Kino klasy Z

Grzeszne rozkosze #7. Zabójcze ryjówki

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Lata 50. XX wieku były naznaczone ciążącym nad całym światem widmem atomowej zagłady, zrodzonym z zimnowojennego wyścigu zbrojeń największych światowych mocarstw. Związek Radziecki i Stany Zjednoczone podkładały sobie świnie na wszystkich frontach, czerwona gorączka trawiła kolejne państwa, a strach wgryzał się mocno w umysły i tak już zmęczonych konfliktami ludzi.

Jednak było też kilka pozytywnych aspektów tego wyniszczającego starcia. Mierzenie penisów walczących nacji doprowadziło ludzi m.in. na Księżyc, wyścig zbrojeń umożliwił dokonanie rewolucyjnych odkryć także w innych obszarach nauki, a gdzieś tam niby na obrzeżach kulturowego świata – jednak dla nas, kinomanów, ma to niebagatelne znaczenie – na ekrany wkroczyły różnorakie atomowe monstra oraz kosmiczni najeźdźcy. Symbolika i wydźwięk tych historii miały w prosty sposób przedstawić ludziom ważne problemy (kosmici, często udający Amerykanów = komuniści; ważna jest współpraca międzyludzka, żeby wygrać ze wspólnym wrogiem; zabawa z energią nuklearną może się źle skończyć itd.). Filmów tych powstawało multum, najczęściej były to obrazy robione za grosze, mające wbić się w popularny trend i ściągnąć do kina widownię zachwyconą dziwacznymi tytułami oraz niezwykłymi plakatami. Które zresztą zazwyczaj były kilka razy lepsze niż same filmy.

3

Oczywiście stworzono wtedy kilka prawdziwych arcydzieł SF – Dzień, w którym zatrzymała się ziemia (1951) Roberta Wise’a, Istota z innego świata (1951) Christiana Nyby’ego (oficjalnie, ale tak naprawdę całą pracę nadzorował legendarny Howard Hawks; John Carpenter oparł na tym Coś), Wojna światów (1953) Byrona Haskina, One! (1954) Gordona Douglasa (atak morderczych mrówek, z którego szkielet i kilka scen podkradł James Cameron do Obcego – decydującego starcia), Godzilla (1954) Ishiro Hondy, czy Zakazana planeta (1956) Freda M. Wilcoxa. Trafiło się jednak kilka pomysłów, które – szczególnie w krańcowym momencie popularności gatunku, wyciśniętego już do cna – szurały po tematycznym dnie i były robione przy ekstremalnie niskim nakładzie środków pieniężnych (szczególnie filmy o atakach zmutowanych zwierząt wszelakich). To właśnie wtedy Ed Wood zaprezentował światu swoje magnum opus, Plan dziewięć z kosmosu (1959) – gdzie sypało się wszystko poza gotówką od producentów i widzów – a na ekranach szalały wielkie zabójcze ptaki, pijawki, modliszki, kraby czy ogromne gałki oczne z ramionami ośmiornicy (The Crawling Eye z 1958 roku, polecam).

I tak dochodzimy do Zabójczych ryjówek. To jeden z tych filmów, które swoją kultowość zawdzięczają głównie akcji z chodliwym tytułem, zapowiadającym coś naprawdę odjechanego, ale trochę w inny sposób niż dzisiaj produkcje studia Asylum – z których po latach będziemy pamiętać jedynie ekstremalnie wykręcone tytuły w stylu Megaszczęki kontra mega macki albo Trójgłowy rekin atakuje, ale samych filmów już nie. Asylum nagania widzów zapowiedziami starć najbardziej zabójczych zwierząt – rekinów, ośmiornic, jakichś dinozaurowych hybryd. A ludzie stojący za filmem z 1959 roku postanowili straszyć nas ryjówkami, które normalnie wyglądają tak:

6

Oczywiście na potrzeby filmu trzeba było wymyślić coś, żeby jedno z najurokliwszych stworzeń na planecie zamienić w maszynę do zabijania. I zrobiono to w sposób zdecydowanie zbyt dziwny z punktu widzenia naukowego (nawet biorąc poprawkę na to, że mamy do czynienia z morderczymi gryzoniami). Ogólnym przesłaniem filmu jest ostrzeżenie przed coraz większym przeludnieniem planety i wynikającym z tego widmem śmiertelnego głodu – z tego powodu naukowiec Marlowe Cragis opracował nie tak do końca genialny pomysł na uratowanie świata. Skoro ludzie są główną składową problemu, to jasnym jest, że udałoby się zmniejszyć ilości spożywanego jedzenia i wyzysk planety, gdyby jej naczelni mieszkańcy… byli tak z dwa razy mniejsi. I z tego powodu postanowił opracować naukowy specyfik, który zminiaturyzuje rodzaj ludzki. Zadekował się więc na wyspie ze swoim pomocnikiem Radfordem Bainesem, córką Ann, jej narzeczonym Jerrym Farrelem i latynoskim człowiekiem od wszystkiego, Mariem – tak, to lata 50. pełną gębą.

