. Kwestia marketingowej sprawności, wydeptania odpowiednich ścieżek i ciekawych propozycji – jakiś mecenas się może znaleźć, tym bardziej, że – patrząc na realia rynku kinowego – nie oczekują oni zysków z powodu wsparcia. Niestety, ruszyć dupę trzeba, dzisiaj film to też biznes, nie tylko uduchowiona zabawa.

Tego typu zagwozdki tyczą się jeszcze bardziej produktów takich jak „Syberiada polska”, „Tajemnica Westerplatte” czy „Sęp”, jawnie uderzających w komercyjne struny, mimo deklarowanej misyjności tych pierwszych tytułów. Czy naprawdę musimy się do tego typu projektów dokładać? Głośny temat i nazwiska, penetracja znanego i lubianego gatunku, wsparcie mainstreamowych mediów i wielomilionowy budżet prowadzą do prostej konstatacji – kasa z mojego portfela nie jest tu potrzebna i żadna ręka nie powinna do mojej kieszeni sięgać.

A może powinna? Osobiście stoję okrakiem na płocie zerkając życzliwie na artystów, choć pamiętam jednocześnie o nieubłaganych zasadach rynkowych – najpierw trzeba nauczyć się zarabiać pieniądze, żeby potem móc je wydawać. Takie niby proste. A jakże trudne.

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • kelley

    obowiazkowa „skladka” na pisf to zwyczajny podatek, któr dzielą potem między siebie notable polskiego kina, bo to oni stanowią trzon komisji, która decyduje o „wartości artystycznej” projektów. można się wdać w dyskusję o tym czy powinniśmy łożyć na wizje naszych artystów i „artystów”. w moim mniemaniu to socjalistyczna aberracja przykrywana gładkimi słowami o wyrównywaniu szans, za którą kryje się wyrzucanie kasy na filmidła, których poziom jest znany przynajmniej części z nas. mówiłem wielokrotnie o tym, że nie stać nas produkowanie tej liczby filmów, do której co roku dochodzi. co więcej, śmiem twierdzić, że instytucje typu pisf opóźniają stworzenie dobrze i komercyjnie funkcjonującego rynku producenckiego w polsce, który z jednej strony mógłby się zająć szukaniem finansowania, a z drugiej efektywnym produkowaniem w odpowiednio wysokiej jakości. tak długo jak marni albo pozbawieni dobrego pomysłu na film reżyserzy będą mieli dostęp do łatwej kasy, nic się nie zmieni, bo zasada kopernika o wypieraniu dobrego pieniadza przez zły działa również tutaj.

    • Jakub Piwoński

      „socjalistyczna aberracja”- dobrze i trafnie ujęte.

  • Zdzich

    Dokładnie tak samo jak w polskim biznesie. Są firmy zdobywajace samodzielnie klientów na rynku i są firmy żyjące wyłącznie z publicznych pieniędzy dostarczanych za pomocą odpowiednio ustawionych przetargów. Analogia jest dla mnie oczywista,bo tak właśnie korzysta się z publicznych pieniędzy w tym kraju…

  • Barton

    Odnoszę wrażenie, że w Polsce zarabia się na filmie
    w procesie produkcji, reszta jest tylko dodatkiem. W efekcie powstają dzieła,
    których widz (wychowany na zagranicznych filmach) nie chce oglądać (kiepski
    dźwięk, kulejący scenariusz, efekty specjalne z innej epoki).

  • Dziadek

    Można psioczyć jasne, ale nie da się ukryć że jakość polskiej kinematografii na przestrzeni ostatnich 10 lat uległa znacznej poprawie. Mniej więcej zbiegło się to w czasie z powołaniem PISFu. Oczywiście zawsze zdarzać się bedą miernoty, ale tak jest wszędzie. Nawet w UK, na liberalnym rynku, masa filmów powstaje przy pomocy BFC (a kręcą je po angielsku!), w Irlandii-Bord Eireann, we Włoszech itd. W stosunkowo małych obszarach językowych takie filmy są skazane na niskie budżety, przez co pomoc instytucji państwowych jest niezbędna.

    • kelley

      dziadku, wszystko pieknie, ale w tych krajach masz rozwiniete rynki producenckie, ktore bez udzialu panstwowych pieniedzy beda produkowaly filmy tak czy owak, a u nas jak już parę osób słusznie zauważyło masz bandę szakali, która zarabia na produkcji filmu, zamiast na jego sprzedaży. w ten sposób zamiast wspomagać kinematografię własną kasą napychasz kabzę cwaniakom, którzy nie muszą niczego tworzyć, bo manna spada im prosto do gęby. poza tym jestem doktrynalnym przeciwnikiem mnożenia podatków. państwo jest ostatnim miejscem, gdzie powinna trafić kolejna kasa do zmarnowania.