Te rzeczy jednak wydarzyły się jeszcze przed startem filmowej opowieści, gdyż ta zaczyna się od momentu przypłynięcia na wyspę kapitana Thorne’a Shermana, odpowiadającego za zaopatrzenie – twardego chłopa o kwadratowej szczęce, dosyć przypadkowo mającego grać tutaj pierwsze skrzypce. Na miejscu okazuje się, że zaraz ma nadejść konkretny huragan i bohater, ku niezadowoleniu naukowca, będzie musiał zostać na noc na wyspie (ze swoim czarnoskórym pomagierem – nie chcę spoilerować, ale możecie zgadywać, kto zginie pierwszy). Dzielny amerykański chłopiec szybko dowiaduje się, że eksperymenty doktora na zwierzętach (tak, nadal te z pomniejszaniem ludzi), doprowadziły do powstania morderczych ryjówek wielkości psa, które szybko się rozmnażają i mają symulować nagły rozrost rasy ludzkiej. Zeżarły jednak już prawie wszystko na wyspie, więc teraz trzeba przeczekać, aż wszamają siebie nawzajem. Bohaterowie muszą co noc barykadować się w budynku (oczywiście nie uciekają gdzie pieprz rośnie dla dobra badań), gdyż poczwary w nocy wychodzą na żer. Właśnie teraz nadchodzi jednak moment, gdy ZABÓJCZE RYJÓWKI ZNAJDĄ DROGĘ DO WNĘTRZA BUDYNKU! <PIORUNY>.

2

Właśnie! Wspominałem już, że zmutowane stworzenia posiadają też super-trującą ślinę, bo zasymilowały przez dziąsła jedną z super-pułapek doktora? (Facet konsekwentnie walczy o nagrodę antynaukowca roku).

Niby brzmi to całkiem angażująco na papierze i mocno przypomina Wyspę doktora Moreau, ale w ruchu wygląda już zdecydowanie gorzej. Całość cierpi na syndrom lwiej części podobnych niskobudżetowych filmów SF z tego okresu, gdzie realizatorskie wyczucie i pomysł kończyły się na wymyśleniu tytułu i plakatu. Pierwsze pół godziny tej zaledwie godzinnej produkcji hamuje festiwal gadających głów i łopatologiczne wykładanie na ławę tego całego kuriozalnego pomysłu na walkę ze światowym głodem, przyozdobionego konkretnym antyaktorstwem. Dodatkowo wmieszano w to drętwy wątek romantyczny, nieodzowny w tego typu kinie, a ataki morderczych ryjówek są niestety marginalne (reżyser niestety zupełnie nie potrafi bez nich tworzyć napięcia; a przecież z zabawy samą sugestią sztukę zrobił prawie dwie dekady wcześniej Jacques Tourneur w Ludziach-kotach). I można byłoby spokojnie odpuścić seans, a kultowość całości zamieść pod dywan, gdyby nie dwie rzeczy:

7

Po pierwsze – to w jaki sposób przedstawiono na ekranie żądne krwi ryjówki. Film był reżyserskim debiutem Raya Kellogga, który po wojnie zajmował się efektami specjalnymi do filmów 20th Century Fox, a w latach 50. został nawet szefem całego oddziału za nie odpowiadającego. Zabójcze ryjówki kręcił równocześnie z Gigantyczną jaszczurką (The Giant Gila Monster), debiutującą w tym samym roku (będącą oczywistą zrzynką z Godzilli). Miał więc trochę pojęcia o tworzeniu niezwykłych rzeczy na ekranie. Ale zabawa z reżyserią mocno mu nie wyszła, bo po tej przygodzie udało mu się nakręcić jeszcze tylko jeden samodzielny film i wspomóc Johna Wayne’a w pracy nad Zielonymi beretami. Jednak jego wizja ryjówek to idealny przykład chałupniczej pracy z tym, co akurat jest pod ręką. Pieniędzy nie starczyło na nic, więc w scenach, gdzie przerośnięte ryjówki miały biegać i atakować, po prostu nałożono na owczarki kartonowe kostiumy z włosiem – niby im to trochę wydłużyło pyski, ale finałowe projekty wyglądają raczej jak mocno zagłodzone psy z wścieklizną, bo na pewno nie przypominają ryjówek. Zwierzaki biegają sobie swawolnie, kostiumy sypią się na nich w ruchu i trzeba mankamenty ukrywać za pomocą cięć albo jakichś kawałków płotu. W scenach wymagających zbliżeń wykorzystano natomiast kukły – te wyglądają już całkiem nieźle jak na swoje czasy, chociaż nadal ryjówki występują jedynie w tytule. Chociaż trzeba przyznać, że finalnie całość sprawia urocze wrażenie (co nie jest chyba zbyt dobre dla filmu, jakby nie patrzeć, grozy) i gdyby wtedy powstawały profesjonalne making ofy dla tego typu groszowego kina, to mielibyśmy do czynienia z jednym z najciekawszych filmowych dokumentów.

Po drugie – końcowy pomysł na uniknięcie starcia z potworami oraz jego wykonanie. Bez spoilerów, bo w finale dzieją się cuda i jestem pewien, że nigdy byście nie wpadli na taki pomysł jak nasz super-kapitan Sherman. W ostatnich piętnastu minutach filmu produkcja pokazuje niewielki pazurek, bo zaczyna przypominać dynamiczną narrację, a nie tylko bezcelowe smuty i niemrawe deklamowanie dziwnych konceptów.

Nic dziwnego, że mimo swoich monstrualnych wad Zabójcze ryjówki pojawiają się na wszelkich przeglądach kina klasy Z. Nie są na pewno tak dobre jak One! albo It! The Terror from Beyond Space (bez którego nie byłoby pierwszego Obcego), bo dzieło Kellogga to mocno pokraczna i niemrawa fabułka, jakich wiele w atomowym SF, ale wybija się dziwacznym wyborem potworów oraz ich ekranowym wyglądem. Do tego jest w domenie publicznej, więc do piwa i w gronie znajomych wchodzi bez bólu.

4

Co ciekawe w 2012 roku powstał sequel filmu, Return of the Killer Shrews, żerujący na chwytliwym tytule sprzed lat. Wygląda jak siedem nieszczęść i nie warto sobie nim zaprzątać głowy. Nawet zabójcze ryjówki wyglądają w nim jak ryjówki.

Ostatnio dodane