      • Dziadek

        Zatem poniekąd przyznajesz, że idea słuszna, tylko wykonanie kiepskie. Nie twierdzę, że wszystko jest tip top, ale brak współfinansowania zwłaszcza debiutantów groziłby powrotem w mroczne lata 90-te i do początku kolejnej dekady. Jakie szanse na realizację swoich zamierzeń mieliby wówczas Lankosz, Smarzowski, Borowski czy Krzyształowicz? Obawiam się, że albo efekt tych zamierzeń byłby słaby, albo w ogóle zostalibyśmy skazani na kom-romy i ekranizacje lektur. Na wolnym rynku pozostaliby jedynie mecenasi, którzy nie ryzykowaliby utopienia kasy w projekcie (chyba, że ekscentryczni filantropi…) i Ci sami producenci kierujący się niestety podobnymi przesłankami.

        Co do podatków, to też nie jestem ich wielkim fanem, niemniej idea PISFu jest jak najbardziej słuszna i pożądana (w przeciwieństwie np. do abonamentu TV). Pozostaje tylko/aż kwestia jej realizacji.

        • kelley

          socjalizm generalnie na poziomie idei jest słuszny i jak każda słuszna idea jest utopią. dlatego opowiadam się za darwinowskim kapitalizmem :) a zestawienie abonamentu z podatkiem pisfowskim wydaje mi się całkiem adekwatne. w jednym i w drugim utrzymujesz państwową strukturę i dostajesz w większości to, czego nie chcesz.

  • Dziadek

    Jeszcze jedno. Pod uwagę warto wziąć koszty produkcji i promocji oraz chłonność rynku. W USA rynek jest olbrzymi, zasoby produkcyjne też. Tam się ładuje wszystko w promocję i płace gwiazd. Naszych producentów na to nie stać, bo choćby w polskim filmie wystąpił Brad Pitt z Angeliną, to liczba polskich odbiorców jest ograniczona, a koszt produkcji niewiele niższy niż na Zachodzie.

  • Grzegorz Fortuna

    Patrzę na te dane i aż mi się nie chce wierzyć, że takie „Nieudolne” czy „Bejbi Blues” miały budżety na poziomie 6-7 milionów złotych. O ile jeszcze jestem od biedy w stanie zrozumieć, że taki Gierszał się po „Sali samobojców” liczy, tak nie pojmuję, kto zgarnął te pieniądze w wypadku filmu Rosłaniec. Problemem polskiego kina jest między innymi bardzo niewielka chłonność rynku – przy takiej liczbie ludności i takich cenach biletów nie ma po prostu szans, żeby na te filmy chodziło więcej osób, więc nie ma szans, żeby się zwracały (Smarzowski jest tu chlubnym wyjątkiem). Dlatego uważam, że te dofinansowania, a co za tym idzie także budżety, powinny być po prostu niższe. I jestem przekonany, że gdyby to środowisko było nieco mniej wygodnickie, to można by to osiągnąć bez większego problemu.

    • Mefisto

      Wszystko ok, ale zasłanianie się liczbą ludności jest trochę śmieszne jak dla mnie. Mamy wszak 40 mln ludności i te 40 milionów kiedyś potrafiło zapełniać licznie kina (pamiętni Krzyżacy chociażby). Owszem, doszedł internet, super tv, etc, ale i tak liczby widzów w tabelce powyżej są śmiesznie niskie, bo w tysiącach. Problemem nie jest więc brak odbiorcy, tylko jego przekonanie, co do rodzimej kinematografii (choć przy durnych komedyjkach już mu to nie przeszkadza i te potrafią zebrać te kilka milionów widowni, to samo historyczne lektury, na które idzie się całymi klasami.) oraz dotarcie do niego (czego zwyczajnie brak, bo raczej trudno uznać te parę koszmarnych plakatów i trailerów za solidną promocję). Jeśli te dwie rzeczy się zmienią, to wpływy będą, ale na to się nie zanosi w najbliższym czasie.

  • salad_fingers

    Bardzo fajny temat, generalnie trudno się nie zgodzić z wnioskami, ale stawiasz pewną tezę, którą już mi trudno przełknąć. Piszesz bowiem, że dla producenta idzie max 3 zł od biletu (z 9 zł, które dostaje dystrybutor). Sugerujesz tym samym, że promocja i dystrybucja filmu jest przynajmniej dwukrotnie bardziej kosztowna od jego produkcji. Jest to teza bardzo ryzykowna. Masz jakieś źródło? Bo z podanej infografiki w żaden sposób to nie wynika.

    Generalnie zwykło się mówić, że żeby film się zwrócił musi przynieść 3-4 krotność swojego budżetu. W polskich warunkach pewnie bardziej 4-krotność. Czyli zarabia już na siebie tylko Drogówka. Mało który film zwraca się już w dystrybucji kinowej. Pamiętajmy jednak, że dla filmu dystrybucja kinowa to jakieś 4 tygodnie zarobku. Film zarabia przez wiele lat. PISF wypisuje się z zysków 6 lat po premierze. Mamy DVD, Blu-Ray, wypożyczalnie, VOD, rynek telewizyjny – co tylko przyjdzie jeszcze do głowy. Po prostu inwestycja w film jest z definicji długoterminowa.

    Poza tym, nie zapominajmy, że dotacja z PISF nie jest bezzwrotna, czyli jeśli zainwestują w hit (co nie zdarza się często) to wypracowany przez ten film zysk posłuży do inwestowania w filmy mniej rentowne. Niemniej jednak PISF jest ostatnim z inwestorów, który dostaje swój kawałek tortu, co prowadzi faktycznie do małej patologii. Posłużę się przykładem Miłości Fabickiego. Film, który circa 75% swojego budżetu dostaje od PISF, sprawia, że przede wszystkim film jest finansowany w procesie produkcji, ale nie za pieniądze producenta. Film, żeby zwrócił się producentowi musi zarobić czterokrotność różnicy między budżetem, a dotacją czyli circa 3,2 miliona zł, czyli musi go obejrzeć circa 160 000 osób. To wynik uznawany w kinach za dość przeciętny. W samych kinach! Film był spektakularną klapą, więc producent też będzie porządnie w plecy, ale fakt, że coś tu jest nie tak. PISF nie może brać na siebie aż takiego ryzyka, zdejmując odpowiedzialność z twórców i producenta.

    Kolejna sprawa, zwrot „z portfela nas wszystkich”, którego użyłeś sugeruje, że PISF jest dotowany z budżetu, z pieniędzy podatnika. To akurat nieprawda. Kilka edukacyjnych infografik prosto ze strony PISF dla zainteresowanych: http://www.pisf.pl/pl/instytut/struktura-i-zadania/infografika

    Moim zdaniem, idea stojąca za PISF nie jest zła. Działalność komercyjna, która pośrednio finansuje działalność misyjną – w to mi graj. Gorzej jeśli potężnymi kwotami są dotowane filmy „o chłopcu z kozą”, które nie mają prawa znaleźć widowni i służą wyłącznie jako poligon doświadczalny dla filmowców i tryumfy święcą – jeśli w ogóle – w nurcie festiwalowym.

    Tak czy siak, cieszy fakt, że polskie kino robi ponad połowę polskiego box office’u. Tak trzymać!

    • 1) nie sugeruję, że promocja i dystrybucja jest 2x bardziej kosztowna. Nic podobnego, bo wątpię nawet, żeby tak było. Dotarłem jedynie do informacji (znajomy kiniarz, sieciówka, ale i w sieci podobne stwierdzenia można znaleźć), z których wynika, że dystrybutor z producentem nie dzielą się fifty-fifty – w początkowym okresie, w większości przypadków, to dystrybutor zgarnia większość pieniędzy, a w miarę okrzepnięcia tytułu w kinach proporcje się odwracają. Takie źródło jeszcze: http://www.filmweb.pl/user/Wookie_LG/blog/522565

      2) właśnie o kwestię ryzyka biznesowego mi chodzi – wydaje mi się to zwyczajnie niesprawiedliwie i niezgodne z regułami choćby, poprzez analogię, zarządzania firmą. Masz bowiem takiego project managera (Fabicki), który dostaje od ciebie konkretne zadanie (nakręcenie filmu). Przydzielasz budżet, obserwujesz wykonanie zadania, po czym, choć manager sympatyczny i do zadania przystąpił ochoczo, widzisz opłakane efekty – produkt (film) fajny, ale nikt go nie chce kupować, nie ma klientów. Na tej samej półce są produkty zdecydowanie lepsze, tańsze, ale też i premium. Ten wylądował gdzieś pomiędzy, z kiepską etykietą, niewidoczną reklamą…
      Czy w tym momencie właściciel firmy powinien olać efekty jego pracy i przydzielić mu 2x większy budżet na nowy projekt?

      3) ależ oczywiście, że PISF jest finansowany z naszego portfela. To, powiedzmy, podatek pośredni – płacąc za bilet płacisz też PISFowi; płacąc za kablówkę płacisz PISFowi. Jak akcyza, jak VAT.

      4) fakt, teoretycznie idea nie jest zła. Mam jednak kłopot z działalnością misyjną – dlaczego rynek miałby zdusić prawdziwą sztukę po usunięciu państwowego finansowania? Dlaczego artyści muszą być uprzywilejowani wobec innych grup społecznych? Dlaczego mogą ignorować prawa rynkowe, choćby zasady popytu i podaży, a inni nie mogą? Nie wydaje ci się, że to bardzo niezdrowa sytuacja?

  • Anonim

    Ani jedna zlotowka w PISFie nie pochodzi z pieniedzy podatnika!!! Jak sie bierzesz za pisanie to rob to rzetelnie ignorancie.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Krudowie

Następny tekst

Dystrykt 10? Pierwszy zwiastun ELYSIUM



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE